Historia tej pary zaczęła się w listopadzie 1980, kilka miesięcy po burzliwych wydarzeniach sierpniowych w Gdańsku. Sytuacja gospodarcza w Polsce była zła, a 1 lipca, gdy wprowadzono podwyżki cen mięsa i wędlin, wybuchły strajki w wielu miastach. Podczas późniejszych strajków w stoczni Gdańskiej pojawiły się postulaty robotników, którzy chcieli organizować się w wolne związki zawodowe. Tak narodziła się Solidarność, która przysporzyła władzom wiele problemów.
22-letni Andrzej, student 5. roku budownictwa w Olsztynie dowiedział się w październiku 1980, że organizacja młodzieżowa na jego uczelni planowała wycieczkę po Związku Radzieckim obejmującą miasta Wilno, Rygę, Tallinn i Leningrad, obecny Petersburg. Zainteresowane osoby musiały przygotować plan wycieczki, bo wtedy było więcej chętnych niż miejsc. Andrzej zabrał się za przygotowania i tak wspomina listopadowy wyjazd: - Wycieczka była ciekawa i nadal wszystkim polecam tę trasę na urlop. Pamiętam, że wtedy zrobiła na mnie wrażenie Ryga. Razem z kolegami Polakami studiującymi w stolicy Łotwy odwiedziliśmy wiele klubów. W jednym z nich grała ciekawa kapela. Wykonywali już covery najnowszych utworów, które były u nas w Polsce dopiero grane w radiowej Trójce. Ryga to miasto portowe, marynarze przywozili płyty i byli na bieżąco z zachodnią muzyką.
Randka przy pomniku Lenina
Popularne w magazynie
Tallinn również wywarł na nim ogromne wrażenie. To właśnie w stolicy ówczesnej Estońskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej poznał swoją przyszłą dziewczynę. - Od razu zwróciłem uwagę na neony na sklepach, instytucjach, napisy były po estońsku. Miało się wrażenie, że jest się w Szwecji czy Niemczech. Bardzo piękna starówka, jest obecnie na liście UNESCO. Dodatkowo zatrzymaliśmy się w ekskluzywnym hotelu Olümpia, który był świeżo wybudowany przez Finów na Olimpiadę 1980. Mieszkaliśmy wysoko, widzieliśmy morze i starówkę oraz małą cerkiew, do której wiele lat później trafiłam.
Grupę studentów z Olsztyna już wcześniej poinformowano, że następnego dnia odbędzie się spotkanie z młodzieżą, szczegółów jednak nie podano. Detali spotkania też nie znała 22-letnia Rosjanka Lena, młoda inżynier, mieszkanka Tallinna. Wówczas w Estonii mniejszość rosyjska stanowiła około 30 proc., zaś najwięcej Rosjan było właśnie w stolicy. Lena pracowała w przedsiębiorstwie Esti Kabel od 1980 roku i była w młodzieżowej organizacji.
- Organizacja była rejonowa i urządzała spotkania ze studentami z różnych krajów, m.in. z Grekami, Włochami czy Amerykanami. Razem z koleżanką poszłam na pierwsze spotkanie w młodzieżowym klubie na Starym Mieście. Przyszłyśmy wcześniej, nie wiedziałyśmy, że to będzie grupa z Polski – wspominała. Lena musiała długo czekać na studentów z Polski, aż w końcu pojawiła się wycieczka i zwróciła uwagę szczególnie na jedną osobę. - Siedzieliśmy przy stolikach i obserwowaliśmy, jak Polacy wchodząc szli do garderoby. Zwróciłam uwagę na studenta, który paradował przede mną. Zrobił na mnie wrażenie – blondyn, zielone oczy, jasna cera, jeansowa kurtka z białym kołnierzem. Stwierdziłam, że jest sympatyczny i od razu zrobiło mi się weselej. To był Andrzej.
