To nie jest historia o tym, jak źle jest w tym kraju transpłciowemu mężczyźnie. To historia o tym, jak w ogóle mu jest. Dlaczego nie chodzi na siłownię, chociaż bardzo by chciał. Na co czeka bardziej niż na pierwszy wąs. Jak długo zamierza przyjmować testosteron i jak to się właściwie robi. Dlaczego chce zoperować „jedynkę”, a „dwójki” ruszać nie zamierza. I dlaczego wołanie go po starym imieniu (deadname), nawet gdy „tak trudno się przyzwyczaić”, nie jest okej.
Alex kończy w tym roku 28 lat. Jeszcze niedawno zajmował się sztuką, rok temu radykalnie się przebranżowił. Z artysty w pracownika banku. Po części popchnęła go do tego tranzycja, bo jej efekty będą też przecież zależeć od grubości portfela.
Gdy pierwszy raz pojawił się u „tego” lekarza, usłyszał: - dlaczego w tym wieku?, - hmm… czyli za późno?, - nie, nie za późno, po prostu zwykle młodsze osoby przychodzą. Był już po 25. roku życia, gdy dotarło do niego, co jest grane. - Bo tego nas przecież nie uczą w szkole. Co najwyżej dowiesz się, że jest gej, lesbijka i bi. Coś tam słyszało się o orientacji seksualnej, ale nie o tożsamości płciowej. Pewnie chciałbym zdać sobie z tego sprawę, gdy miałem z 16 lat... Chociaż może są plusy tego, że zacząłem tranzycję medyczną ponad 10 lat później – zastanawia się.
Jak zrozumiałem, że jestem facetem
Jeszcze kilka lat temu zdarzali się tacy, którzy swoją „męskością” chcieli go "wyleczyć" z homoseksualności. Alex funkcjonował wtedy w społeczeństwie jako kobieta-lesbijka. - To też do końca jakoś nie pasowało. Ale już dobra… z braku laku przypisałem sobie taką płeć i wszystkie łatki, głównie te dotyczące orientacji seksualnej – wspomina. - Jakieś dwa lata temu zacząłem zauważać, że czuję się komfortowo z tym, jak ktoś pomyli mnie z chłopakiem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem nawet, że ta osoba wcale się nie pomyliła. Takie małe, drobne rzeczy… Swojej natury nie oszukasz.
Przed coming outem Alex był w związku z dziewczyną. Kiedy zaczęli się spotykać, używał jeszcze żeńskich zaimków, chociaż określał się już jako osoba genderfluid, taka, której tożsamość płciowa jest płynna, zmienia się w czasie. - Ona o tym wszystkim wiedziała i tak naprawdę przeżywaliśmy razem ten etap społecznej tranzycji, kiedy outujesz się przed samym sobą i przed innymi. Trochę razem sprawdzaliśmy, z czym ja się czuję komfortowo, a z czym nie. Super, że nie byłem w tym sam.
Alex z jednym z namalowanych przez siebie obrazów
Właściwie na każdym etapie tranzycji – od tej społecznej po medyczną – w swoim najbliższym otoczeniu Alex nigdy nie musiał mierzyć się z transfobią. Nie wszyscy mają tyle szczęścia. Choć widoczność i świadomość rosną, odrzucenie dziecka, które ujawniło przed rodzicami swoją tożsamość płciową lub orientację seksualną, wciąż jest problemem. Z opublikowanego pod koniec ubiegłego roku raportu „Sytuacja społeczna osób LGBTA w Polsce w latach 2019-2020” przeprowadzonego przez Centrum Badań nad Uprzedzeniami UW na zlecenie Kampanii Przeciw Homofobii i Stowarzyszenia Lambda Warszawa wynika jasno, że im mniejsza akceptacja osoby LGBT+ ze strony członków rodziny (przede wszystkim ze strony matki), tym większa częstotliwość myśli samobójczych.
Jednocześnie w społeczności LGBT+ myśli samobójcze najczęściej towarzyszą właśnie osobom transpłciowym oraz aseksualnym. Aż 61,4 proc. badanych osób trans doświadczyło w latach 2019 - 2020 poważnych objawów depresji. Sytuacja stale się pogarsza. W latach 2015-2016 kryterium diagnostyczne depresji spełniło 52,8 proc. badanych. - Życzę wszystkim, żeby mieli takie wsparcie jak ja i żeby nie czuli się z tym źle. Jak słyszę, że rodzic nie akceptuje swojego dziecka, że wyrzuca je z domu... Chciałbym, żeby każdy miał tak dobrze, jak ja mam – mówi Alex.
