Mariusz Sz.
Mariusz Sz. na sali sądowej
fot: Adam Warżawa/PAP

Opisała historię „polskiego Fritzla”. „Mówili do mnie: nie idź tam”

14.10.2022 15:45

W mojej ocenie sądy zasądzają kary za gwałt w większości w zawieszeniu, bo nie rozumieją konsekwencji tej zbrodni – mówi Katarzyna Włodkowska, autorka książki „Na oczach wszystkich”. – Milczenie to przyzwolenie. Liczba osób, instytucji, które mogły coś zrobić, jest przytłaczająca. Ale równie przygnębiające jest to, że nikt do tej pory nie zastanowił się, co zrobić, żeby więcej taka sytuacja się nie powtórzyła – dodaje.

Katarzyna Włodkowska przez blisko pięć lat zajmowała się sprawą „polskiego Fritzla”. Mariusz przez dwa lata więził swoją żonę Ewę w piwnicy, głodził, bił, gwałcił, a nawet sprzedawał innym mężczyznom. W grudniu 2010 roku kobieta znalazła w sobie siłę, by wraz z córkami – Alicją oraz Wiktorią – uciec, ale prokuratura im nie uwierzyła. Od złożenia pierwszych zeznań do skazania sprawcy minęło długich siedem lat.

Każda strona tej historii bulwersuje, a czytelnik nie może pozbyć się wrażenia, że to się nigdy nie powinno było wydarzyć. W mniejszym stopniu dziwi zachowanie rodziny Mariusza, która bez względu na wszystko stała murem za swoim synem czy bratem. Zastanawia, dlaczego służby, w tym policja i prokuratura, na słowo uwierzyły od pokoleń dysfunkcyjnej, skażonej przemocą i alkoholizmem rodzinie, a nie uwierzyły maltretowanej kobiecie i jej córce. Służby, zamiast chronić poszkodowaną i przerwać jej koszmar, wpędziły ją w kolejną traumę (strach przed pozostającym na wolności mężem, utrata wiary w sprawiedliwość). – Cieszę się, że go nie zabiłam. Myślałam o tym, jak mi ci prokuratorzy ciągle nie wierzyli. Nie mogłam przeżyć, że on po tym, co nam zrobił, chodzi po wsi i się ze mnie śmieje – mówiła Ewa w rozmowie z Katarzyną Włodkowska w grudniu 2017 roku.

W czerwcu 2017 roku Mariusz zostaje skazany na precedensowe 25 lat więzienia. Dwa dni przed wyrokiem Katarzyna Włodkowska w „Dużym Formacie” publikuje reportaż „Dom zły”, który później zostaje wyróżniony nagrodą Grand Press. Tekst rozpoczyna się od fragmentu z pamiętnika Alicji, starszej córki Ewy i Mariusza. To właśnie relacje córek stały się podstawą do oskarżenia i skazania ojca. Dzięki publikacji reportażu „Dom zły” prokuratura wszczęła kolejne śledztwo, tym razem mające na celu odnalezienie pozostałych katów Ewy. Ci ostatni wyrok usłyszeli dopiero w lipcu 2021 roku. Książka „Na oczach wszystkich” jest kontynuacją tej opowieści o skutkach przemocy, znieczulicy, zmowie milczenia, skrajnej niekompetencji służb, w tym opieki społecznej, policji, prokuratury. I o tym, że nie możemy zamykać oczu na krzywdę innych. Jak wszyscy w tej historii.

Katarzyna Włodkowska
Katarzyna Włodkowska
fot. Rave Caven - Adrian Kulesza
Katarzyna Włodkowska
Fot. Rave Caven - Adrian Kulesza
Katarzyna Włodkowska

Krzysztof Sobczak: Proszę mnie poprawić, jeśli naginam rzeczywistość, ale odniosłem wrażenie, że Ewa każdego dnia mogła zostać przez kogoś uratowana.

Katarzyna Włodkowska: Stąd tytuł: „Na oczach wszystkich”. Bardzo szybko przyszedł mi do głowy i ustawił w głowie cały tekst. Doktor psychologii Ewa Woydyłło-Osiatyńska, jedna z pierwszych czytelniczek, widzi tę książkę jako akt oskarżenia. Unikam w niej tonu oskarżycielskiego, ale tak, to oskarżenie.

