`
Nie rozumieją Kościoła i narzekania. Ale Polska daje im nowe możliwości
Podczas meczu AFL w Polsce
fot: Basia Gajcy/arch. prywatne
AUSTRALIJCZYCY W POLSCE

Nie rozumieją Kościoła i narzekania. Ale Polska daje im nowe możliwości

11.08.2021 17:53

Podróżowałem po Europie, poznałem dziewczynę, przepadłem - to historia przynajmniej kilku moich rozmówców. Każdy z nich wybrał się, z różnych powodów, w podróż po starym kontynencie. Gdzieś między jednym a drugim miastem, zabytkami, obowiązkami zawodowymi, trafiali na Polki. Tak zaczynała się ich przygoda z krajem nad Wisłą.

Australia Polakom jawi się jako raj pełen słońca i piaszczystych plaż. Niestety, wypełniony jadowitymi pająkami, ale to rekompensują siedzące na drzewach koale. Tak naprawdę o Australii wiemy niewiele. Kojarzymy ją z kangurami, ostatnio także z wielkimi pożarami lasów czy niespodziewanymi lockdownami po wykryciu 20 zakażeń koronawirusem.

Z jakiegoś powodu nie dla każdego Australijczyka postępowe, wysoko rozwinięte państwo, którego miasta uznawane są za jedne z najprzyjaźniejszych do życia (Australia zajmuje drugie miejsce w rankingu jakości życia, sporządzonym przez OECD - Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju), jest utopią. Niektórzy decydują się opuścić je i zamieszkać w dużo biedniejszej Polsce, pełnej smogu, mrozu i konserwatyzmu. Co oni tu robią?

Australia to tak naprawdę gigantyczna wyspa, podzielona na kilka stanów, w których życie skupia się wokół kilku najważniejszych ośrodków - Sydney, Melbourne, Perth czy Brisbane. Większość mieszkańców - szacuje się, że nawet 80 procent całej społeczności - zasiedla wybrzeże, na kontynencie jest tyle samo owiec, co ludzi i aż dwa razy więcej kangurów. Są pająki, węże, kilometry… W Australii wszędzie jest daleko. Jeśli chcesz wybrać się do najbliższego dużego miasta, czeka cię wielogodzinna podróż, po drodze nie uświadczysz miasteczek czy wiosek, nie znajdziesz bezpiecznej przystani. To jeden z minusów, jakie ekspaci przybyli z Australii do Polski wymieniają jako problem życia w ich ojczyźnie.

Miłość

Według danych Urzędu Do Spraw Cudzoziemców, w Polsce w 2021 roku mieszka 270 Australijczyków, z czego blisko sto osób ma prawo do stałego pobytu. Jednym z przybyszów jest Phil, którego poznałam już kilka lat temu. Początkowo porozumiewaliśmy się typowym ponglish - mieszanką języków polskiego i angielskiego. Miał długie włosy, krzaczastą brodę i przenikliwe spojrzenie, a w knajpie, w której się kiedyś spotkaliśmy, jak gdyby nigdy nic zamówił pizzę z ananasem. Cały w tatuażach, wysoki i pewny siebie wyróżniał się w tłumie. Ale nie tylko wyglądem drwala przyciągał do siebie uwagę. W jego obyciu było coś, co od razu kazało myśleć: on nie jest stąd. 

Phil do Warszawy przyjechał z Melbourne w marcu 2016 roku. Tego dnia było zimno i mokro, a powietrze w Warszawie miało charakterystyczną żółtą barwę i śmierdziało spalinami. To nie było miłe powitanie. Jego przygoda z Polską zaczęła się jednak dużo wcześniej, w Niemczech.

- W Australii w weekendy byłem gitarzystą, latem mieliśmy trasę po Europie. Trafiliśmy do Niemiec, tam w czasie festiwalu poznaliśmy ludzi z innych zespołów, była tam też Zosia, wokalistka z Polski. Wymieniliśmy się kontaktami, ja wróciłem do Melbourne, ona do Warszawy. Ale to nie był koniec. Rozmawialiśmy ze sobą praktycznie codziennie, przez wiele godzin przez kolejne dwa-trzy lata. W końcu zrozumieliśmy, że to nie jest tylko znajomość, że chyba coś się między nami dzieje. Wtedy postanowiłem, że przyjadę do Polski - wspomina swoją szaloną decyzję Phil. - Czułem, że w Europie jest coś dla mnie. Nic nie trzymało mnie w Australii.

