Wraz z końcem stanu wyjątkowego polskie władze zdecydowały się w mocno ograniczony sposób dopuścić dziennikarzy do pracy przy granicy polsko-białoruskiej. Jednak te parogodzinne wyjazdy pod czujnym okiem pograniczników nie pozwalają na dokładne zrelacjonowanie tego, co dzieje się na wschodnim krańcu Polski. Dlatego postanowiłem opisać sytuację na granicy dwutorowo. Połowa tego reportażu to opowieść o tym, czego dowiedziałem się podczas kontrolowanej wizyty w strefie stanu quasi-wyjątkowego. Druga to głosy tych, do których nie dotarłbym w towarzystwie funkcjonariuszy, a którzy o obecnej sytuacji mają swoje, często mocno krytyczne zdanie. Tylko tak jesteśmy w stanie w miarę obiektywnie opisać rzeczywistość coraz bardziej zapomnianej przez resztę społeczeństwa części Polski.
Szudziałowo
To jedno z tych miejsc, gdzie specyfikę sytuacji na wschodniej granicy widać najwyraźniej. Szudziałowo to licząca sobie nieco ponad 700 mieszkańców duża wieś gminna, która zamieniła się niedawno w tymczasowy obóz militarny. Już przy wjeździe widać ustawione w rzędach namioty, w których nocują żołnierze. A raczej nocowali, bo wojsko zapewnia, że wraz z nadejściem zimy zapewniono im ciepłe kontenery. Na ulicach stoją zaparkowane w rządkach ciężarówki należące do naszej armii. Mundurowi chodzą po ulicach z torbami z jedzeniem. Na barierkach powiewa baner z wyrazami wdzięczności dla nich. Okna pobliskiej szkoły zaklejone są karteczkami tworzącymi napis „DZ IĘ KU JE MY”. To właśnie w Szudziałowie, w miejscowej placówce Straży Granicznej, spotykamy się przed wyjazdem do strefy zakazu przebywania.
Dziecięce laurki dla żołnierzy i pograniczników
Załapałem się na drugi dzień dziennikarskich wyjazdów. Podczas pierwszego dnia ekipy TVP, Polsatu, PAP i Radia Eska miały okazję zobaczyć przejście graniczne w Kuźnicy – miejsce najbardziej intensywnego szturmu inspirowanych (a często wręcz przymuszanych) przez służby Łukaszenki migrantów. Z telewizyjnych relacji widać, że na miejscu ułożono przedmioty, którymi rzucano ze strony białoruskiej w mundurowych broniących polskiej granicy. Sam najbardziej chciałem jechać do Białowieży albo chociaż do Krynek, ale to Straż Graniczna jest stroną decydującą o tym kto, kiedy i gdzie z nimi jedzie. Na wyjazd, który w branży określano jako „medialne safari”. Czy taki właśnie był ten z moim udziałem? Coż, o w pełni swobodnej pracy dziennikarskiej nie mogło być mowy, poruszaliśmy się autem pograniczników i jeździliśmy wyznaczoną przez nich trasą.
Funkcjonariusze byli otwarci i pomocni, ale trzeba zwrócić uwagę na to, że prowadzili nas tylko tak, jak sami chcieli. Czego dowodem jest inny wyjazd dziennikarski, który odbył się kilka dni później – z depeszy Polskiej Agencji Prasowej wynika, że był on identyczny, wystawiono nawet do rozmowy… tych samych funkcjonariuszy.
Zakaz fotografowania posterunków granicznych. Zakaz podawania danych funkcjonariuszy bez ich zgody. Możliwość przerwania wyjazdu w każdym momencie bez podania przyczyny. Obowiązek stosowania się do poleceń pograniczników. Z tymi wszystkimi zasadami musieliśmy zapoznać się przed wejściem na pokład terenowego auta strażników granicznych z Szudziałowa. Przed wyjazdem pokazali nam jeszcze kartki i laurki, jakie podostawali od dzieci w ciągu ostatnich kilku tygodni i ruszyliśmy w drogę.
