Maria, kobieta w średnim wieku, przyjechała z psem i córeczką, dziecko na oko 10-12 lat. To chyba jej słowa najbardziej zapadły w pamięć. Przyjechała z Charkowa. Rosjan nazywała „psami”. Wspominała, że te „sobaki” zamordowały bezbronnych mieszkańców, którzy chcieli tylko zaopatrzyć się w leki, jedzenie i wodę. Jest jeszcze bardziej zdruzgotana, ponieważ jej mąż, Dmytro, zdecydował się zostać i walczyć. Nie wie, czy jeszcze go zobaczy.
Inna kobieta opowiadała, że Rosjanie atakowali budynki mieszkalne. Z lokalu jej sąsiada nie zostało nic. Chociaż czasem ją denerwował, ponieważ uwielbiał grać na trąbce, to teraz wiele dałaby za informację, czy żyje. Nawet ta trąbka przestałaby ją wkurzać. Kolejna, Julia, wpadała w panikę. Zostawiła dobrze płatną pracę w banku i martwiła się o swój byt. Widziała mężczyznę z urwanymi nogami. Nie mogła mu pomóc, chociaż bardzo chciała. Pytano ją: “Chcesz być na jego miejscu, kiedy wojska znowu się pojawią?”. Uciekła.
Panika. Stres. Wybuch
"Nad ranem wybuchła wojna w Ukrainie. Rosja w środku nocy ostrzelała miasta" – takie komunikaty zdecydowanie przyspieszyły poranną pobudkę. 24 lutego trzęsącymi rękami przeglądałam kolejne i kolejne informacje. Facebook, Instagram, Telegram, Twitter. Dochodziły kolejne profile godne obserwacji i ujawniające to, co dzieje się w Ukrainie. Zdjęcia zabitych i nagrania z ataków na rosyjskie czołgi potęgowały strach.
Przez kilka dni nie dało się nie oderwać od telefonu i komputera. Napływające falami orędzia prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, analizy kolejnych ruchów Władimira Putina czy raporty o zabitych i rannych z powodzeniem wytrącały z codziennej rutyny. Potem pojawił się prawdziwy strach, zresztą widoczny we wszystkich polskich miastach – ludzie hurtowo tankowali paliwo, wypłacali pieniądze z bankomatów, robili zapasy jak przed COVID-em, o kolejkach po paszport już nie wspominając. Niektórzy ustawiali się już o 2 w nocy, żeby dostać numerek.
Co będzie dalej? Czy Rosja zaatakuje Polskę? Zagraniczne media chwilowo prowadziły narrację, że Putin nie zatrzyma się tylko na Ukrainie i będzie dążył do zawłaszczania kolejnych terenów. Uciekać? Dokąd? Jak się zabezpieczyć? W najgorszym razie biec do metra czy schować się w piwnicy? Czy szykować plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami? Karuzela strachu zaczęła nakręcać się jeszcze bardziej, kiedy natrafiałam na doniesienia o tym, że Polacy do cna wykupują broń - nawet bez zezwolenia - czy naboje. Potem okazało się, że wszelkie kamizelki, hełmy i materiały pierwszej pomocy jechały na granicę polsko-ukraińską, a następnie na front.
Uchodźcy z Ukrainy na Dworcu Centralnym w Warszawie
Widok zdjęć z granicy był przerażający. Zapłakane matki, jeszcze bardziej zapłakane dzieci, które nie mają pojęcia, co się dzieje, starsze kobiety, masa psów i kotów. Strachu widzianego w ich oczach nie da się zapomnieć. Ci, którzy mieli zatankowane samochody, byli w lepszej sytuacji – od razu wyjechali w trasę, mogli zabrać więcej rzeczy i nie byli zdani na ilość miejsc w pociągu czy autobusie. Chociaż i tak niektórzy porzucali auta kilka kilometrów od granicy. Pieszo było zdecydowanie szybciej. Męcząco, ale szybciej.