Phil w Australii (z lewej) oraz podczas wizyty w Polsce
fot. arch. prywatne
Fot. arch. prywatne
Phil w Australii (z lewej) oraz podczas wizyty w Polsce

Do Polski przyjechał, jednak nie skoczył od razu na głęboką wodę. Przez ponad pół roku, jeszcze w Melbourne, uczył się języka polskiego, poznawał podstawowe zwroty i słówka. Dziś wie, że lekcje te dały mu niewiele. Owszem, potrafił powiedzieć “Cześć, jestem Phil, przyjechałem z Australii", ale nie wiedział, jak kupić chleb w sklepie albo bilet w autobusie. Pierwsze chwile w Polsce były przerażającym zderzeniem z rzeczywistością. 

- Umiałem powiedzieć “mój tata jest stary”, ale nie wiedziałem, co znaczy, gdy sprzedawczyni w sklepie mówi do mnie “czy podać coś jeszcze?”. Byłem przerażony - mówi Phil. Po kilku latach w Polsce nie tylko uczy się języka i potrafi płynnie rozmawiać po polsku, ale też uzyskać pozwolenie na pobyt stały. Chce przejść przez egzamin z języka, kupić mieszkanie, założyć ogród pełen kwiatów i warzyw. Tu, w szarej i pełnej smogu Warszawie, znalazł swój nowy dom i ani myśli go opuszczać. Co go tu trzyma?

Praca

Związek z Zosią nie przetrwał próby czasu, choć nadal się przyjaźnią. Phil zaczął wiązać się jednak z czymś nowym - z Polską. Tu zdobył pracę, w której się rozwija i znalazł fach, w którym czuje się jak ryba w wodzie. W Australii był złotą rączką, a tu pracuje w marketingu i spełnia się jako copywriter. Realizuje zlecenia dla firm z całego świata, w międzyczasie pisze bloga o życiu w Polsce (“Expats Poland”). Swojej przyszłości nie wiąże już z Australią, teraz jego domem jest Polska. I nie jest w tym jedyny. 

Podobnych historii usłyszałam kilka. Sammy spotkał swoją przyszłą dziewczynę w pracy w Niemczech, Rob przyjechał do Polski za swoją ukochaną, a Sam w czasie podróży po Europie. Wszyscy zostali, choć nie każdy nadal jest w związku. I choć przyznają: to prawda, Polki są piękne, jednak kobiety nie są jedynym, co trzyma ich nad Wisłą. 

Nie każdy, kto przyjeżdża do Polski z Australii, rzuca swe dawne życie dla miłości. Rogera nad Wisłę przywiodła praca i, podobnie jak Phil, nie chce już jechać nigdzie indziej. Do Polski przyjechał z Melbourne, ale 12 poprzednich lat spędził w Rosji. Nie wybrał tego kierunku sam. Został tam wysłany przez swojego pracodawcę. 3,5 roku temu dostał nową ofertę.

Roger w Australii
Roger z kangurem w Melbourne
fot. arch. prywatne
Roger w Australii
Fot. arch. prywatne
Roger z kangurem w Melbourne

- Nie miałem wyboru. Nasze biuro w Rosji zamykało się, zaproponowali mi pracę w Polsce. Byłem sceptycznie nastawiony, ale się zgodziłem. Teraz naprawdę się cieszę z tej decyzji. Nie chcę wyjeżdżać z Polski, nigdy - mówi, sącząc polskie piwo w typowym polskim pubie. Siedząc przy wielkim stole, na drewnianej ławce, pod parasolem jednego z większych polskich browarów. 

- Wszystko jest tu dobre. Mam dobrą pracę, dom. Ale w Polsce jest coś, co naprawdę lubię. W Australii mamy strasznie dużo reguł, restrykcyjne prawo, żyjemy w bańce. Ciężko to wytłumaczyć, ale… W Polsce ludzie mogą czuć się wolniejsi. W Rosji każdy robi, co chce, to za dużo. Polska jest idealnym miksem, czymś między Australią i Rosją. Trochę tu dziko, za dużo tu kościoła, ale standardy życia są dobre. Po prostu perfekcyjna kombinacja państwa słowiańskiego z Zachodem. 

Polska daje możliwości - to kraj, który ciągle się rozpędza, tutejsze firmy wchodzą na zachodnie rynki, potrzebują anglojęzycznych pracowników. To wielka szansa dla przybyszów z Australii, którzy bez perfekcyjnego języka polskiego mogą się rozwijać i zdobywają świetne posady.