Oliwia
Przenieśmy się jednak najpierw 18 godzin wstecz. Jest piątek, chwila po godzinie 16. Jadę z Hajnówki pod Białowieżę, gdzie mam spotkać się z Oliwią, mieszkanką – jak sama to nazywa – „patostrefy”. Oliwia wysyła mi pinezkę z dokładną lokalizacją, są to okolice pokazowego rezerwatu żubrów. Droga do Białowieży jest, szczególnie zimą, niezwykle mroczna, a atmosferę dodatkowo zagęszczają mijane co chwila wojskowe i policyjne pojazdy. Umawiamy się poza strefą, ale i tak jadę z podskórną obawą, że może jednak już przekroczyłem jej granicę i zaraz jakiś patrol zacznie się zastanawiać co osoba postronna robi w okolicach Białowieży po zmroku. Kawałek przed miejscowością GPS każe zjechać z drogi i dojeżdżam pod rezerwat. Panuje w nim całkowita ciemność, przez co zatrzymuję się przy zaparkowanym tam aucie, które okazuje się wojskowym jeepem. Wymieniamy się spojrzeniami z żołnierzem, wyraźnie zdziwionym moją obecnością, i odjeżdżam kawałek dalej, gdzie czeka na mnie Oliwia.
Okoliczności spotkania z Oliwią
Młoda, energiczna dziewczyna mieszka w Białowieży od niedawna. Ale jej los związał się z puszczą już kilka lat temu, bo jej praca polega na badaniu leśnej flory i fauny. W pewnym momencie stwierdziła, że ma dość dojazdów i osiadła przy granicy na stałe. – Jakoś tuż przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego, po prostu idealnie – śmieje się Oliwia. Sama przyznaje, że do lasu chodzi coraz rzadziej. Kilka razy spotkała w nim uzbrojony patrol i nie zalicza tego do najprzyjemniejszych doświadczeń. A na pomoc uchodźcom nie zawsze ma siły psychiczne. – Jestem bardzo wrażliwą osobą. Po prostu trudno mi znieść ten dramat. Natomiast są takie osoby, które wracają po 16 z pracy do domu, zakładają ciepłe ciuchy i plecak i idą w las szukać czy ktoś nie potrzebuje pomocy – opowiada mi białowieżanka.
Oliwia przyznaje, że społeczność Białowieży jest podzielona: część ludzi jest zadowolona z obecności wojska i nie przeszkadzają im wprowadzone obostrzenia. – Ale jest też bardzo duża grupa ludzi, która uważa ten zakaz za bezprawny. To po pierwsze. Po drugie jest to olbrzymi cios w mieszkańców prowadzących agroturystyki i inne związane z tym biznesy. Przecież najpierw był lockdown, potem chwila oddechu, następnie stan wyjątkowy a teraz kolejny stan, przez który nie ma tu żadnych turystów - mówi Oliwia. Przedsiębiorcy dostali co prawda odszkodowania od państwa (w wysokości 65 procent przychodów), a u wielu z nich interes jakoś idzie, bo nocują i jedzą u nich mundurowi, ale wielu z nich nie o takim biznesie marzyło i nie po to pracowali przez lata, by wypracować tak dobrą opinię o Białowieży w Polsce i na świecie.
Są takie osoby, które wracają po 16 z pracy do domu, zakładają ciepłe ciuchy i plecak i idą w las szukać czy ktoś nie potrzebuje pomocy
Białowieża nie przypomina dziś turystycznej perełki. Bardziej wygląda jak sporych rozmiarów koszary. Stacjonują tu i żołnierze, i policjanci. – Jak wychodzę rano na spacer, to większość z osób, które spotykam, to mundurowi. Wchodząc do sklepu łatwo można otrzeć się o ich karabin. To jest po prostu przerażająca rzeczywistość – mówi Oliwia. Dodaje, że ta sytuacja wpływa też na dzieci. Które kiedyś rysowały najczęściej żubry, których w okolicy jest przecież mnóstwo, a dziś obiektem ich wyobraźni częściej bywają wojskowe rosomaki.