W wymiarze społecznym.

Wbrew pozorom to nie jest reportaż o „polskim Fritzlu”, ale o zmowie milczenia i samooszukiwaniu się. Próba odpowiedzi na pytanie, jak to możliwe, że w małej miejscowości, gdzie wszyscy się znają i niemal wszystko o sobie wiedzą, dochodzi do niewyobrażalnego dramatu i nikt nie reaguje, a potem nikt nie czuje się winny. Tłumaczę także różne mechanizmy, m.in. te powodujące, że Ewa uciekła tak późno.

Trzeba mieć świadomość, że sprawca brutalnej przemocy nie od początku jest okrutny. Najpierw uwodzi, a przesuwanie granic, w tym odcinanie od otoczenia, następuje stopniowo

W jednej z rozmów z panią, z grudnia 2017 roku, Ewa sama o tym wspominała. „Ludzie piszą w internecie, że oni by się tak nie dali. A ja myślałam, że tak ma być” - mówiła.

Nikt z nas nie wie, jakby się zachował. Trzeba mieć świadomość, że sprawca brutalnej przemocy nie od początku jest okrutny. Najpierw uwodzi, a przesuwanie granic, w tym odcinanie od otoczenia, następuje stopniowo. Ofiara słabnie z każdym kolejnym atakiem. Towarzyszy temu stały lęk i poczucie winy. W końcu osoba krzywdzona przyjmuje obraz rzeczywistości, jaki kreuje sprawca. Jest pewna, że nic nie może, przestaje siebie szanować. Bo skoro żadne podejmowane działania nie przyniosły efektu, a otoczenie nie reaguje na sygnały, nabiera przekonania, że na nic lepszego nie zasługuje.

W głowie mi się nie mieści, że ofiara, która od swojego oprawcy słyszy „i tak nikt ci nie uwierzy”, zdobywa się wreszcie na ucieczkę, idzie złożyć zeznania i tam rzeczywiście nikt jej nie wierzy. Można stracić wiarę w sprawiedliwość.

Polska prokuratura nie lubi spraw o znęcanie, a więc tych dotyczących przemocy domowej, bo to postępowania wymagające: trzeba się napracować. Poszkodowana czy poszkodowany nie dostarczy nam wszystkich odpowiedzi.

Albo nie od razu.

Pamięć osób z zespołem stresu pourazowego funkcjonuje inaczej. Wspomnienia to najpierw rozrzucone na stole puzzle, w których mieszają się różne obrazki. Potrzeba czasu, by ułożyły się w spójny krajobraz. Na brakujący, ale kluczowy fragment można czekać kilka lat. Dlatego było potrzebne aż siedem, żeby córka Ewy ułożyła elementy w całość i mogła je powiązać z tożsamością pozostałych katów matki. Ważne jest wyciszenie emocji, uregulowanie organizmu terapią i lekami. Ważnym czynnikiem jest też uzyskanie poczucia bezpieczeństwa, które przyszło dopiero wraz z aresztowaniem ojca. Dzieci też potrafią długo idealizować rodzica-sprawcę, usprawiedliwiają lub racjonalizują sobie brak opiekuńczości. Zamieszane w potworności wierzą, że nadużycie nie miało miejsca, albo biorą na siebie odpowiedzialność.

Zapewne dlatego Alicja, najstarsza córka Ewy, gdy uciekły od Mariusza, powiedziała wystarczająco, by prokuratura mogła skutecznie drążyć sprawę, ale nie ujawniła wszystkiego. Została przez ojca w cały proceder uwikłana. A Ewa zwyczajnie się bała, że nikt jej nie uwierzy.

Czytam teraz książkę Magdaleny Rigamonti „Niewygodni”. Jest tam wywiad z uczestnikiem Powstania Warszawskiego Leszkiem Żukowskim, który opowiada historię nazistowskiego obozu koncentracyjnego, położonego tuż przy granicy z Czechami. Urządzono tam wielką latrynę, głęboki dół o długości trzech i pół metra, nad nim znajdował się pomost z drewnianą rurą służącą do siadania. Załatwiano się piątkami na komendę, każdy miał do dyspozycji minutę. Kto nie zdążył, był popychany drągiem, wpadał do dołu i topił się w kale. Możemy sobie wyobrazić, jak straszny to musiał być widok. Pan Żukowski historie z tego obozu nosił w sobie przez 70 lat, a zapytany, dlaczego, odpowiedział, że bał się, iż nikt mu nie uwierzy. To ten lęk powoduje, że nie decydujemy się mówić o różnych doświadczeniach. Nieuznanie naszej krzywdy sprawia, że ponownie stajemy się ofiarą.

