Maciej Bąk: Kiedy my w weekend grillujemy, imprezujemy albo po prostu się byczymy, wy – jak rozumiem – wstajecie skoro świt i ruszacie na poszukiwania?
Michał Piotrowski: Właściwie to tak. Wcale nie trzeba podróżować na drugi koniec świata czy inny kontynent, żeby zostać odkrywcą. Wystarczy wstać trochę wcześniej w sobotę i wyjechać poza miasto. Nawet nie za daleko. 10, 20, czasem 50 kilometrów, żeby znaleźć coś, co jest warte odkrycia. W naszym przypadku są to zazwyczaj ruiny, opuszczone budowle, dworki, kościoły albo bazy wojskowe.
Ale to nie jest poszukiwanie „na czuja”, bo skądś ten pomysł musicie mieć. O tych miejscach nikt przecież nie pisze w przewodnikach…
Marcin Tymiński: Poza naszym! Za wyszukiwanie miejsc odpowiada głównie Michał, to on zwykle ustala trasę. To jest tak, że te lokalizacje czasem są znane, ale głównie „lokalsom”. Bo one często rzeczywiście leżą tam, gdzie mało kto jeździ, a tym bardziej się zatrzymuje. Czasem taki kierowca zobaczy gdzieś w oddali jakiś stary PGR, dla niego to będą trzy budynki na krzyż, odwróci głowę i ruszy dalej. A właśnie tam często są największe atrakcje!
Wcale nie trzeba podróżować na drugi koniec świata czy inny kontynent, żeby zostać odkrywcą
Michał: Na początku zaczęliśmy od przeszukiwania forów internetowych pod hasłami „ruiny”, „zabytek”, Pomorze”. Kilka rzeczy się pojawiło, więc było od czego zacząć. Pojechaliśmy więc na pierwszą, drugą, trzecią wyprawę żeby skonfrontować to w terenie. A skończyło się na tym, że spędzam noce przeglądając mapy obszarowe z lat na przykład 20-tych XX wieku i po prostu kawałek po kawałku je przeczesuję w poszukiwaniu dawnych majątków i dworów. One są tam zaznaczone i porównuję te mapy z mapami aktualnymi, np. tych w Google.
Jeśli w danym miejscu na starej mapie widzę, że były zabudowania np. folwarczne i potem widzę w internecie, że jest tu las, zagajnik, a między gałęziami majaczy jakiś kształt, to uznaję że warto tam pojechać i to sprawdzić czy nie ma tam chociażby jakichś ruin czy piwnic. Podobnie robię z mapą geoportalową, która pokazuje poziom ziemi – znikają tam wszystkie rośliny i widać naturalne ukształtowanie terenu. Prostokąty pokazują nam na przykład fundamenty. W ten sposób znaleźliśmy niedaleko Kwidzyna taką wieś, która w tej chwili nie istnieje, ale zostały mury, schody i doły po dawnych zabudowaniach. Nikt inny poza nami już o tym miejscu nie pamięta.
Ruiny Borowego Młyna
Tylko że kiedy odkryjecie takie miejsce i widzicie je jako jedyni, to gdy opisujecie je w przewodniku, odzieracie je na swój sposób z tej tajemnicy.
Marcin: Rzeczywiście trochę tak jest. Tylko oczywiście nie rościmy sobie praw do bycia odkrywcami tych miejsc, bo pewnie ktoś tam o ich istnieniu wie. Ale faktycznie część miejsc jest absolutnie zapomnianych. Na przykład dawne linie kolejowe. Dziś są dopiero odkrywane na nowo przy okazji na przykład trwających rewitalizacji. Na przykład rok temu jeden z „naszych” mostów był absolutnie zapomniany, czyli dla nas fajny. Ale teraz już będzie mniej fajny, bo czeka go… przebudowa. Natomiast to prawda, że zdarzały się głosy mówiące, że gdy piszemy o niektórych lokalizacjach to przestają być tajemnicze i mogą zacząć tam chodzić ludzie i je zadeptywać. Fakt, jest to pewien dylemat…
Michał: Tylko że wierzymy w to, że fani takich miejsc, i fani urbexu (właściwa nazwa: urban exploration, rodzaj aktywności polegający na zwiedzaniu opuszczonych, często trudno dostępnych miejsc, głównie na terenach miejskich – red.), to też charakterystyczna grupa ludzi. Trochę świry, ale też świry z pewnym niepisanym kodeksem. Mówiącym, że jeśli gdzieś wchodzimy, to nie niszczymy, nic nie zabieramy, nie demolujemy.