Jednak ci ludzie potrzebują pomocy. Wody i ciepłego jedzenia, sanitariatu, dachu nad głową. Noworodki potrzebują mleka, zwierzęta karmy. Niesamowite jest to, jak szybko zorganizowali się Polacy. W kilka dni w dziesiątkach miast utworzono punkty pomocowe – chociaż na początku wielu nie miało pojęcia, jak sprawnie działać, wszystko odbyło się z sukcesem. Napływały tony jedzenia i ubrań, ruszały zbiórki. Potem, gdy już wszystkiego było ponad miarę, zbierano tylko rzeczy wyszczególnione na liście. W internecie aż roiło się od ogłoszeń: „Przyjmę rodzinę z Ukrainy z dziećmi. Może być ze zwierzętami. Dam też pracę”. Powstały specjalne pomocowe strony z ogłoszeniami. Dobrze, ale jak ja mogę pomóc?
Zryw. Rozpacz. Niepokój
Zaczęło się od wpłacania na internetowe zweryfikowane zbiórki. Jednak patrząc na liczbę osób, która działa na miejscu – nie tylko na granicy – człowieka aż ciągnie, żeby zrobić coś „namacalnie”. Szybkie rozeznanie na temat tego, co dzieje się na dworcach, i działamy. Wizyta w markecie, a na liście podpaski, chusteczki mokre i suche, plastry, pampersy, mleko w proszku, woda w małych butelkach, owoce, słodycze i inne paczkowane produkty spożywcze. Kilka mat, aby nie siedzieli na zimnej podłodze. Dla dzieci wpadły kolorowanki, zeszyty i kredki. Przegląd szafy? Jak najbardziej. Dwa worki nienoszonych już spodni, kurtek, bluz, koszulek, butów, znalazła się też nowa bielizna z metkami. Wszystko w dobrym stanie. Dla mnie to odświeżenie szafy, dla uchodźcy bezcenna pomoc. Potem gotowanie zupy i robienie kanapek – ale takich „na wypasie”, nie z najtańszym pasztetem.
Cały czas trzęsły się ręce z obawy, co zastaniemy na warszawskich dworcach. Łzy ciekły ciurkiem. Kanapki przekazane wolontariuszom, zupa rozeszła się w kilka minut, a przywiezione ubrania i cała reszta została pogrupowana. Wszystko zostało wykorzystane. Na Dworcu Wschodnim kręcili się ludzie w kamizelkach odblaskowych, którzy cały czas byli zaczepiani przez kobiety, inni przez dzieci. Najtrudniej było, kiedy przyjeżdżały pociągi. Tysiące zdezorientowanych, obładowanych bagażami ludzi, którzy nie wiedzieli, gdzie się kierować i czy będą musieli spać na dworcu. Namioty i stoiska ze specjalnymi oznaczeniami przygotowywały się na następne kolejki.
Popularne w magazynie
- Sam przez swoje nowe zajęcie zacząłem uczyć się ukraińskiego. To nic trudnego. Ci, którzy przyjeżdżają na dworzec, nie rozumieją zbyt dużo z naszych liter, raczej opierają się na obrazkach. Po podróży, która łącznie nierzadko trwa nawet ponad 20 godzin myślą tylko o ciepłym jedzeniu i czymś do picia. Dopiero potem wielu z nich przypomina sobie o tym, że muszą zmienić ubranie czy się odświeżyć. Chcą przetrwać. Gniazdka też są oblegane, bo chcą wiedzieć, co u rodziny. Dzieci kochają słodycze, więc batony i kinder niespodzianki są deficytowe. Przydają się pluszaki. Łza się kręci w oku, kiedy dzieci same podbiegają i nie rzucają się łapczywie na wszystko, a skromnie biorą po jednej rzeczy, żeby zostało dla innych – słucham opowieści wolontariusza Pawła.