Mama czekała, aż jej powiem
Wiedział, że nie musi się bać, ale z wyoutowaniem się przed mamą zwlekał. - To były takie podchody! Ja jestem bardzo blisko z mamą. Jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. To nie było tak, że wyoutowałem się przed nią później niż przed innymi, bo się czegoś obawiałem. Ja po prostu wiedziałem, że to się będzie wiązało z ogromną dawką emocji. Musiałem znaleźć dobry moment – wspomina. Próbował w Dzień Matki, w zeszłym roku, nie wyszło. Ona spróbowała w Dzień Dziecka. - Okazało się, że podejrzewała i właściwie miała większą wiedzę ode mnie. To ona zaczęła ten temat. Zdarzyło się tak, jak chciałem. Gdy zaczęła mówić, okazało się, że zrobiła sobie już taki research wcześniej, że wiedziała dokładnie, jakie kroki można podjąć, ile co kosztuje. Powiedziała, że czekała, aż ja sam jej powiem.
Przed babcią Alex otworzył się później, w wiadomości na Facebooku. „Zawsze byłeś moim Oliczkiem” – dostał w odpowiedzi. Tak od dziecka mówili na niego dziadkowie. Oprócz zaimka i męskiej formy czasowników nie zmienia się nic. - Pomyślałem wtedy: „Okej? To już?”. Ja w głowie miałem już przecież całe scenariusze. My sami w głowie je tworzymy i opóźniamy przez to pewne procesy, bo boimy się, co będzie – zauważa.
Z dziadkiem było trochę inaczej. Nigdy nie rozmawiali o uczuciach. Gdy Alex odwiedzał dziadków z dziewczyną, nie mówiło się otwarcie, że to jego partnerka. Dziadek wiedział, po prostu nigdy o tym nie rozmawiali. - To wyoutowanie się przed dziadkiem było trochę stoperem w mojej tranzycji, bo bałem się zacząć. Bałem się przed nim wyoutować – przyznaje teraz Alex. - Wyoutowanie się w temacie orientacji a transpłciowości jest trochę czymś innym. W tym pierwszym przypadku ta osoba nadal widzi cię dokładnie tak samo, a w drugim może być trochę większy szok. Wyobrażałem sobie, że zacznie mi się obniżać głos, pojawi się pierwszy wąs… że to będzie taki szok, że dziadek tego nie udźwignie i nie zrozumie. Dlatego całą robotę zrobiła za mnie babcia – śmieje się. - Ona mu wytłumaczyła. I jest super. Dziadek używa wobec mnie męskich zaimków, nie myli się, nawet kiedy nie ma mnie obok. Szacun. Naprawdę szacun – mówi. - Dlatego czasem sobie tak myślę o ludziach, którzy ignorują to, że komuś zależy, żeby zwracać się do niego odpowiednimi zaimkami i mówią: „sorry, trudno się przyzwyczaić” itd. Jeśli mój dziadek może to robić, to każdy może.
Wyoutowanie się w temacie orientacji a transpłciowości jest trochę czymś innym. W tym pierwszym przypadku ta osoba nadal widzi cię dokładnie tak samo. Wyobrażałem sobie, że zacznie mi się obniżać głos, pojawi się pierwszy wąs i że to będzie taki szok, że dziadek tego nie udźwignie
Potem z szafy Alex wychodził jeszcze w sieci – przed obserwatorami na Instagramie Tymi znajomymi i nieznajomymi. - Odzew, jaki dostałem, tylko uświadomił mnie w tym, jak dużo siedzi w naszej głowie. Większość obaw i lęków jest tylko w naszej głowie, a otaczają nas naprawdę piękni ludzie. Najbardziej zaskoczyła mnie reakcja osób cispłciowych i takich, po których – niesłusznie, kierując się może jakimiś stereotypami – nie spodziewałbym się takiego pozytywnego odzewu. Te osoby mówiły najmniej, to mógł być nawet tylko polajkowany post, ale tak naprawdę to bardzo dużo znaczyło.
Lekko – to słowo Alex powtarza dziś, gdy opisuje, jak czuł się za każdym razem, gdy ujawniał przed kimś: jestem mężczyzną.