Andrzej, chcąc się zintegrować z osobami z Tallinna, zainicjował połączenie stołów i kupno szampanów. Od razu zaczęły się rozmowy oraz tańce. Wśród bawiących się byli również Estończycy. - Rozgadałem się z Estonką, rozmawialiśmy o Estonii, Polsce, historii, różnych sprawach. Oczywiście przyglądałem się koleżankom obecnym na imprezie. Zauważyłem Lenę, była najładniejszą dziewczyną obecną na spotkaniu - szczupła, dobrze ubrana, ładnie tańcząca i wesoła. Ale jakoś się zagadałem i głupio było opuszczać towarzystwo. W końcu nadszedł czas zatańczyć z Leną, ale moi koledzy opanowali sytuację i nie chcieli się zgodzić. Nie zrażałem się niechęcią kolegów i kiedy Lena była na parkiecie to zrobiłem „odbijanego” i tańczyliśmy do końca imprezy. Rozmawiałem dobrze po rosyjsku, więc kontakt był łatwy.
Zrobił na mnie wrażenie – blondyn, zielone oczy, jasna cera, jeansowa kurtka z białym kołnierzem. Stwierdziłam, że jest sympatyczny i od razu zrobiło mi się weselej
Lena doceniła biegłą znajomość języka rosyjskiego u Andrzeja. - Siedziałam z jednym z polskich studentów i rozmawiałam z nim po angielsku. Gdy Andrzej do mnie podszedł było mi miło, że zwrócił się do mnie po rosyjsku.
Po zakończonym spotkaniu, Lena musiała doprowadzić lokal do porządku, ale Andrzej ją namówił, by odprowadziła go do hotelu, o czym sam wspomniał: - Poszliśmy spacerkiem po starówce, aura nie była sprzyjająca - był listopad, śnieg i wiatr. Nam to nie przeszkadzało i nie stanowiło zapory, żeby już wtedy na tym pierwszym spotkaniu w zaułkach tallińskiej starówki ukraść Lenie pierwszego całusa. Tak to się zaczęło. Doszliśmy do hotelu i umówiliśmy się na spotkanie dnia następnego.
Andrzej zauważył zazdrość w oczach kolegów, gdy widzieli go drugiego dnia z Leną. Ona zaś była mile zaskoczona, gdy po kilku dniach dostała od Andrzeja pocztówkę z Leningradu. Kolejne ich spotkanie odbyło się dopiero w czerwcu 1981 w Wilnie, gdy Andrzej jechał do znajomych: - Umówiliśmy się w miejscu charakterystycznym w parku przy pomniku Lenina przy prospekcie Lenina. Obecnie tego pomnika już nie ma i ulica nazywa się inaczej. Można się domyślić, że nasza znajomość się zacieśniała.
Lena i Andrzej
Andrzej dobrze znał język rosyjski, więc to dodatkowo wspierało rozwój naszej znajomości. Nie było żadnych oporów, by rozwijać dalej znajomość. Lena twierdzi, że od razu zawiązała się między nimi więź: - Byłam bardzo zdziwiona, bo Andrzej był bardziej „swój” niż Estończycy, z którymi studiowałam i pracowałam. Bardzo dobrze mówił po rosyjsku.
Polak zakochany w Rosjance w Wilnie? Brzmi bardzo romantycznie, chociaż para wówczas żyła chwilą i nie zastanawiała się, jak dalej potoczy się ta znajomość. Problemy miały się zacząć już miesiąc później. Lena postanowiła załatwić w Komsomole wycieczkę do Polski w lipcu, ale jak wyjaśniła, musiała zmienić urlopowe plany: - Zadzwonili do mnie z organizacji i zapytali, czy zgadzam się pojechać jednak do Czech. Wyjaśnili, że Polska jest zamknięta, bo już zaczęło się robić nieciekawie i nie chcieli nas tam puszczać. Może prywatnie nie było problemu z podróżą do Polski, ale wycieczki nie mogły wjechać do kraju, w którym coraz prężniej działała Solidarność. Zgodziłam się pojechać do Czech, było mi przykro. Z wycieczki wysyłałam Andrzejowi kartki z motocyklami i architekturą, bo wiedziałam, że się tym interesuje.