Po podróży, która łącznie nierzadko trwa nawet ponad 20 godzin myślą tylko o ciepłym jedzeniu i czymś do picia. Dopiero potem wielu z nich przypomina sobie o tym, że muszą zmienić ubranie czy się odświeżyć
Aby zostać wolontariuszem – takim nie tylko z doskoku, który czasem przywiezie jedzenie – zaczęły powstawać specjalne listy z wyznaczonymi godzinami dyżurów. To zapobiega niedoborom w ludziach lub chroni przed większym tłokiem i chaosem. Jeden z nich mówi: - Ta ciężka praca daje ogromną satysfakcję, której nie wynagrodzą żadne pieniądze. Czasem mam dość. Bolą nogi, porobiły się pęcherze, mam obtarte ręce od noszenia kartonów, brak chwili dla siebie.
Czasami pojawia się chaos informacyjny. Ale kto powiedział, że nie można ich odciążyć? Jednak w tej sytuacji trzeba znać język i to nie tylko angielski. Liczy się rosyjski, a ukraiński jest wręcz pożądany. Niektórzy nie mają zamiaru nawet prosić o pomoc po rosyjsku. Dla nich, jak to ujęła jedna z kobiet w średnim wieku, „język tego sku*wysyna”.
Ale od czego jest tłumacz i internet? Niektórym trudno im rozeznać się w rozkładach komunikacji miejskiej i dotrzeć w miejsca docelowe. Szybka organizacja i znalazło się kilku kierowców, którzy nieodpłatnie podwieźli uchodźców. Inni jadą jeszcze dalej w Polskę, kolejni kierują się za granicę. Przy „wycieczce” na dworzec zdecydowanie nie można zapomnieć o powerbanku. Niewyobrażalne, jak wielu osobom potrzebna była rozmowa i zapewnienie, że wszystko będzie dobrze. Raczej można to było nazwać dukaniem i pogadanką na migi, ale uśmiech wynagradzał wszystko. Kobiety płakały, dzieci dziękowały i nazywały „citką” czyli „ciocią”. Niektórzy nieśmiało prosili, czy jest możliwość załatwienia lub dokupienia produktów takich jak mleko czy pampersy. Nie trzeba było się dwa razy zastanawiać.
Opieka. Podziękowania. Spokój
Wizyt na dworcu było kilka, a wielu Ukraińców wciąż szukało dla siebie mieszkania czy pokoju. Decyzja była nagła – trudno określić, czy to adrenalina, czy wrażliwość, ale głos wewnętrzny mówił „dość. Zrób to w końcu”. I tak do mieszkania trafiła trzyosobowa rodzina. Babcia, córka i wnuczka. Na co dzień mieszkały w dzielnicy Pozniaky w Kijowie. Po nocach w schronie udało im się uciec do Lwowa i stamtąd do Polski.
Trafiły najpierw do Przemyśla, a potem do Warszawy. Ostatecznie chciały dostać się do Niemiec. Łącznie cała podróż zajęła im ok. 26 godzin. Skarżyły się na brak wody, o jedzeniu nawet nie myślały. Na zmianę siedziały i stały, w pociągu panował straszny ścisk. W niektórych częściach panowała głucha cisza, w innych wybuchała panika, a ludzie wzajemnie się uspokajali. Do tego płacz dzieci i skomlenie psów. Po wyjściu z wagonu po prostu rzuciły się na ziemię i usiadły. Były wykończone, ale cieszyły się, że nikt nie zaatakował ich jeszcze w Ukrainie.
Matka z dzieckiem przekracza przejście graniczne w Medyce
Nikt nie wiedział, czego się po sobie spodziewać. Miały zostać na dwa dni, mieszkały cztery. Nie były zbyt rozmowne, a każda próba zejścia na temat tego, co je dokładnie spotkało, kończyła się łzami. Trzeba było pogodzić pracę oraz opiekę. Svetlana, Ołena i Anastazja otrzymywały informacje, jak podróżować po Warszawie, gdzie jest najbliższy sklep spożywczy i apteka. Gdzie jest park, w którym mogą odetchnąć i poobserwować bawiące się psy. Gdzie są miejsca, w których mogą znaleźć ubrania. Gdzie obsłuży je urzędnik, który poda wyczerpujące informacje, gdyby jednak zdecydowały się zostać w Polsce.