8 marca 2022
Był Dzień Kobiet, gdy Alex dostał do ręki swoją pierwszą receptę na testosteron. Przed endokrynolożką prawie się popłakał. Szczerze? Uczucia były mieszane. - Bo to jest tak, że dążysz do czegoś, to cię napędza, masz ten cel, a gdy go osiągasz, myślisz: to się zaczyna, już nie ma odwrotu. To była radość, ale jednocześnie bardzo się stresowałem – wspomina. Pierwszą dawkę wcierał w ramię dzień później.
Popularne w magazynie
Alex wybierał pomiędzy testosteronem w żelu i w zastrzykach. Tych drugich trochę się obawiał. Wziął żel. To bardzo małe dawki wcierane każdego dnia. - Pamiętam mój pierwszy raz. Strasznie się stresowałem. Ja nałożyłem ten testosteron, usiadłem i czekałem. Tak jakby mi zaraz miał wąs wyrosnąć. Nie wiedziałem po prostu, czego oczekiwać. Czy coś się wydarzy? Faktycznie przez pierwsze cztery dni się wydarzało. Po około czterdziestu minutach od nałożenia, kiedy testosteron zaczynał się wchłaniać, czułem, jakbym nagle wypił pięć kaw – opowiada. Potem, wydaje się, że jego organizm się przyzwyczaił. Minął miesiąc, potem drugi. Alex myślał, że zaczął obniżać mu się głos, teraz mówi, że to było chyba tylko w jego głowie. Tak bardzo tego chciał, że sam to już słyszał. Obudził się w nim jakiś rodzaj determinacji. Stwierdził: okej, jestem gotowy na więcej. Przeszedł na zastrzyki.
Zastrzyki mogą mieć różne stężenie testosteronu i mogą być przyjmowane w różnych odstępach czasu. Zastrzyki Alexa to duże dawki, ukłucie w pośladek co trzy miesiące. Kiedy rozmawiamy, Alex jest dopiero miesiąc po pierwszym zastrzyku. To były emocje jak przed pierwszym żelem, ale i trochę strach. Dla niektórych zastrzyki mogą być bolesne, lekarze informują, żeby lepiej nie robić sobie na ten dzień dużych planów. Alexa nie bolało ani trochę. - To była taka ekscytacja mieszana ze stresem. Bo żelu możesz po prostu jutro nie nałożyć, a tutaj dostajesz dawkę testosteronu, która będzie się przez trzy miesiące uaktywniać. Tego już nie wyjmiesz, nie cofniesz. Nie, żebym planował to przerwać, ale takie myśli się pojawiają w głowie. Ten głos, który mi się teraz zmienia i obniża, on już nigdy nie wróci do takiego, jaki był wcześniej. Na szczęście! Ale pomimo tego że chcę tych zmian, mam w głowie, że to jest nieodwracalne – mówi.
Po dwóch miesiącach wcierania testosteronu w żelu i po kolejnym miesiącu, ale już z zastrzykiem, Alex powoli zauważa zmianę tembru głosu. Niski ton to właśnie ta zmiana, na którą czeka najbardziej. Nierozerwalnie wiąże się z tranzycją społeczną. - Myślę, że to pierwsza rzecz, jaka sprawi, że nie będę misgenderowany tak często. Kiedy wejdę do sklepu i niskim głosem powiem: „dzień dobry”, nie usłyszę w odpowiedzi: „dzień dobry pani” – wyjaśnia. Były momenty, kiedy największym problemem była decyzja: męska czy damska? Którą toaletę wybrać? W damskiej nawet nie zostałby zauważony. Przecież brali go za kobietę. Wolałby iść do męskiej, bo tak czuje. - Ale gdybym wszedł do męskiej, a ktoś powiedziałby: „ale tu jest męska toaleta”, nawet nie mógłbym się odezwać, bo odezwałbym się tym głosem stereotypowo damskim. W ogóle bym tam nie pasował. Więc czekam tylko na to, żeby mieć niższy głos. Już pal licho, czy mam tego wąsa, czy nie. Ten głos to jest pierwszy krok.
Niski głos to pierwsza rzecz, jaka sprawi, że nie będę misgenderowany tak często. Kiedy wejdę do sklepu i niskim głosem powiem: „dzień dobry”, nie usłyszę w odpowiedzi: „dzień dobry pani”
Jeszcze większy problem Alex miałby na siłowni – gdyby w ogóle na nią chodził. Nie chodzi, bo na tym etapie nie potrafi wybrać szatni, w której czułby się komfortowo. - Zróbcie te dwie dodatkowe… małe pokoiki z prysznicem – sugeruje. - Nic nikomu nie zabieramy tym, a można komuś pomóc. Dziwię się, że nadal nikt o tym nie pomyślał w kontekście całego społeczeństwa. Zaczynam dostrzegać takie rzeczy, dopiero kiedy to dotyczy mnie bezpośrednio z powodu przechodzenia tranzycji, a na pewno są też osoby cis, które chętnie by z tego korzystały.