Skupiono się na słowach ofiary, na jej wiarygodności. A wystarczyło Ewę przesłuchać

Pierwsze zawiadomienie o stosowaniu przemocy domowej przez Mariusza Ewa zgłasza w grudniu 2010. Mówi półzdaniami, jest roztrzęsiona. Nie mówi o gwałcie, a o biciu, przetrzymywaniu w piwnicy. Dzielnicowy idzie do jej męża i nawet nie schodzi na dół, by zobaczyć to miejsce. Gdy kobieta wyjawia w końcu także gwałty, zostaje to przez prokuraturę zignorowane, a postępowanie umorzone. I to trzy razy.

W jednej historii nagromadziła się niebywała dawka lenistwa, nieprzygotowania, niewiedzy czy braku krytycznej analizy tego, co mówi sprawca i jego rodzina. Skupiono się na słowach ofiary, na jej wiarygodności. A wystarczyło Ewę przesłuchać. Widziałam jej zdjęcia zaraz po ucieczce, była niezwykle wychudzona. Ktoś powinien zadać sobie pytanie: co się stało, że kobieta znajduje się w tak złym stanie fizycznym i psychicznym?

Treść zażaleń Ewy na umarzane dochodzenia też porusza.

Dostarczyła wielu informacji, które można było z łatwością zweryfikować. Choćby te o rodzinie Mariusza. Nie musiałam prowadzić śledztwa, by potwierdzić jej słowa. Po prostu przeszłam się po wsi. Moim marzeniem byłoby – co też proponuje Ewa Woydyłło-Osiatyńska – aby ta książka stała się lekturą obowiązkową dla pracowników opieki społecznej, prokuratury, policji, sądów czy studentów prawa i resocjalizacji.

Dlaczego?

Bo pokazuje, jak wielkie znaczenie ma wiedza o urazie psychicznym. W Stanach, kiedy potrzebne jest wytłumaczenie ławnikom sprzecznych z intuicją zachowań pokrzywdzonych, sięga się po objawy „syndromu traumy gwałtu”, wykazując jednocześnie, że psychologiczne konsekwencje traumatycznego zdarzenia są jak nagranie z miejsca przestępstwa. Polskie sądy, prokuraturę oraz policję uczy się na ten temat wyrywkowo. Przyjęto do wiadomości, że potrzebni są specjaliści od błędów medycznych czy przestępstw gospodarczych, ale nigdy nie uznano, że podobnej specjalizacji wymaga obszar przemocy psychicznej oraz fizycznej.

Weszłam w to bardzo głęboko, momentami zdawało mi się, że stałam się tą historią. Byłam mocno zdeterminowana

Patrząc na bibliografię książki, pani też musiała się sporo nauczyć.

By przełożyć tę historię na język reportażu, potrzebowałam zrozumieć, co się wydarzyło i dlaczego. Weszłam w to bardzo głęboko, momentami zdawało mi się, że stałam się tą historią. Byłam mocno zdeterminowana. Na tyle, że zdołałam znaleźć się w piwnicy, w której mąż przetrzymywał Ewę. Umożliwiono mi wtedy robić zdjęcia, nagrywać wideo. Dokumentacja ta pomogła mi w odtworzeniu wnętrz domu. Wszystko było już zniszczone, ale obrazki na ścianach, meble, nawet pościel – zostały na swoim miejscu. Dzięki temu, budując opisy, nie musiałam opierać się tylko na wspomnieniach Ewy.

Sama pani tam pojechała?

Tak, ale zaprzyjaźniony prokurator wiedział, gdzie jestem. Ten fragment zdaje się wzbudza emocje. Już kilka osób napisało do mnie, że aż powiedzieli do siebie czytając: „Nie idź tam!”.

Pewnie znalazłyby się osoby, które by na takie spotkanie nie pojechały.

U mnie najczęściej wygrywa silna potrzeba ustalenia prawdy.