Cristin do Polski przyjechała siedem lat temu. Dziesięć lat temu w swoim rodzinnym Sydney poznała Polaka. Zaczęli się spotykać, zrobiło się poważnie, ale jego wiza wygasła. Musiał wrócić nad Wisłę, postanowili jednak utrzymywać relację na odległość. Szybko okazało się, że to bardzo trudne. Dziewczyna pojechała za nim. Dziś są już małżeństwem, niedawno doczekali się dzieci. Gdy rozmawiałam z Cristin, bliźniaki drzemały w wózku, a ona, niezwykle ciepła i otwarta, opowiedziała mi o tym, co trzyma ją w Polsce i czego się obawia. 

Polityka

Filigranowa, niska i szczupła, o nieco ciemniejszej karnacji, Victoria przyznaje, że jej polski nie jest perfekcyjny. To wyjątkowo ciężki język. Dużo trudniejsze jest jednak życie w Polsce. Fakt, nie miała problemu ze znalezieniem pracy. Dziś jest dyrektorką w międzynarodowej szkole podstawowej. Cały czas towarzyszy jej jednak niepokój. To pierwsza osoba, która otwarcie przyznaje: myślę nad powrotem do Australii. 

Dlaczego? Polska jeszcze do niedawna wydawała się świetnym miejscem do życia. Rozwijała się, była coraz bardziej otwarta. Od kilku lat sytuacja się zmienia. Polityka to coś, co łączy wszystkich moich australijskich rozmówców. Wszyscy boją się o przyszłość i nie rozumieją, jak kraj w środku Europy mógł w kilka lat stać się tak konserwatywny, homofobiczny i nieprzyjazny. 

W Australii mamy strasznie dużo reguł, restrykcyjne prawo, żyjemy w bańce. Ciężko to wytłumaczyć, ale… W Polsce ludzie mogą czuć się wolniejsi

- Życie w Polsce nie jest złe, ale zastanawiamy się, czy nie wyjechać. Odkąd mamy dzieci, więcej myślimy o ich przyszłości, o tym, że w Australii miałyby lepsze życie - mówi szczerze i przyznaje - polityka to coś, co zdecydowanie uprzykrza życie w Polsce. To właśnie kobiety większą uwagę poświęcają sytuacji politycznej. Przyjechały z Australii, ale żyją tutaj, więc interesują się bieżącymi wydarzeniami i boją tego, co nastąpi. 

Victoria to Australijka z polskimi korzeniami, jest w Polsce od trzynastu lat. Jej rodzice wyemigrowali w czasach PRL z powodów politycznych i osiedlili się w Australii. Każde osobno, poznali się dopiero tysiące kilometrów od opuszczonej ojczyzny. Historia Victorii to historia młodej, odważnej i żądnej wyzwań dziewczyny, która rzuciła życie w Australii z jednego prostego powodu: od polskich krewnych dowiedziała się, że nad Wisłą może studiować za darmo. 

Panorama Sydney
fot. Dan Freeman/Unsplash.com
Fot. Dan Freeman/Unsplash.com
Panorama Sydney

Początkowo w Polsce spędzić miała tylko jeden semestr, szybko okazało się, że zostanie na dłużej. Tu poznała przyszłego męża, skończyła studia, pracowała jako dziennikarka, a w ostatnich latach prowadzi szkołę w stylu Montessori, w systemie domowym i planuje otwarcie placówki w Łomiankach. Chce zostać w Polsce, ale obawia się, że nie będzie to łatwe życie, a wielu młodych ludzi, w tym pokolenie jej dzieci, wybierze emigrację. 

- Nie lubię tutejszej polityki. Obecna sytuacja polityczna jest bardzo przygnębiająca, straszna, boję się o moją przyszłość i przyszłość moich dzieci. Ja nie chcę wracać do Australii, ale kolejne pokolenie będzie myślało o ucieczce z Polski. Tak jak moi rodzice uciekali z powodów politycznych, to teraz się to prawdopodobnie powtórzy - mówi przejęta.

- Polska, do której przyjechałam, taka nie była. To jest najstraszniejsze. Kiedy ja tutaj przyjechałam trzynaście lat temu, jedyne osoby, które wypowiadały się na temat tego, że powinnam mieć męża, dziecko, to stare “wiadomo co”. Teraz w moje prywatne sprawy wtrącają się ludzie, którzy mają realny, decydujący wpływ na moje życie, na życie społeczeństwa. Zakładam szkołę, chcę zaproponować dzieciom system edukacji inny od systemu pruskiego, ale teraz nie wiem, czy warto. Dyrektorzy szkół mają być aparatczykami ministra, masakra. Ludzie tego nie chcą.