„Ruch został wstrzymany”
Andrzej, jak każdy wówczas absolwent studiów, musiał wybrać się na roczną służbę wojskową. Wszystkie plany układał względem stycznia 1982, gdy musiał iść do wojska. - W tamtym czasach, żeby wyjechać za granicę i się spotkać, to ta druga osoba musiała zrobić zaproszenie. To nie było kłopotliwe, ale już zaczęły się utrudnienia związane z sytuacją w Polsce i strajkami Solidarności. Teraz wiemy, że był planowany stan wojenny, o czym wtedy nikt nie miał pojęcia.
Andrzej po 2 miesiącach pracy wziął urlop bezpłatny, by jechać do Tallinna. Na podróż wybrał pechową datę – 13 grudnia 1981 rok. Cały czas do siebie pisaliśmy, aż w końcu przyszła niedziela, 13 grudnia. Postanowiłem, że w sobotę 12 grudnia w spokoju się spakuję, a w niedzielę 13 pojadę do Leny. Nikt nie wiedział, że zostanie wprowadzony stan wojenny.
Andrzej musiał pojechać skoro świt do Białegostoku i tam wsiąść w pociąg relacji Berlin-Leningrad. - Mój pociąg do Białegostoku zaczął się opóźniać. Przypadkowo spotkałem kolegę ze szkoły podstawowej, który był oficerem. W pewnym momencie powiedziałem mu, że chyba nie zdążę na pociąg, który jedzie do Wilna i potem Leningradu. Tak się też stało.
Postanowiłem, że w sobotę 12 grudnia w spokoju się spakuję, a w niedzielę 13 pojadę do Leny. Nikt nie wiedział, że zostanie wprowadzony stan wojenny
Gdy obaj wysiedli w Białymstoku, Andrzej usłyszał druzgocącą informację, która wywróciła do góry nogami wszystkie jego plany. - Poszedłem do kasy i powiedziałem, że mam bilety na pociąg do Wilna, a on już odjechał. Kasjerka mi odparła: „Jest stan wojenny, został wstrzymany ruch międzynarodowy”. Byłem zdziwiony, poszedłem do kolegi i powiedziałem: „Słuchaj, ona twierdzi, że jest stan wojenny, jakieś bzdury”. Jeszcze raz do niej się wybrałem i ponownie zapytałem, co mam robić i czy pociągi nie będą jeździć. Wyjaśniła mi, że pociągi jeżdżą, ale Polacy nie mogą wyjechać z kraju.
Andrzej powtórzył słowa kasjerki swojemu koledze, który był oficerem wojskowym i również o niczym nie wiedział. - Byłem oszołomiony, bo nigdy nie było sytuacji, że nagle nie można wyjechać. Jak było, tak było w PRL-u, ale wyjazdy zagraniczne się odbywały. Od dziecka jeździłem, nie było większego problemu. Czułem wtedy żal, że spotkanie nie doszło do skutku. Musiałem poczekać na powrotny pociąg i tak moja wycieczka do Tallina 13 grudnia się zakończyła.
Lena tak wspomina ten pechowy dzień: - Andrzej akurat kupił bilet na 13 grudnia, gdyby wybrał dzień wcześniej, przyjechałby. Zabrakło jednego dnia! Rano dowiedziałam się z telewizji, że wprowadzono stan wojenny w Polsce i rozpłakałam się. Wiesz, jak mocno płakałam? Zrozumiałam, że to będzie długo trwać. Nawet jak zniesiono stan wojenny to i tak nie pozwalano nam jeździć. Załatwiając wizy mówiłam, że jadę wychodzić za mąż, żeby zdobyć odpowiednie dokumenty.
Mimo tragedii zakochanych ludzi, życie toczyło się dalej swoim torem. Andrzej wrócił do domu i wkrótce zaczął służbę wojskową, przez co nie odczuwał aż tak mocno ograniczeń wiążących się z wprowadzeniem stanu wojennego.