Są też inne, prozaiczne uciążliwości, na przykład zniszczona pod kołami ciężkich pojazdów nowo wybudowana ścieżka rowerowa. Nie mówiąc już o nieustannych kontrolach aut i zakazie zapraszania do siebie znajomych. – Dlatego spotykamy się albo tutaj, w głuszy, albo w Hajnówce. Tylko że tam też nie ma specjalnie gdzie usiąść. Tak to już u nas teraz jest. I nie wiadomo, do kiedy to potrwa, bo zakaz przebywania będzie obowiązywał co najmniej do marca 2022 roku.
Granica
Droga z placówki w Szudziałowie do granicy zabiera nam kilkanaście minut. Właściwie od razu spod naszych kół znika asfalt i jedziemy najpierw szutrem, a potem polnymi drogami. Strefa zaczyna się we wsi Wojnowce. Mijamy kolejne miejscowości, które wyglądają na wymarłe (na Podlasiu jest już sroga zima), aż docieramy bezpośrednio pod granicę. Tam możemy zrobić zdjęcia, ale tylko tablic informacyjnych i ogrodzenia. Namioty-posterunki są objęte zakazem fotografowania, bo straż graniczna obawia się, że nasze zdjęcia mogłyby przydać się potem białoruskim służbom. Polskę i Białoruś dzielą w tym miejscu trzy ogrodzenia, w tym jedno z drutu kolczastego. – Do czasu wywołania przez Łukaszenkę kryzysu nie było tu nic poza słupkami granicznymi – opowiadają strażnicy graniczni, którzy dziś operują w zupełnie innych warunkach niż jeszcze pół roku temu.
W drodze na granicę z Białorusią
O tym, co spotyka polskich funkcjonariuszy ze strony ich białoruskich odpowiedników. – O ile to w ogóle są strażnicy graniczni, sam już nie wiem, bo zachowują się naprawdę dziwnie. Krzyczą coś do nas, co jakiś czas wyciągają lasery albo latarki, a czasem nawet stroboskopy żeby nas oślepić. Oczywiście też rzucają w nas różnymi przedmiotami. Czasami wykorzystują do tego migrantów, a czasami nawet nie, część prowokacji jest w stu procentach białoruska – relacjonuje funkcjonariusz. Po kilkunastu minutach przy granicy robi się nam chłodno. Strażnicy spędzają tam na służbie 12, a czasem nawet więcej godzin. – Najgorzej jest w nocy, zapewniam, nie chcielibyście tu wtedy być – dodaje na odchodne pogranicznik.
Nie publikujemy nazwisk, ani nawet imion funkcjonariuszy, z którymi rozmawiamy. Proszą nas o to, bo część z nich trafiła już na publikowaną na portalu Telegram listę. Nazywa się ona „Polscy Kaci”. Białoruscy propagandziści umieszczają tam dane naszych mundurowych, którzy mają rzekomo dopuszczać się przestępstw na migrantach. Strażnicy graniczni ukrywają więc twarze i proszą o dyskrecje, myśląc nawet już nie o sobie, a o swoich rodzinach.
Najgorzej jest w nocy, zapewniam, nie chcielibyście tu wtedy być
Na rozmowę zgodzić się nie chce dwóch funkcjonariuszy, którzy siedzą w zaparkowanym nieopodal granicy aucie wyposażonym w kamerę termowizyjną. Ich praca polega na nieustannym śledzeniu ewentualnych ruchów po białoruskiej stronie. Kawałek dalej stoi pojazd z nagłośnieniem, emitujący w czterech językach komunikaty odradzające migrantom przechodzenie na polską stronę. Na otwartej przestrzeni, poprzecinanej namiotami i sylwetkami żołnierzy, dźwięki brzmią niesamowicie.
Mateusz
Z Mateuszem z Krynek spotykam się kilka godzin później. Jest właścicielem firmy, która zajmuje się produkcją artykułów reklamowych. O jego problemach informuje mnie inny Mateusz, znany jako Exen, aktywny w sieci mieszkaniec wsi Łapicze (również znajdującej się w strefie), który jest stałym źródłem informacji o tym co dzieje się w obrębie granicy. Posplex Mateusza wpadł w problemy finansowe. Zaczęły się wraz ze stanem wyjątkowym, ale pogłębiły się w momencie, gdy polski rząd ogłosił, że de facto będzie on przedłużony do… nie wiadomo do końca kiedy.