W Polsce polityka wiąże się ściśle z Kościołem. Być może Australijczycy widzą to wyraźniej, wszak przyjechali do Europy z bardzo otwartego, wysoko rozwiniętego kraju, gdzie księża z konserwatywnym rządem nie decydują o życiu codziennym i przyszłości obywateli. Ponad trzydzieści procent ludności Australii to ateiści, dla porównania katolicy stanowią tam zaledwie 22 procent wszystkich mieszkańców, a władzę w kraju dzierży Liberalna Partia Australii (LPA). Zderzenie się z polskimi realiami było więc niezwykle bolesne. 

Mężczyźni, którzy wybrali życie w Polsce, są świadomi problemów, z jakimi mierzą się polskie kobiety, widzą też rosnącą homofobię. Nie podoba im się polityka antyaborcyjna i “zaglądanie” obywatelkom do łóżek. Roger działania Kościoła i rządu nazwał “kroczeniem w stronę Arabii Saudyjskiej”. Nie dowierzał, jak kraj w środku Europy może się tak bardzo cofać. - Gdyby to wszystko odrzucić, jak pięknym i wolnym krajem byłaby Polska? Jak dobrze by było, gdyby tylko wyłączyć religię? - dopytuje. 

- Mam problem z Kościołem Katolickim. Naprawdę nie lubię Kościoła, polityki antyaborcyjnej, anty-LGBT+, nie lubię polityków, ale nie wiem, czy mogę narzekać. Jeśli mi się nie podoba, może powinienem wyjechać? - zastanawia się mój rozmówca. - Właściwie to chodziłem do szkoły katolickiej w Australii, nauczyłem się bardzo dużo. Ale porządna edukacja katolicka tworzy dobrych ateistów - dowiadujesz się wszystkiego, możesz sam wybrać, w co wierzysz. A tutaj? - Za dużo religii, za dużo Jezusa, nie lubię tego - mówi szczerze Roger.

Z Philem o polityce i religii rozmawiałam już wielokrotnie. Choć Australijczyk, żywo interesuje się historią i sytuacją w Polsce, w wolnych chwilach pisze bloga o życiu ekspatów (specjalistów, którzy wybrali życie poza swoją ojczyzną) nad Wisłą. Niedawno działalność tę zawiesił, bo - jak wyznał - przerósł go ogrom zła, które dzieje się teraz w kraju. I choć jest przerażony, widzi też światełko w tunelu. To młodzież, która ma szansę zmienić kraj, ale też dzisiejsi trzydziestolatkowie, którzy mocno angażują się w życie społeczne. 

- To prawda, sytuacja jest napięta. Łamanie praw kobiet, odbieranie prawa do aborcji, homofobia - to wszystko przeraża, ale nie sądzę, by przez działania rządu i kościoła Polska wyszła z Unii Europejskiej. Myślę, że im bardziej się na ludzi naciska, im zacieklej odbiera im się prawa, tym usilniej oni szukają alternatywy. Im bardziej Kościół próbuje kontrolować życie ludzi, tym częściej ludzie się od niego odwracają. Czuję, że w Polsce wielu młodych ludzi z miast, miasteczek czy wsi, chodzi do kościoła nie dlatego, że są religijni, tylko dlatego, że to jedyne co znają. Jest różnica między chodzeniem do kościoła a wiarą w Boga. Nie trzeba wierzyć, by być dobrym człowiekiem - mówi mi Phil. - Kocham Polskę, chcę tu zostać, dlatego czuję, że mogę mówić głośno, kiedy coś mi się nie podoba. Mogę krytykować - dodaje. 