Nigdy nie przeszło pani przez głowę, by te trudne tematy, regularnie przez panią podejmowane, porzucić?

Pisząc „Na oczach wszystkich” powiedziałam sobie, że kończę książkę i rzucam przemoc, traumy. Kiedy byłam dorastającą dziewczyną, wiedziałam, że chcę być dziennikarką, ale nie marzyłam zostać specjalistką od przemocy i okaleczeń psychicznych. Wchodząc w ten świat, trzeba zapłacić pewną cenę, masz momenty, że zastawiasz się, czy chcesz w to brnąć. Ratunkiem okazała się Anna Salter, znana amerykańska psycholożka i specjalistka w dziedzinie wykorzystywania seksualnego.

W swojej książce o pedofilach i gwałcicielach, z którymi przeprowadziła szereg wywiadów, przyznała, że ta praca ją osobiście rani i wpływa na jej życie, ale uważa, że powinna ją kontynuować, bo to brak wiedzy o metodach sprawców i niezrozumienie ich motywów daje im przewagę nad ofiarami. Porzucenie tego tematu po tylu latach pracy byłoby zmarnotrawieniem zdobytego doświadczenia. Wybrałam zatem inną drogę: nauczyłam się o siebie dbać, rozpoczynam studia podyplomowe z psychotraumatologii i pracuję nad autorskim programem dla studentów dziennikarstwa Uniwersytetu SWPS. Więcej dobrego zrobię dzieląc się wiedzą, niż z niej rezygnując. W polskich mediach, by móc cokolwiek napisać o gospodarce, sporcie czy polityce, trzeba się w tym specjalizować. By iść do osoby zgwałconej, wystarczą dobre chęci. A przecież nawet źle poprowadzoną rozmową możesz doprowadzić do urazu.

Bracia Mariusza na ławie oskarżonych
Bracia Mariusza na ławie oskarżonych
fot. Piotr Hukalo/East News
Bracia Mariusza na ławie oskarżonych
Fot. Piotr Hukalo/East News
Bracia Mariusza na ławie oskarżonych

Nie ma w pani książce epatowania przemocą, szczegółowego opisywania tego, co mąż robił żonie, niektóre drastyczne fragmenty są nawet urwane, niedopowiedziane.

Od razu założyłam, że ta książka nie będzie pornografią przemocy. Doświadczenia Ewy oraz jej córek opisuję w niezbędnym zakresie. Zdradzam nawet mniej niż w reportażu „Dom zły” z czerwca 2017 roku, który dał początek całej historii. Chcę je w ten sposób chronić oraz uważam, że nie to jest w tej opowieści najważniejsze.

Chodziło też pewnie o podkreślenie, bo chyba niektórzy o tym zapominają, że przemoc to przemoc, bez względu na to, kogo dotyczy, gdzie się wydarzyła i ile pokrzywdzeni mają lat.

Uznałam, że ważniejsze jest skoncentrowanie się na pokazaniu skutków przemocy. Pokrzywdzeni, szczególnie dzieci, po latach krzywdzenia nauczą się funkcjonować, przystosują się, wyprą niektóre przeżycia, ale do siebie w 100 procentach nie dojdą. To rana na całe życie. W mojej ocenie sądy zasądzają kary za gwałt w większości w zawieszeniu, bo nie rozumieją konsekwencji tej zbrodni. To samo dotyczy przemocy domowej, molestowania w pracy, mobbingu. Bywamy dość tolerancyjni dla przemocowców, bo nie rozumiemy, jak bardzo ich zachowanie może zdeterminować czyjeś życie.

A to nie jest trochę taki przewodnik, jak nie traktować osób w traumie? Oczywiście w książce są też recepty, jak temu zaradzić, ale pokazuje ona w zasadzie same błędy, jakie popełniono.