Mateusz martwi się o swój biznes z powodu sytuacji na granicy
Popularne w magazynie
– Właśnie straciłem dużego klienta ze Szwecji. Nie powiedział tego wprost, ale napomknął że widział w telewizji obrazki z moich okolic i że nie jest specjalnie zainteresowany robieniem interesów w tej części Polski. Walczyłem o niego pół roku. Teraz zamówienie zamroził, ale jak znam życie to ostatecznie je anuluje – opowiada przedsiębiorca.
Oglądamy zestawienie przychodów jego firmy za 2020 i 2021 rok. – Tu mamy październik. W ubiegłym roku sprzedałem towaru za niecałe 3,5 tysiąca złotych. W tym za niecałe pięćset. Ale najgorzej może być w grudniu. To był dla mnie zawsze najlepszy miesiąc, w 2020 ponad 90 tysięcy obrotu. Tymczasem teraz firma praktycznie stoi, ratuję się jakimiś drobnymi zamówieniami, ale to będzie jakaś namiastka tego, co miałbym normalnie – mówi przedsiębiorca. Pytam go o odszkodowania, jakie miał zapewnić rząd. – No są, ale nie dotyczą mojej branży. Nie mieszczę się w klasyfikacji PKD, kto by tam pomyślał o tym że w Krynkach ktoś pracuje w branży reklamowej – kwituje gorzko Mateusz.
Minkowce
Wiozący nas jeep Straży Granicznej zatrzymuje się we wsi Minkowce. To miejscowość leżąca bezpośrednio przy granicy, niektórzy mieszkańcy z okna mają widok na ogrodzenie (a wkrótce na mur, nazywany też zaporą). Parkujemy przy gospodarstwie pana, który wygląda na prawdziwego fana naszych strażników. Z wielką radością wita towarzyszących nam mundurowych, z nami, dziennikarzami, nie chce natomiast zamienić ani słowa. Postanawiam oddalić się nieco od grupy, żeby poszukać innych mieszkańców. Zatrzymuję się na chwilę przy tablicy sołeckiej, na której wiesza się ogłoszenia. Można tam znaleźć pogniecione przez wiatr i mróz zarządzenie ministra spraw wewnętrznych o wprowadzeniu strefy zakazu przebywania.
Kilkadziesiąt metrów ode mnie dostrzegam panią, która prowadzi rower z przewieszoną na ramie butlą gazową. Zatrzymuję ją, przedstawiam się, kobieta odpowiada uśmiechem. – Jak się wam żyje w tej strefie? – pytam. – Dobrze się żyje. Pilnują nas, jeżdżą cały czas. Jesteśmy bezpieczni! Dla mnie obecność wojska to żaden problem, rodzina też może do mnie przyjechać kiedy chce. Nie ma problemu – odpowiada. I daje do zrozumienia, że w Minkowcach życie toczyło się wolno jeszcze na długo przed stanem wyjątkowym, a sytuacje, do jakich dochodziło na granicy naprawdę napędziły ludziom strachu. Podążam za moją rozmówczynią, która akurat szła do sąsiada. Podchodzę do właściciela drewnianego budynku. – Panie, nie mam czasu! – rzuca na dzień dobry, ale udaje mi się go przekonać go do krótkiej rozmowy.
Jedna z ulic we wsi Minkowce, tuż obok granicy
- Tak dobrze było jak was nie było! – zaczyna. – Kręciły się tu jakieś TVNy, nie TVNy, głowę zawracali. A potem nagle ciach i spokój. Wreszcie! Żołnierze zadowoleni, my zadowoleni, nikt nie przeszkadza. Nie to żebym coś do pana miał, ale opowiadam jak to było – mówi na oko 60-kilkuletni mężczyzna. Nie podobało mu się to, jak media relacjonowały sytuację na granicy. – Coś tam mówili że jakiś facet sześć dni płynął w rzece, no jakim cudem? A te dzieci z Michałowa? No ktoś zdecydował się je tu zabrać, to jego wina, a nie naszych służb – wylicza podniesionym głosem.