Dla osób transpłciowych publiczne toalety czy szatnie są miejscem, gdzie spotykają się z dyskryminacją. Pomieszczenia neutralne płciowo w Polsce to wciąż rzadkość.
Maskulinizująca terapia hormonalna wszystkich problemów przecież nie rozwiązuje. Z czasem spowoduje mutację, zatrzyma menstruację (przy czym zatrzymanie menstruacji nie oznacza niemożności zajścia w ciążę), na ciele zaczną rosnąć włosy, rozwiną się mięśnie, ale osoby wciąż mogą odczuwać znaczną dysforię płciową. Dla jednych ta rozbieżność pomiędzy tożsamością płciową a odczuwaniem własnego ciała będzie dyskomfortem. Dla innych - prawdziwym piekłem. Wcale nie musi natomiast dotyczyć całego ciała. Osoby transpłciowe mówią często o dysforii „góry” albo „dołu”.
Alex dysforii „dołu” nie odczuwa w ogóle. Kiedyś czuł się z tego powodu źle. - Miałem poczucie winy, że nie mam aż takiej dysforii, jaką może powinienem mieć – w porównaniu do osób, których dysforia stopuje przed wieloma codziennymi rzeczami. Zastanawiałem się: to ja jestem transpłciowy czy nie, skoro nie odczuwam aż takiej dysforii? Czy ja muszę cierpieć, żeby być transpłciowy? - pyta. Potem zrozumiał: - Nie, nie musisz mieć dysforii, nie musisz decydować się na operację czy rozpoczynać terapię hormonalną, żeby wiedzieć, że ta płeć przypisana ci przy urodzeniu nie jest twoja.
Operacja: „jedynka”
Żeby dostosować swoje ciało do płci, Alex chce zoperować „jedynkę”, czyli „górę” (rekonstrukcja klatki piersiowej, mastektomia). „Dołu” nie zrobi, bo nie czuje potrzeby. - I to jest okej. Zanim sobie uświadomiłem, że to jest okej, to faktycznie było to jednym z moich stoperów. Bo to, czego nas uczą w szkole o różnicach między dziewczynką a chłopcem, to to, że chłopak ma siusiaka, a dziewczynka nie. Wiedziałem, że nawet jeśli podejmę się operacji „dołu”, to i tak nigdy nie będzie to takie jak u cismężczyzny. To był taki mętlik…
„Jedynkę” w Polsce można zrobić prywatnie jeszcze zanim w dowodzie pojawi się „M”. „Dwójkę” i „trójkę”, jako że są to operacje związane z narządami rozrodczymi, w naszym kraju można przeprowadzić i prywatnie i na NFZ dopiero po zmianie oznaczenia płci w dokumentach. Mówiąc potocznie, tzw. dwójka to wycięcie żeńskich organów płciowych (histerektomia), a „trójka” - wytworzenie męskich (neophalloplastyka, metoidioplastyka). Na wszystkie operacje transmężczyzna decydować się nie musi. - Trzeba było sobie zadać pytanie, czy ja miałbym to zrobić tylko po to, żeby dopasować się do oczekiwań społeczeństwa? Gdy zadajesz sobie takie pytanie, nagle okazuje się: ale mi to wcale nie przeszkadza – tłumaczy Alex. Operuje więc tylko „gorę”. We wrześniu ma pierwszą konsultację u chirurga.
To kiedy i jak kończy się tranzycja to kwestia indywidualna. - Na razie trudno mi powiedzieć, w którym momencie dla mnie tranzycja dobiegnie końca. Nie wiem, kiedy będzie dobry passing i nie będę misgenderowany… Na tę chwilę czekam, żeby wyglądać inaczej. Nie wiem, ile to będzie trwało – mówi Alex. - Teraz prawdopodobnie wyglądam i zachowuję się inaczej, niż bym chciał. Czasem staram się być bardziej - stereotypowo - męski. Żeby być postrzeganym jak mężczyzna – przyznaje.