Australia to przede wszystkim bezdroża
fot. Petr Kratochvila/Shutterstock
Fot. Petr Kratochvila/Shutterstock
Australia to przede wszystkim bezdroża

Tu jednak zaczynają się strome schody. Jest coś, co w Polsce Australijczykom spędza sen z powiek - to stosunek Polaków do obcokrajowców. Przybysze ciągle zderzają się ze ścianą, chcą tu mieszkać, uczą się języka, a nawet płynnie mówią po polsku, jednak nie są stąd. A skoro tak, ciągle wytyka im się bycie obcym. “Nie jesteś stąd”, “co ty możesz wiedzieć” “nie jesteś kompetentna” - to częste uwagi, jakie słyszy Victoria. To nic, że w rozmowie z nią nikt nie odgadnie, skąd pochodzi (jej polski jest perfekcyjny). To nic, że od 13 lat mieszka w Polsce i założyła tu rodzinę. Dodaje: - Nigdy nie poczuję się Polką, bo ludzie tutaj mi na to nie pozwalają. Zawsze będę obca. - W pracy często słyszę “co ty wiesz, nie jesteś stąd” - wtóruje jej Phil. 

Zmiana miejsca zamieszkania zawsze wiąże się ze strachem. Nigdy nie wiesz, czy w nowej rzeczywistości poczujesz się u siebie, jak przyjmą cię tubylcy, czy znajdziesz przyjaciół. Jeśli wybierasz życie na drugim końcu świata, strach i tęsknota mogą być dużo gorsze. Moi rozmówcy są jednomyślni - wszyscy nauczyli się żyć z tęsknotą. Brakuje im różnych rzeczy. Jedni mówią o rodzinie, inni o jedzeniu, jeszcze inni wspominają ocean i fale - w Polsce nie ma szans na surfing. Co jednak ze strachem?

Kocham Polskę, chcę tu zostać, dlatego czuję, że mogę mówić głośno, kiedy coś mi się nie podoba. Mogę krytykować

- Boję się, że Polska przestanie dawać mi możliwości - mówi rozbrajająco Phil. - Chcę tu zostać, ale nie jestem Polakiem. Co jeśli nagle zabraknie dla mnie miejsca, nie będę miał dobrej pracy, moja kariera nie będzie się rozwijać? Ale jest też strach bardziej przyziemny. To - poza wspomnianą już nieprzyjemną sytuacją polityczną - tak proste rzeczy jak agresywni ludzie na ulicy, Żyleta, kibole w tramwajach. To wszystko jednak zdaje się być dla Australijczyków tylko defektem, drobnostką - w ich odczuciu Polska jest ultrabezpieczna. 

Ludzie

Jest coś jeszcze, co charakteryzuje Polaków - to ich podejście do Polski, polska mentalność. Przebrnięcie przez to dla Australijczyków jest bardzo trudnym zadaniem. O co chodzi? O narzekanie, które mieszkańcy kraju nad Wisłą zdają się mieć we krwi. - Polacy uwielbiają mówić, jak jest źle. Że w Polsce coś jest straszne, że ludzie są okropni. Ale jeśli ja powiem to samo, od razu się obrażają - śmieje się Phil. 

Liczba ekspatów przyjeżdżających do naszego kraju stale się zmienia, w czasie pandemii wzrosła. Między innymi przez paraliż wywołany koronawirusem wiele osób zostało w Polsce, mogło obserwować, jak nasz kraj radzi sobie z zagrożeniem, jak na bieżącą sytuację reagują ludzie. I tu pojawia się kolejny problem. Coś, czego ekspaci z Australii nie mogą zrozumieć. To opór Polaków wobec pandemii i wiedzy naukowej, przeciw lockdownom.

Polacy uwielbiają mówić, jak jest źle. Ale jeśli ja powiem to samo, od razu się obrażają

- W Melbourne, skąd pochodzę, problem pandemii prawie nie istnieje. Australia radzi sobie z nim bardzo szybko - jest kilka przypadków zakażeń, zamykają wszystko. Fakt, to ciężkie, ale dzięki temu szybko zduszają problem. Od początku pandemii w Australii zmarło z powodu COVID-19 tysiąc osób, a tutaj? Moi przyjaciele nie wierzą, że miałem test, że znam kogoś, kto był zakażony, bo w Australii nie ma tego problemu. Zasady są koszmarne, ludzie są źli, ale dzięki temu udało się ochronić tysiące żyć ludzkich - mówi Phil. Choć tęskni za domem, nie może odwiedzić rodziny w Australii, cierpliwie czeka na koniec pandemii, a w Polsce zaliczył kilka testów przeciw COVID-19 i kilkukrotnie sam z siebie poddawał się kwarantannie. Wszak Sanepid nie wyśledził, że miał kontakty. - To, co różni Australijczyków i Polaków… W Australii ludzie twierdzą, że koronawirus, restrykcje, wszystko to jest złe, ale chcą przetrwać to razem, pomagają sobie, szybko z tego wychodzą. W Polsce tego nie ma.