Postanawiam zahaczyć jeszcze o jego sąsiada, bo właśnie wyszedł ze swojego domu. – Jest ładnie, pięknie, wszystko w porządku. Jedyne co to z przepustkami czasami jest problem. Szwagier miał do mnie ostatnio przyjechać to mu w straży powiedzieli, że się druczki skończyły. – I co? – dopytuję. – I nic, przyjechał do mnie na starym. Naprawdę wszystko jest dobrze, pozdrawiam! – rzuca i odchodzi. A pogranicznicy już machają do mnie ręką, że czas się zbierać, bo jedziemy do Usnarza.
Dominika
W tym samym czasie Dominika wraca do Hajnówki po krótkim pobycie w Warszawie. Jest aktywistką z Grupy Granica, która przyleciała do Polski z Bejrutu, w którym na co dzień mieszka. Przyznaje, że w ostatnim czasie wezwań o pomoc wysyłanych przez migrantów jest mniej. Ale nie jest w stanie potraktować tego jako jednoznacznie pozytywny sygnał. – Niestety docierają do nas informacje, że coraz częściej migranci trafiają do polskich lasów bez telefonów albo ze zniszczonymi telefonami. Nie wiemy do końca kto im to robi, ale wszystko wskazuje na to, że ktoś chce utrudnić im kontakt z nami – mówi aktywistka.
Warunki pogodowe pogarszają się tymczasem z dnia na dzień. Gdy rozmawiamy, temperatura w nocy na Podlasiu wynosi jakieś minus 10 stopni. To warunki zabójcze dla każdego, a już szczególnie dla osób kompletnie nieprzygotowanych do podróżowania po zaśnieżonym i mroźnym lesie. – I właśnie dlatego bardzo ważne jest wpuszczenie do strefy profesjonalnej opieki medycznej. My nie zawsze jesteśmy w stanie ją zapewnić, nie każdy z nas ma wystarczające umiejętności – dodaje Dominika.
Coraz częściej migranci trafiają do polskich lasów bez telefonów albo ze zniszczonymi telefonami. Nie wiemy do końca kto im to robi
Dla Dominiki polski kryzys migracyjny ma szczególny wymiar. Bliski Wschód to w końcu jej drugi dom, a to stamtąd pochodzi zdecydowana większość migrantów ściągniętych przez Łukaszenkę na Białoruś. – Mam wśród przyjaciół mnóstwo Libańczyków i Syryjczyków i zawsze byłam w tych rejonach przyjmowana bardzo ciepło i gościnnie. Też dlatego tu przyjechałam, bo pomyślałam że mogę się przydać, chociażby z moją znajomością języka arabskiego – tłumaczy aktywistka.
Przypomina swoje spotkanie z dwiema Polkami w Libanie, które same były uchodźczyniami podczas II wojny światowej. Do Bejrutu dotarły wraz z armią Andersa, zostały przyjęte z otwartymi ramionami, zapewniono im pomoc, schronienie, a także edukację. – Zapominanie o tym, że my też niedawno dostaliśmy pomoc w tamtych rejonach jest dla mnie bardzo rozdzierające – kwituje Dominika. Grupa Granica, do której należy, zapowiada że nie zaprzestanie swojej aktywności w strefie przygranicznej. Do czasu aż sytuacja się nie poprawi, czyli dopóki ludzie nie przestaną cierpieć na granicy.
Usnarz Górny
Jeszcze w sierpniu na Usnarz Górny zwrócone były oczy całej Polski. To tu dla wielu rozpoczął się kryzys migracyjny, choć tak naprawdę trwał on już od kilku tygodni. Ale koczująca w jednym miejscu grupa wzbudzała większe zainteresowanie niż pojedyncze próby przekroczeń granicy, do jakich w tym samym czasie dochodziło regularnie. Jak dziś wygląda koczowisko w Usnarzu? – My mówimy na to "Zalando" – śmieje się jeden ze strażników granicznych. I coś w tym jest.