Tak naprawdę zostawiamy pamiątkę w postaci zdjęć i śladów po butach. I każdy, kto posługuje się takim kodeksem, uszanuje te miejsca. Natomiast jest wiele miejsc, które niestety nie uszanowano. Często robili to okoliczni mieszkańcy. Jeśli stał sobie dworek, to zawsze znalazł się ktoś kto wykręcił wszystkie klamki, zdemontował okna, wydłubał wszystkie przewody dla miedzi, odkręcił balustrady. Ale tego nie robią zwykle przyjezdni. Przykład: okolice Zblewa, dawny dwór Miradowo. Za czasów mojej młodości był tam jeszcze funkcjonujący PGR, potem były tam mieszkania komunalne, a w latach 90-tych żyły tam dwie rodziny. W tej chwili z tego dworu jest kupa cegieł. Ktoś po prostu go rozebrał i wywiózł materiał budowlany.
A jest coś o czym nie chcecie pisać w przewodniku?
Michał: Nie mówimy o wszystkim. To są na przykład kurhany. Często są one gdzieś głęboko w lesie i gdybyśmy wskazali ich dokładną lokalizację, to być może kogoś skusiłoby żeby tam przyjechał i go rozkopał. A jak ktoś nie jest archeologiem, to narobi więcej zniszczeń niż odnajdzie skarbów. Inna sprawa, że są uparci ludzie, którzy nawet daleko daleko w lesie są w stanie zrobić swoją ulubioną rzecz, czyli na przykład spalić oponę. Przykład: bunkier pod miejscowością Czarne, głęboko w głuszy, nie da się tam dojechać autem, trzeba długo iść piechotą. I na miejscu okazało się, że ktoś postanowił wrzucić tam opony i je podpalić. Mam wrażenie, że takie egzotyczne śmiecenie to taka gra terenowa, w którą lubią grać Polacy.
Tak naprawdę zostawiamy pamiątkę w postaci zdjęć i śladów po butach. I każdy, kto posługuje się takim kodeksem, uszanuje te miejsca
Marcin: Opony to jedno, ale bywało że zastanawialiśmy się dlaczego ktoś przez długie kilometry niósł do danego miejsca… sedes.
Michał: Tak, sedesy to kolejna plaga. Znajdowaliśmy je naprawdę w najdziwniejszych miejscach.
Marcin: A przecież to dużo waży, trzeba się natrudzić żeby to nieść, prawda? Doprawdy, jest to socjologiczna ciekawostka, dlaczego praktycznie w każdym tego typu miejscu leży sedes. Sedes, podkreślmy, który zwykle nie jest stamtąd!
W przewodniku często przy danym miejscu jest napisane, że jest ono „prywatne”. Ile razy zostaliście przegonieni?
Marcin: W pandemii, a wtedy zaczęliśmy podróże – ani razu. To był świetny czas na eskapady. Nikt nas nie pytał o nic, te wioseczki były wymarłe. Skończyła się pandemia, pojawili się mieszkańcy, zaczęli zagadywać co tu robimy, co to za sprzęt (używamy zwykle drona) i tak dalej. W takich rozmowach zwykle Michał to jest „ten grzeczny” i to on rozpoczyna negocjacje. Ale zwykle daje się normalnie porozmawiać. Natomiast stricte z właścicielem jednego z dworów mieliśmy kontakt raz. I… nie było to miłe spotkanie.