Pokazując zaniedbania, wskazuję, co można było zrobić w zamian. Na przykład pisząc, że prokuratura nie dała wiary zeznaniom 4-latki, dodaję, że stwierdzono tak, choć uczy się prokuratorów, że już 3-latek może dostarczać sensownych i kompletnych informacji na temat zdarzeń z przeszłości. Chcę w ten sposób pokazać, że aby pracować z osobami w traumie – bez względu na wykonywany zawód – trzeba być do tego przygotowanym. W tej konkretnej sytuacji, umieć ocenić zeznania. Gdy przesłuchujemy dziecko, nie są ważne tylko treści, które wnosi, ale także stopień szczegółu (dzieci nie są w stanie konstruować dłuższych, zmyślonych opowieści) i sposób zeznawania, zaangażowanie w przeżywane jeszcze raz fakty. Jedno szkolenie z przemocy domowej to za mało, by móc rzetelnie prowadzić takie postępowanie.

Bywamy dość tolerancyjni dla przemocowców, bo nie rozumiemy, jak bardzo ich zachowanie może zdeterminować czyjeś życie

Są takie zjawiska, jak dziedziczenie biedy, czasem patologii, alkoholizmu i przemocy. I tu mamy z czymś takim do czynienia, w zasadzie z każdym z tych elementów.

Temu służy opisanie losów rodzin, zwłaszcza Sapałów. Od lat przesuwano granice, balon pęczniał, otoczenie zdaje się przywykło, aż w końcu balon pękł i doszło do tragedii. Brak reakcji, to też reakcja. Oczywiście to problem, gdy dorosły człowiek nie chce pomocy, ale tam przecież – na gospodarstwie Sapałów – kilkanaścioro dzieci żyło w oparach alkoholu.

Koszmar.

To mnie motywowało do ukończenia książki. Byśmy nie mogli tak łatwo o tej sprawie zapomnieć. Udać, że nic się nie wydarzyło.

Cały czas mamy takie przekonanie, że rodzina jest świętością i to się oczywiście zgadza pod warunkiem, że rodzina funkcjonuje normalnie. Wtedy się nie wtrącamy, nie wchodzimy z butami w czyjeś życie. Natomiast, jeśli w tej rodzinie dzieje się źle, a czyjeś życie jest zagrożone, powinno być inaczej. A pozostajemy bierni, nie reagujemy, właśnie dlatego, że „rodzina jest świętością”. Nóż obosieczny.

To postawa charakterystyczna dla społeczności konserwatywnych. To także odpowiedź na pytanie, dlaczego w ponad 140 polskich gminach nie ma programów antyprzemocowych. Jak pan poczyta wypowiedzi polityków, tłumaczących, dlaczego Zakopane nie musi mieć takiego programu, zobaczy pan, że w ten sposób interpretują wolność. I boją się, że nowe prawo pozwoli „dzieciom krytykować rodziców”, co w konsekwencji – jak dodają – będzie oznaczać zakładanie Niebieskich Kart [procedura inicjowana przez policję, opiekę społeczną, nauczycieli, lekarzy lub gminną komisje rozwiązywania problemów alkoholowych służąca zapobieganiu przemocy w rodzinie – red.]. Nie słyszałam, by gdziekolwiek dzieci falowo bez powodu krytykowały rodziców, ale z jakiegoś powodu politycy z Zakopanego tego się obawiają.

Ostatni raport Fundacji Court Watch Polska mówi o jedynie 2 proc. prawomocnych wyroków skazujących za przestępstwo znęcania się dotyczy sytuacji, gdy pokrzywdzonymi są dzieci. A według danych z realizacji procedury Niebieskiej Karty dzieci stanowią 14 proc. osób pokrzywdzonych. Gdzie sprawcy tych 12 procent?

Jest też coś takiego, co ja sobie nazwałem postpeerelowską wizją świata. Tzn. nie donosimy na swoich. I to niestety często jest wartość nadrzędna nawet nad krzywdą innych osób.

Powszechne podejście i niezwykle silne w małych społecznościach, gdzie wszyscy się znają, żyją od pokoleń i nie planują przeprowadzek.

A kiedy trzeba pomóc, nikogo nie ma.

Nie powiedziałabym tak. Ludzie pomogą, ale gdy zostaną o to poproszeni. Wszystko inne zostanie uznane za wtrącanie się w nieswoje sprawy. W miastach jest podobnie. Rzadko reagujemy.

Ujawnia pani, że w rodzinie Mariusza jest policjant. Mogło to mieć wpływ na opieszałość policji?

Jakiś na pewno, ale bardziej na poziomie podświadomym, że głupio grzebać w sprawach rodziny kolegi. To kolejny klocek opowieści, pokazanie, że w małych, hermetycznych społecznościach każdy gdzieś kogoś ma. A sprawy i problemy załatwia się w swoim gronie.