Footy

Aby dostać się z Polski do Australii, potrzeba kilkudziesięciu godzin. Każda podróż to co najmniej jedna przesiadka i gwarantowany jet lag. Bilet w jedną stronę kosztuje co najmniej kilka tysięcy złotych, nic więc dziwnego, że na podróże do domu polscy Australijczycy decydują się rzadko. 

Nad Wisłę nie sprowadzą swoich przyjaciół, mięsa z kangurów, roślinności czy fal na oceanie. Sprowadzili więc coś zupełnie innego - footy. To pieszczotliwa nazwa narodowego sportu Australii, dyscypliny, która rozwinęła się na kontynencie, a jej rozgrywki - w przeciwieństwie do piłki nożnej czy futbolu amerykańskiego - śledzą wszyscy obywatele. Jeśli spojrzymy na AFL (Futbol Australijski) z boku, zobaczymy grupę zawodników kopiących lub podających jajowatą piłkę i rzucających się na siebie, bez żadnych ochraniaczy czy kasków, za to z wielkim impetem i zacięciem.

W Polsce AFL pojawił się w listopadzie 2018 roku, za sprawą Phila. Fakt - wcześniej w Bydgoszczy amatorsko grało w niego kilka osób, jednak chłopak odpowiedzialny za treningi postanowił wrócić do Australii. To zbiegło się w czasie z rozstaniem Phila i jego dziewczyny. - Spotkałem się z nim na lotnisku i dał mi cały swój sprzęt potrzebny do gry i treningów. Po kilku tygodniach umówiłem się z kilkoma Australijczykami, później zamieściłem post na Facebooku. Zorganizowałem pierwszy trening, przyszło na niego pięć osób, trzech Australijczyków, jeden Amerykanin i jeden Polak - wspomina początki footy w Polsce.  

Mecz AFL
Mecz AFL w Warszawie
fot. Basia Gajcy/arch. prywatne
Mecz AFL
Fot. Basia Gajcy/arch. prywatne
Mecz AFL w Warszawie

Z czasem na treningi zaczęło przychodzić coraz więcej osób, w końcu udało się stworzyć drużynę. W Australii jeden team to aż 18 osób, w Europie - 9. Różnica jest ogromna, ale wynika z logistyki - nie mamy tak ogromnych przestrzeni, zawodnicy ćwiczą i grają na dużo mniejszych boiskach rugby.

Po 2,5 roku Phil jest prezesem AFL w Polsce. Udało mu się - tylko w Warszawie - zgromadzić około trzydziestu graczy tworzących dwie różne drużyny. W międzyczasie footy znalazło swoich amatorów w Poznaniu, Wrocławiu, Nysie, trwają starania o stworzenie drużyn na Śląsku, w Krakowie i Bydgoszczy. Drużyna z Warszawy brała już udział w mistrzostwach Europy w Szwecji, a w ostatnim czasie wyjeżdżała na mały turniej do Pragi, szykują się mistrzostwa Polski, tworzy się też reprezentacja kraju. - To nie jest mój sukces, to sukces nas wszystkich - mówi skromnie Phil. 

Ale prawda jest taka, że to właśnie dzięki niemu Australijczycy w Polsce mogą poczuć się choć odrobinę, jak w domu. Spotkałam się z kilkoma zawodnikami, ich historie są różne. Jeden w Australii nigdy nie był na boisku, wolał popularny w Antypodach surfing. Dziś przychodzi na każdy trening. Inny na mecze zabiera swojego synka - nawet jeśli nie gra, pokazuje mu sport, który kocha i tłumaczy jego zasady. Na mecze AFL australijscy zawodnicy zabierają swoje polskie rodziny, polskich przyjaciół, grają, a później integrują się, zapraszają do zabawy nowo poznane osoby. Mogą poczuć się u siebie.

Emilia Waszczuk
Emilia Waszczuk

Podlasianka, która cichy wschód porzuciła dla głośnej Warszawy. Absolwentka resocjalizacji i kulturoznawstwa, choć i tu nie znalazła swojego miejsca. Od dziecka wiedziała, że będzie pisać i dziś swój czas poświęca głównie tematom politycznym. Kocha opowieści o ludziach, zwłaszcza tych zwykłych-niezwykłych. Gdy wychodzi z pracy, oddaje się swojej drugiej największej pasji: roślinom, których liczba powoli zaczyna przekraczać możliwości małego, warszawskiego mieszkanka.

logo Tu się dzieje