- Pamiętam, że kiedy szedłem do psychologa na jedno ze spotkań potrzebnych, żeby dostać opinię o diagnozie, bałem się, że będę musiał udowodnić przed psycholożką, że jestem facetem. Więc starałem się tam być na tyle męski, żeby ona nie pomyślała, że jestem gdzieś “pomiędzy”, albo że nie jestem pewny. Starałem się wpasować w ten schemat macho, którym nawet nie chcę w ogóle być, bo się nim nie czuję. Tak bardzo się starałem być tym macho, że pierwsze co zrobiłem, to usiadłem i przez pierwsze pięć minut płakałem. Wytłumaczyłem jej, że przyszedłem do tego gabinetu z myślą, że ja jej muszę coś udowodnić i że jak pokażę, że nie jestem i nie chcę być stereotypowym mężczyzną, to to zaważy na ostatecznej opinii. Ona powiedziała wtedy: „czyli po prostu chce pan być utożsamiany z mężczyzną, a wyglądać i zachowywać się tak, jak pan lubi i czuje”.
Nie pytaj mnie o deadname
- Jest takie pytanie, którego nie za bardzo lubię: „a co jeśli będziesz żałować?”. Po co z góry zakładać takie rzeczy? - pyta Alex. - Ja już jestem trochę uodporniony na to, bo słyszałem to zawsze, jak robiłem sobie kolejny tatuaż. Robię to, bo tak czuję. Gdybyśmy przed każdą rzeczą, którą robimy, zastanawiali się, czy będziemy jej żałować, to nie zrobilibyśmy w życiu nic. A jak ktoś zachodzi w ciążę, pytamy: „Chcesz mieć dziecko? A jak będziesz żałować, to co?”. Nie lepiej zapytać: „sprawia ci to szczęście?”.
Alex wymienia jeszcze dwa zadawane osobom trans pytania, które budzą w nim nieprzyjemne emocje. O operację i zakładanie z góry, że to etap tranzycji, do którego osoba transpłciowa dąży i który musi „odhaczyć”. - Nie musi. Ani hormonów, ani operacji. A już w ogóle zadawanie pytania, w taki sposób: „kiedy będziesz robić operacje?”, nie: „czy?” jest nie na miejscu – tłumaczy Alex.
Bolesne może być też ciągłe pytanie o deadname. - Mnie o to zapytano na panelu dyskusyjnym. „Jakie imię zostało ci przypisane przy narodzinach?”. I ja nie miałem problemu z tym, żeby odpowiedzieć, ale po co? Do czego ta wiedza jest komuś potrzebna, skoro ja tego imienia nie używam? - tłumaczy.
Studnia bez dna, czyli ile to kosztuje
Alex uważa się za szczęściarza. Może pozwolić sobie na luksus przejścia przez tranzycję medyczną. Nie wszyscy mogą, bo tranzycja nie jest na każdą kieszeń. To nie jednorazowy wydatek, a stałe koszty. To dlatego osoby transpłciowe tak często polegają na zbiórkach prowadzonych w internecie – zbierają na terapię hormonalną, operacje, a nawet na same wizyty lekarskie, konsultacje i badania, bo te generują ogromne koszty.
Alex swoją tranzycję opłaca sam, częściowo korzystając z pomocy oferowanej przez rodzinę. Konkretniej o pieniądzach rozmawiać nie chce. Czuje się uprzywilejowany, a za tym idzie pewien rodzaj poczucia winy. - Bo mogę sobie pozwolić, nie wszyscy mogą – powtarza. Jedna osoba będzie mogła pozwolić sobie na testosteron za kilkanaście-kilkadziesiąt złotych, inna na ten droższy. Tak samo jest w przypadku operacji. Można zrobić „jedynkę” za kilka tysięcy, można za kilkanaście. W jednej z krakowskich klinik za „górę” transmężczyzna musi zapłacić 17 tysięcy. Sprawdzamy inną – w Poznaniu, tam cena waha się pomiędzy 16 a 22 tys. zł. „Dwójka” we Wrocławiu – od 14 tysięcy. Za „trójkę”, wytworzenie prącia – w tym przypadku - z płata skórnego uda, u jednego z przyjmujących w Warszawie lekarzy ceny zaczynają się od 50 tys.
Lista wydatków, jakie ponoszą osoby transpłciowe wydaje się nie mieć końca. Do terapii hormonalnej i operacji dochodzą też wizyty lekarskie (seksuolog, endokrynolog czy psycholog, od których uzyskanie opinii otwiera osobom z niezgodnością płciową drogę do zrealizowania kolejnych elementów tranzycji). To średnio 200 złotych od każdego spotkania. Choć można zdecydować się na przejście przez ten etap z NFZ, osoby często z niego rezygnują, zdając sobie sprawę ze znacznego wydłużenia procesu wyrobienia opinii lekarskiej. Kolejki oczekujących do specjalistów sięgają 6 miesięcy, wyrobienie opinii może wówczas zająć lata.