Wiesz, jak mocno płakałam? Zrozumiałam, że to będzie długo trwać. Nawet jak zniesiono stan wojenny to i tak nie pozwalano nam jeździć
- Na co dzień nie czułeś, że jest stan wojenny. Wprowadzono godzinę policyjną, ale ponieważ była zima to wówczas tak nie przeszkadzało. Oczywiście były ograniczenia w poruszaniu się – trzeba było mieć przepustkę, żeby jechać do drugiego miasta. Były patrole na ulicach, milicjanci mogli cię wylegitymować, zresztą jak byłem w wojsku to sam chodziłem na patrole z żołnierzami zawodowymi jako asysta. Kontrolowali korespondencję, podsłuchiwali rozmowy, były komunikaty „rozmowa kontrolowana”. Jak miałem przysięgę w wojsku, to rodzina moja musiała wyrabiać zgodę, żeby przyjechać do mnie do Inowrocławia - wspominał. Życie toczyło się dalej. Po powrocie z wojska Andrzej zaczął pracować, budować dom i pisać listy do Leny.
3 lata rozłąki przez stan wojenny
Rozstanie trwało długo, bo aż 3 lata. Wiele związków na odległość nie wytrzymuje próby czasu, ale ten związek przetrwał trudny okres. Lena wiedziała, że warto czekać. - Przez te 3 lata nie miałam chwili wątpliwości, żeby zakończyć tę znajomość. Cały czas miałam sny, że jestem z nim. Dużo pisaliśmy do siebie, rozmawialiśmy prze telefon, musiałam iść na pocztę, bo tylko tak obsługiwano rozmowy międzynarodowe. Ale to mi się podobało, było coś w tym romantycznego i był to wysiłek. Zakazy motywują mnie do działania.
Listy początkowo były pisane po rosyjsku, jednak z czasem to się zmieniło, o czym wspomniał Andrzej. - Pisałem listy po rosyjsku i zrozumiałe jest, że to swego rodzaju wyzwanie. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, żeby Lena zaczęła się uczyć polskiego. Wysłałem jej książkę do języka rosyjskiego i płyty winylowe, potem pisałem listy po polsku.
W końcu zezwolono na przyjazd Andrzeja do Tallinna w 1984 roku, Lena wciąż nie mogła pojechać do Polski. Chociaż mocno się stęsknili za sobą, rozłąka odcisnęła swoje piętno. Lena ma mieszane uczucia, gdy wspomina pierwsze spotkanie po latach. - Gdy go zobaczyłam po 3 latach przeżyłam szok, bo się mocno zmienił. Zdjął czapkę i zauważyłam, że wyłysiał. Mama mnie spytała na drugi dzień, jak go oceniam i zaczęłam jej się żalić, że nie wiem co z nim mam robić przez 2 tygodnie pobytu. Tak naprawdę, na nowo się poznawaliśmy. To spotkanie było decydujące – musiałam podjąć decyzję, czy się z nim żegnam czy z nim zostaję. Wieczorem poszliśmy na tańce, przytulił mnie i zrozumiałam, że to „mój człowiek”.
Andrzej i Lena na tallińskiej starówce
Andrzej nie przeżył aż takiego szoku podczas tego spotkania. - W końcu się spotkaliśmy. Lena też się zmieniła. Dostrzegałem, że to już nie dziewczyna, a kobieta, nadal piękna i elegancka w każdym wymiarze. Było dobrze, czułem, że to właściwy człowiek.
…i żyli długo i szczęśliwie
Jakie jest zakończenie tej historii? Ja jestem puentą tej historii, bo Lena i Andrzej to moi rodzice. W 1988 roku wzięli ślub w Tallinnie i moja mama przeprowadziła się do Polski. Po 3 latach urodziła się ich jedyna córka i moi rodzice postanowili mi nadać imię, które funkcjonuje zarówno w języku polskim, jak rosyjskim - Aleksandra. Każde wakacje spędzałam u dziadków w Tallinnie, na podwórku rosyjskojęzyczne dzieci myślały, że jestem Estonką – wszystko przez mój akcent. Dzisiaj jestem finalistką olimpiady z języka rosyjskiego i chętnie opowiadam historię moich rodziców.
Przeprowadzając ten wywiad z rodzicami zapytałam, czy pisanie listów przez tyle lat ich nie zniechęcało do podtrzymywania znajomości. Oboje zaprzeczyli, a tata zażartował: - Teraz wiesz, po kim odziedziczyłaś dar pisania, bo zarazem i ojciec i matka w swoim czasie dosyć dużo trenowali w tej dziedzinie. Mam nadzieję, że czytając ten artykuł są ze mnie dumni.