Migrantów nie ma tu od połowy października, a Białorusini nie posprzątali obozowiska. Dlatego tuż za ogrodzeniem mamy mnóstwo namiotów, koców, chust, ubrań i resztek jedzenia. Te ostatnie przyciągają szczury i inne zwierzęta. Całość wygląda przygnębiająco, szczególnie w połączeniu z otaczającym to wszystko błotem, w którym zapadają się nogi. Humory nieco poprawia poczciwy wioskowy pies, znany dobrze niektórym dziennikarzom, bo towarzyszył im podczas długich dni spędzanych w Usnarzu w sierpniu.
Kilka metrów od koczowiska wyraźnie widać, że ogrodzenie graniczne zostało naruszone. – To tu w drugiej połowie października była próba siłowego przekroczenia granicy. Nasi ludzie byli na miejscu, udaremnili ją. Niedługo potem Białorusini zabrali stąd wszystkich migrantów, a my szybko naprawiliśmy płot – opowiadają pogranicznicy. Od tego czasu Usnarz Górny jest jednym z najspokojniejszych miejsc na granicy. Generalnie migrantów jest znacznie mniej – większość z nich została odesłana do swoich ojczystych krajów. A ci, którzy są, w niewielkich grupach próbują dostać się do Polski raczej w południowych rewirach, na styku Podlasia i Lubelszczyzny. Na przykład w Czeremsze czy Dubiczach Cerkiewnych.
Co dzieje się z tymi, który jednak wciąż trafiają do Polski i napotykają na Straż Graniczną? Funkcjonariusze wyciągają z samochodu mały czerwony worek i pokazują nam jego zawartość. Jest koc, ogrzewacz do dłoni, woda, batony energetyczne, kilka innych przedmiotów. - To jest taki starter, który dajemy migrantom - mówią funkcjonariusze. Dopytuję: - Dajecie im to tuż przed wyrzuceniem ich na granicę? Odpowiedź jest długa, ale ostatecznie twierdząca. Pogranicznicy zwracają jednak uwagę, że typowy push-back stosują jedynie wtedy, gdy dana osoba nie zwróci się z wnioskiem o ochronę międzynarodową, bo na przykład interesuje ją tylko i wyłącznie dostanie się do Niemiec. Metoda push-back jest jednak zabroniona przez międzynarodowe konwencje o ochronie praw człowieka. I nie zmienia tego fakt, że polski parlament zalegalizował ją ustawowo. Można też mieć wątpliwości czy przy wielostopniowym mrozie mały worek z batonami jest w stanie umożliwić przeżycie w lesie.
Za spokój Bogu dziękuje pani Helenka, starsza pani mieszkająca w domu jakieś pół kilometra od granicy. Kobieta żyje tu sama od 14 lat. Kiedy zaczęła się cała awantura wokół Usnarza, służyła ludziom schronieniem i herbatą. Zaprzyjaźniła się z dziennikarką TVP, która towarzyszyła nam na wyjeździe. Kiedy odwiedzamy ją w domu, pani Helenka jest uradowana wizytą gości. I z całego serca dziękuje żołnierzom i pogranicznikom za zapewnienie bezpieczeństwa. – Codziennie po 18:00 siadam przed oknem i patrzę w stronę granicy. A tam nasi żołnierze migają światełkami. Jak je widzę to od razu czuję się bezpieczniej. A wcześniej bałam się. Co to by było jakby ktoś obcy do mnie zapukał? Jak ja tu sama jak palec siedzę – opowiada pani Helenka.
***
5 grudnia 2021 roku, w szpitalu w Hajnówce zmarła 38-letnia Avin. Kurdyjka miała piątkę dzieci. Na Białoruś dotarła będąc w piątym miesiącu ciąży. Poroniła podczas wędrówki po lesie. Pomocy udzielili jej medycy, których polskie władze nie chcą dopuścić do strefy zakazu przebywania. Była skrajnie wyziębiona, jej stan był krytyczny.
W niedzielę wieczorem, 5 grudnia 2021 roku, w Mińsku Mazowieckim rządowa telewizja zorganizowała koncert pod hasłem Murem Za Polskim Mundurem. Edyta Górniak zaśpiewała, że „dziwny jest ten świat”. A David Lubega wykonał swój hit z lat 90-tych „Mambo no 5”. Artysta, znany szerzej jako Lou Bega jest synem migranta z Ugandy. Jego ojciec też chciał żyć w Niemczech. Jemu się udało.