W przypadku transmężczyzn wydatkiem są często również bindery – tzw. spłaszczaki, specjalistyczna odzież, którą stosuje się, żeby ukryć biust. Za bindery z niższej półki trzeba zapłacić kilkadziesiąt złotych, za te lepszej jakości – nawet kilkaset. Dla osób z mniejszych miejscowości kolejnym wydatkiem są dojazdy, bo dostępność medycznej tranzycji jest tam bardzo daleka od potrzeb osób transpłciowych i czasem na całe województwo przypada jeden-dwóch seksuologów specjalizujących się w temacie tranzycji. Cena za życie w zgodzie ze sobą jest wysoka.
Plany na wakacje? Pozwać mamę i tatę
Fatalny obraz na realia społeczności trans rzuca polskie prawo. Takich osób po prostu nie widzi, nie istnieją przepisy regulujące prawne aspekty procedury korekcji płci. Mogło być inaczej. Ustawa o uzgodnieniu płci, uchwalona po burzliwych obradach we wrześniu 2015 roku, nie weszła jednak do porządku prawnego, bo nowo wybrany prezydent Andrzej Duda powiedział swoje pierwsze „weto”. Sejm weta nie odrzucił.
Prawo wymusza zatem na osobach, które chcą funkcjonować w płci innej niż nadana przy urodzeniu, pozwanie własnych rodziców, czyli oskarżenia ich o to, że przy narodzinach błędnie określili płeć swojego dziecka. W sądach korzysta się wtedy z art. 189. Kodeksu postępowania cywilnego, który nawet nie dotyczy tożsamości płciowej. Artykuł mówi, że: „powód może żądać ustalenia przez sąd istnienia lub nieistnienia stosunku prawnego lub prawa, gdy ma w tym interes prawny”. Dla osoby trans tym interesem jest ochrona dobra osobistego - przynależności do określonej płci.
Tranzycja to kwestia indywidualna. - Trudno mi powiedzieć, kiedy dla mnie tranzycja dobiegnie końca. Na tę chwilę czekam, żeby wyglądać inaczej - mówi Alex.
Jeśli rodzice nie akceptują tożsamości płciowej swojego dziecka, mogą próbować wpłynąć na wyrok sądu, a to - wydłużyć czas sądowej batalii i wygenerować dodatkowe koszty, np. kolejnych biegłych psychologów i psychiatrów. Alex się o to nie martwi, może liczyć na pełne wsparcie rodziców, co nie oznacza, że proces nie będzie dla obu stron bolesny. - Rodzice rozumieją, po co to jest, piszą się na to. Ale nie cieszą się z tego, jak to wygląda w Polsce. Wiedzą, że muszą przegrać, żeby coś wygrać – mówi. Jeszcze przed końcem wakacji chce pozwać swoich rodziców.
Moi rodzice piszą się na to. Ale nie cieszą się z tego, jak to wygląda w Polsce. Wiedzą, że muszą przegrać, żeby coś wygrać
Pod względem prawnym żyjemy w najbardziej homo-, bi- i transfobicznym kraju w UE (raport ILGA-Europe „Rainbow Europe”), ale to nie tylko kwestie prawne pokazują daleki od ideału obraz poziomu tolerancji w Polsce. Alex mówi, że nie ma klapek na oczach i widzi, co się dzieje. Słyszał, gdy najważniejsza osoba w państwie przekonywała, że „próbuje się nam wmówić, że LGBT to ludzie”. Słyszał, gdy minister odpowiedzialny za edukację twierdził uparcie, że „ci ludzie nie są równi ludziom normalnym”. Wie, z jakim hejtem napędzanym często przez władzę mierzą się w Polsce osoby trans.
- Ja tego nie biorę do siebie, ale wiem, jak takie słowa działają na osoby, które nie mają wystarczającej siły, żeby przez to przejść. To może doprowadzać do sytuacji niestety ostatecznych… Mamy ogromny odsetek samobójstw wśród młodych ludzi… I wśród nich jest bardzo dużo osób transpłciowych. Straszne – komentuje. W Alexa hejt bezpośrednio nigdy nie uderzał, zawsze otaczał się wspierającymi ludźmi. - A może ja żyję w takiej bańce? - zastanawia się, po czym dodaje: chcę wierzyć w to, że nie doświadczyłem hejtu dlatego, że coś się zmienia.