Opuszczony dwór w Małkowie
Michał: Ponieważ to był dwór, który był w ruinie, to pozwoliliśmy sobie wyrazić żal, że ten zabytek się rozpadł. I pan w tym momencie się włączył, że nie ma na to pieniędzy i tak dalej. Więc zaczęliśmy dyskutować i zrobiła się trochę niemiła atmosfera. A raz, pamiętasz Marcin, nie było nawet jak negocjować, bo właściciel zastał nas akurat jak siedzieliśmy okrakiem na płocie próbując wejść na jego teren. Tu już nie mieliśmy za bardzo pola manewru. Po prostu nas wyrzucił i kazał więcej nie wracać. Ale wróciliśmy, bo okazało się że płot był tylko z jednej strony budynku.
W opisach widzę, obok adresu i rodzaju danego miejsca, adnotację „za zgodą właściciela”. Ale jak taką zgodę uzyskać, kiedy słyszę co was spotykało?
Michał: Przypominają mi się ruiny karczmy nad Wisłą na Żuławach. Tam właściciel mieszka tuż obok. Gdzie indziej ktoś jest właścicielem całego dawnego folwarku, korzysta z tych budynków bo na przykład jest rolnikiem, ale dwór stoi obok i jest opuszczony. W takich sytuacjach po prostu podchodziliśmy i pytaliśmy. I często słyszeliśmy: „tam? Jak chcecie to idźcie sobie zobaczyć. Tylko uważajcie bo podłoga jest zarwana i piętro się zapada”. Tu liczy się kontekst, powiedzenie że nie przyszliśmy nic ukraść, tylko dlatego że to jest ładne. I zazwyczaj to działa.
Marcin: Pamiętajmy, że dwory przy których jest właściciel to jest zdecydowana mniejszość. Bywa tak, że albo nie żyje, albo od lat mieszka za granicą, albo sprawy prawne tego obiektu są tak skomplikowane że w sumie nikt nie wie kto jest właścicielem. To trochę pokłosie lat 90-tych, prywatyzacji tych dworów i upadku PGR-ów. Stąd często jest tak, że dwór jest bezpański.
Spadło wam kiedyś coś na głowę albo zerwała się pod wami podłoga?
Marcin: Jesteśmy już trochę starsi, więc lepiej szacujemy ryzyko niż wtedy, gdy byliśmy młodzi. Ale było parę takich miejsc, gdzie stałem gdzieś między belką a trzeszczącymi schodami. I ciekawość mówiła: zrób krok do przodu, ale rozsądek mówił: raczej nie, jednak 7-8 metrów w dół może się różnie skończyć. A pomoc często przecież nawet nie miałaby jak dojechać. Faktycznie część budynków jest taka, że strach tam chodzić. Dlatego apelujemy, by takie ewentualne przygody traktować z rozsądkiem.
Popularne w magazynie
Michał: Aczkolwiek tam, gdzie się da, próbujemy zobaczyć wszystko. Zaczynamy od piwnicy, idziemy przez wszystkie piętra, wchodzimy na poddasze. Parę razy Marcin próbował też wejść na dach. Mówię: Marcin, bo on jest lżejszy, więc jest naszym zwiadowcą. Jak jemu się udaje, to ja nabieram trochę więcej odwagi i też się pakuję. Aczkolwiek, pamiętasz, byliśmy w takim dworze, gdzie jak stanęliśmy na podłodze, to cała chodziła. Albo ostatnia wyprawa – klatka schodowa, przeszliśmy dwa piętra i na kolejnym piętrze schody trzymały się na słowo honoru. Wtedy powstrzymałem Marcina, choć mówił że da radę. Przekonałem, go żeby odpuścił. Ale, co ważne, zawsze jest tak że jedna osoba idzie pierwsza, a druga zostaje z tyłu, właśnie na wypadek jakichś niebezpiecznych sytuacji.
A jaki ekwipunek bierzecie zwykle ze sobą? Rozumiem, że trzeba mieć ze sobą dużo rzeczy na wszelki wypadek.
Marcin: Warto mieć sprzęt fotograficzny, jedzenie, drona i kask.