- W końcu mogłyśmy się wykąpać i wytrzeć ręcznikiem. Zrobić pranie i spokojnie zasnąć - mówiły. Kiedy nadchodził czas gotowania pytały nieśmiało: - Czy na pewno mogę to wziąć? Przepraszam. Były tu przecież obce. Chociaż rozmowy nie były zbyt wylewne, to setki razy dało się słyszeć podziękowania. Nie tylko słowami, ale i gestami. Mieszkanie nigdy nie było takie czyste, a w kuchni zaroiło się od zapachów. Tradycyjny barszcz smakował wybornie, a pielmieni były lepsze niż z restauracji.
W końcu mogłyśmy się wykąpać i wytrzeć ręcznikiem. Zrobić pranie i spokojnie zasnąć
Anastazja dostała tablet, na którym mogła grać i komunikować się ze znajomymi. Bywało, że dość dokładnie oglądała niektóre zniszczone budynki w Kijowie. Starała się sobie przypomnieć, czy zna te miejsca. Znała. - Tu byłam z przyjaciółką – powiedziała, wskazując gruzy sklepu albo knajpki tuż przy jednym z parków. Mama i babcia dawkowały sobie kolejne informacje z Ukrainy. Orędzia Zełenskiego oglądały ze łzami w oczach. - Nigdy nie będziemy pod rosyjskim butem – mówiły. Z kolei Polaków nazywały „narodem wybranym przez Boga”.
Dramaty. Bezsilność. Złość
Rozmawiam z inną osobą, która przyjęła rodzinę z Ukrainy. W tym przypadku były to dwie młode kobiety z dwiema dziewczynkami, kilkulatkami. Szybko rozgościły się w mieszkaniu i pytały: - Ile zapłacić? Jak to nie trzeba? Chciały zrobić wszystko, aby nie czuć się jak na „łasce pana”. Chciały też być potrzebne. Zdecydowały, że znajdą miejsce dziewczynkom w przedszkolu, a same pójdą do pracy. Jedna z nich była zrozpaczona. - Poświęciłam się rodzinie. Na rynku pracy nie mam doświadczenia. Koleżanka umie masować i robić paznokcie. Wątpię, że ja dostanę pracę.
- Mam dość. Chcę wrócić do domu. Miałam piękne mieszkanie, świeżo po remoncie. A w jedną noc moje życie stało się piekłem. Wszystko przez Putina. Jesteśmy dorośli, a świat bez wojen to najlepsze, co mogłoby być. My, Ukraińcy, doświadczamy teraz chorych wizji Putina. Nie godzę się na to – mówi Maria, która stoi w kolejce po ubrania.
Miałam piękne mieszkanie, świeżo po remoncie. A w jedną noc moje życie stało się piekłem. Wszystko przez Putina
- Mówię po ukraińsku, a po Polsku dużo rozumiem. Postanowiłam uczyć się języka, na razie dorywczo sprzątam mieszkania. W Ukrainie pracowałam jako fryzjerka i przeglądam ogłoszenia. Nie mam słów na to, co robią dla nas Polacy. Może nie było pomiędzy nami najlepiej, ale my zrobilibyśmy to samo dla was – dodaje Ołena.
- W Ukrainie zginął mój mąż. Teraz muszę radzić sobie sama. Nie wiem co będzie dalej. Co dzień tracę siły. Nie mam dla kogo żyć, moi rodzice zmarli. Nikt nie powinien zasługiwać na taki koszmar. Nie wiem, czy tu zostanę – łka kobieta, która nie zdążyła się nawet przedstawić.