Milczenie to przyzwolenie. [...] Żyjemy w kulturze nieprzyznawania się do błędów

Nie chcę atakować rodziny Ewy, ale zastanawiam się nad tym, że skoro Mariusz zakazywał im dzwonić, musieli się zapowiadać, to jest to pierwszy sygnał do tego, że dzieje się coś złego. Czy im zabrakło wyobraźni?

Rozmawiałam z kobietą, która zatrudniała Ewę w sklepie latem 2010 roku. Opowiedziała mi historię swojej siostry, która wyszła za przemocowca, a gdy chciała od niego uciec, usłyszała od matki: „Wzięłaś sobie takiego, to takiego masz”. To samo usłyszała od swojej kucharka tej kobiety. To dlatego, jej zdaniem, na wsi się utarło, że nie wolno się rozwodzić. Bo potem nie ma dokąd pójść. Rodziny są często wielodzietne, bywa, że nie jest łatwo, gdy któreś idzie na swoje, rodzice odczuwają ulgę. „Nie że wracasz do domu rodzinnego i to jeszcze z dziećmi” – powiedziała moja rozmówczyni. To jedna z odpowiedzi na pańskie pytanie. Proszę zwrócić uwagę, że niemal wszystkie kobiety przewijające się w książce, tkwiące w trudnym położeniu, nie mają dokąd uciec.

Po zamknięciu książki naszła mnie taka kontrowersyjna refleksja, że łatwo być zwyrodnialcem, gdy ludzie nie widzą, nie chcą widzieć, nie reagują. Gdy instytucje nie działają, bo komuś się nie chce, bo nie ma czasu, bo za mało ludzi, bo to za trudne. Gdy w najbliższym otoczeniu panuje zmowa milczenia.

Milczenie to przyzwolenie. Liczba osób, instytucji, które mogły coś zrobić, jest przytłaczająca. Ale równie przygnębiające jest to, że nikt do tej pory nie zastanowił się, co zrobić, żeby więcej taka sytuacja się nie powtórzyła. Wstrząsnęło mną, że pracownica ośrodka opieki społecznej, która przesłuchiwana nie mówiła całej prawdy, co miało wpływ na umarzanie śledztw, potem znalazła się w składzie zespołu interdyscyplinarnego zajmującym się koordynowaniem systemu przeciwdziałania przemocy na terenie gminy.

Jej szefowa twierdzi, że nie było „żadnych przesłanek” do wykluczenia kobiety z prac zespołu, choć w jednym z moich artykułów pojawiło się sformułowanie, że pracownica ta „kłamała w śledztwie”. Ale według jej kierowniczki „informacje opisane przez media nie stanowią rzetelnego źródła wiadomości”. Kobieta, ich podopieczna, przez dwa lata była więziona w piwnicy, a nikt nie chce się sobie chociaż przyjrzeć. Zapowiadanych konsekwencji nie wyciągnęła także prokuratura. Żyjemy w kulturze nieprzyznawania się do błędów.

Katarzyna Włodkowska – reporterka „Dużego Formatu”, była wieloletnia dziennikarka trójmiejskiej „Gazety Wyborczej”. Za reportaż „Dom zły” została nominowana do wszystkich najważniejszych nagród dziennikarskich i zdobyła prestiżową Grand Press 2017 w kategorii „Reportaż prasowy”. 28 września ukazała się jej książka „Na oczach wszystkich”, wyd. Wielka Litera.

Krzysztof Sobczak
Krzysztof Sobczak

Dziennikarz sportowy z 11-letnim doświadczeniem. Absolwent edukacji medialnej w Akademii Pedagogiki Specjalnej oraz dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim. W Radiu ZET od marca 2016 roku. Wcześniej w małym portalu sporteuro.pl.

Dziennikarstwo, sport, pisanie - to trzy pasje, które łączy w jedną pracę. Ponadto interesuje się kryminologią, socjologią, psychologią, polityką i muzyką rockową oraz metalową. Miłośnik gór.

Twitter: K_fSobczak

Instagram: kriz.sob

E-mail: krzysztof.sobczak@radiozet.pl

logo Tu się dzieje