Michał: Latarka, przede wszystkim. Notorycznie ich zapominamy, ale są szalenie ważne. Jak chcesz zajrzeć do jakiejś piwnicy czy dziury w ścianie, to musisz ją mieć. Ubranie – takie żeby móc się pobrudzić. I buty takie jak do górskich wędrówek, czyli za kostkę, żeby gdzieś tam na tych cegłach i wybojach nie skręcić kostki. Ja używam też rękawiczek ochronnych. No i faktycznie kaski. Może nie używamy ich zawsze, ale mamy je w samochodzie.
Warto mieć sprzęt fotograficzny, jedzenie, drona i kask
Ale nie macie na sobie żadnych dziur, blizn i ran po wyprawach?
Marcin: Nie, jesteśmy dumni że do tej pory nigdy nam nic się nie stało na tych eskapadach.
Michał: A ja dodam, że mam nawet drabinkę sznurową. Nigdy co prawda jej jeszcze nie użyliśmy, ale czuję że się przyda.
Co uważacie za wasze największe odkrycie?
Marcin: Jest to kaplica w miejscowości Igły. Malutka miejscowość niedaleko Malborka. Pośrodku bardzo dużego pola stoi kaplica i robi niesamowite wrażenie. Niedaleko baza wojskowa, piękny zachód słońca, piękne plenery. Kiedyś wokół tej kaplicy był cmentarz, teraz jest nic, zwykłe pole. Polecamy każdemu na wycieczkę! Byliśmy już tam trzy czy cztery razy.
Michał: I to nasze odkrycie podwójne, bo nie tylko tam dotarliśmy, ale też postanowiłem się zawziąć i ustalić kto jest tam pochowany. To wymagało kilku zarwanych nocy i grzebania w archiwach, ale ostatecznie udało mi się do tego dokopać, przy pomocy dawnych ksiąg parafialnych. Poznałem nazwiska czterech osób pochowanych w tej kaplicy i przynajmniej jednego pracownika pobliskiego majątku pochowanego na cmentarzu obok. To była dla nas na tyle wyjątkowe, że nawet zrobiliśmy taką małą tabliczkę z nazwiskami tych ludzi, żeby przywrócić o nich pamięć.
Którą część Pomorza, czyli regionu w którym się specjalizujecie, uważacie za takie „ruinowe zagłębie”? Gdzie jest najwięcej ciekawych miejsc?
Marcin: Wszędzie. Ale chciałbym zwrócić szczególną uwagę na tereny wzdłuż Wisły (rejon Sztumu), okolice miasteczek takich jak Czarne czy Miastko. To nie są zagłębia turystyczne, ale paradoksalnie to tam jest najwięcej ciekawych i tajemniczych miejsc. Co ciekawe, jest ich więcej niż na przykład na Kaszubach.
Michał: Na Kaszubach jest mniej takich opuszczonych dworów być może dlatego, że tam budowano je najczęściej z drewna. Więc albo się rozpadły, albo zostały dobrze zachowane przez właścicieli i dziś po prostu cieszą oko. Ale na Kaszubach jest za to dużo starych młynów albo pozostałości tartaków.
Zniszczony most w Uśnicach
Jak duża jest w Polsce społeczność ludzi takich jak wy? Mam na myśli osoby, które lubią coś naprawdę nowego odkryć, a nie tylko okazjonalnie odwiedzić coś niekonwencjonalnego.
Marcin: Trudno podać dokładną liczbę, ale to hobby staje się naprawdę coraz bardziej popularne. Coraz więcej ludzi szuka takich niestandardowych atrakcji.
I darmowych, co w dzisiejszych czasach jest szczególnie istotne!
Marcin: Tak, zdecydowanie są to atrakcje darmowe! I oferują bezpłatnie adrenalinę i przygodę. Myślę, że miłośników i urbexu, i zwiedzania takich nieoczywistych miejsc, można już liczyć w tysiącach.
Michał: Fajne jest to, że my sobie wzajemnie pomagamy. Nawet we wstępie do naszego przewodnika napisaliśmy, że powstał on nie tylko dzięki nam, ale i pomocy wielu osób, z których sporej części nawet nie poznaliśmy nigdy osobiście. Bo są to osoby z forów internetowych czy Facebooka, gdzie wymienialiśmy się informacjami. Jest na przykład grupa w Kwidzynie, ostatnio poznaliśmy świetnego pana z Prabut, takiego lokalnego przewodnika, który pokazał nam nieznane podziemia zamku.
Też w okolicach Człuchowa jest grupa absolutnych świrów, znających okolicę jak własną kieszeń. I jest także człowiek, który jest fascynatem cmentarzy w okolicach Lęborka. Czyli fajne jest to, że wspomagamy się nawzajem i przekazujemy tę wiedzę, a nikt nie jest na przykład o coś zazdrosny.
A może jest tak, że wraz z pandemią i lockdownami rozwinęło się to hobby? Bo gdzieś przecież wszyscy musieliśmy szukać ucieczki z czterech kątów.
Michał: Trochę tak. Pamiętam, że jednym z pierwszych miejsc, które odwiedziłem sobie tak na próbę, to było Gołębiewko. Środek lockdownu. Tam jest dwór na terenie prywatnym, więc zapukałem do drzwi, zapytałem czy mogę zrobić zdjęcie, pani się zgodziła, ale też powiedziała zdziwiona, że ostatnio wyjątkowo dużo ludzi ją odwiedza i zastanawia się dlaczego. I okazało się, że jak się zaczął lockdown, i nie można było być na przykład na molo w Sopocie, to ludzie wzięli się za szukanie właśnie takich odludnych miejsc.
Michał Piotrowski i Maciej Tymiński
Takie przewodniki jak wasz niosą za sobą to ryzyko, że mogą się szybko zdezaktualizować. Przecież te miejsca mogą się rozpaść, coś innego może zostać zaadaptowane, odświeżone – czyli właściwie dla was już na swój sposób mniej atrakcyjne.
Marcin: I takie rzeczy się dzieją. Gdy ukazała się nasza pierwsza książka to już parę informacji było w niej nieaktualnych. Bo w jednym dworze rozpoczął się remont, a dwa kolejne zdążyły… spłonąć. Więc ten przewodnik jest takim dokumentem pokazującym te miejsca w określonym czasie. Kilka obiektów może naprawdę bardzo szybko zginąć, one są w stanie mocno agonalnym. Dlatego wszystkie mocno obfotografowaliśmy, żeby utrwalić czasem ostatnie ich momenty. Szkoda, ale tak to właśnie się dzieje.
Michał: Marcin jest zresztą chyba ostatnią osobą, która fotograficznie udokumentowała oryginalną zabytkową drewnianą klatkę schodową w dworze w Wytownie. Myśmy tam pojechali w 2020 roku, zdążyliśmy go jeszcze zobaczyć, a kilka miesięcy później dwór doszczętnie spłonął i mamy prawdopodobnie jego ostatnie zdjęcia. Teraz są to już wypalone ruiny i tego nikt już nie odbuduje, bo to się nie opłaca.
Marcin: Tak samo renowacje – stary piękny dwór może być zaadaptowany na jakiś dom weselny, ale czy przez to zachowuje swojego ducha?
Dla was to już nuda.
Marcin: Dla nas nuda, bo tej prawdziwej historii już tam nie czuć. Chociaż zdecydowanie lepiej, że dane miejsce zyskuje drugie życie niż kiedy popada w ruinę.
Michał Piotrowski - dawniej był poetą, ale dekady pracy w służbach prasowych instytucji samorządowych sprawiły, że obecnie jego ulubioną formą literacką jest "komunikat prasowy". Najbardziej ekstrawertyczny introwertyk w regionie. Często myśli o śmierci i przemijaniu, więc jego ulubioną formą spędzania wolnego czasu jest eksploracja miejsc opuszczonych i popadających w ruinę.
Marcin Tymiński - obecnie "pijarowiec" w sektorze prywatnym. Wcześniej rzecznik prasowy urzędów administracji państwowej i dziennikarz.