Cztery dni w drodze. Z małym plecakiem. Droga 14-letnich bliźniaczek z Ukrainy do Polski

4 min. czytania
28.02.2022 14:10
Obserwuj nas na Google

Krystyna i Daria, 14-letnie bliźniaczki z Ukrainy, wzięły ze sobą po jednym plecaku. W środku miały chusteczki, wodę, telefony, ładowarki. Z domu wyjechały w czwartek o godz. 17. Granicę z Polską przekroczyły w niedzielę nad ranem. Ostatnie 12 km pokonały pieszo. - Są osłabione, mają poobdzierane nogi, ale są bezpieczne - opowiada Natalia, która razem z rodzicami pomaga dziewczynkom.

Przejście graniczne w Medyce
fot. ANDRZEJ IWANCZUK/REPORTER

Halina, Ukrainka, przyjeżdża do Polski od dwóch lat. Pracuje miesiąc, dwa, trochę zarobi i wraca do męża i dzieci - Krystyny i Darii, 14-letnich bliźniaczek. Rodzina mieszka 100 km za Lwowem, 200 km od granicy z Polską.

- Moi rodzice poznali Halinę przez znajomych. Jak nie mogła znaleźć zatrudnienia, to mama jej proponowała, by pracowała u nich. Pomagała przy sprzątaniu, w ogrodzie. Rodzice mają duży dom, gospodarstwo, więc zawsze jest co robić. Poza tym nigdy nikogo nie zostawili bez pomocy – opowiada Natalia Pacocha z Łodzi.

Redakcja poleca

Już od kilku tygodni Natalia z rodzicami proponowali Halinie, by ściągnęła bliźniaczki do Polski. Kobieta do końca nie wierzyła, że wojna wybuchnie. Chciała, żeby dziewczynki normalnie chodziły do szkoły, zostały u siebie. Mąż musiał pracować w gospodarstwie. - W czwartek rano mój tata do mnie dzwoni, żebym pomogła zorganizować jakieś książki dla dziewczyn, żeby mogły się uczyć polskiego tam na Ukrainie z myślą, że może za jakiś czas będą musiały się tu przenieść – wspomina Natalia.

Sytuacja zmieniała się jednak z minuty na minutę, rosyjska armia atakowała kolejne miasta, następne osoby decydowały się uciekać z Ukrainy. - Nagle tata znowu dzwoni i mówi: pakuję się, jadę z Haliną na granicę po dziewczynki. Ich tata dowiezie je na granicę – wspomina Natalia. Był czwartek, godz. 22.

Wojna w Ukrainie. "Bez dziewczynek nie wracamy"

Mama Natalii dała jeszcze Halinie swoją grubą zimową kurtkę, Natalia z siostrą od razu ogłosiły zbiórkę na facebooku i instagramie. Potrzebne było niemal wszystko: ubrania dla 14-latek, buty, kosmetyki, książki. Odzew z pomocą był ogromny. Natalia odbierała wszystkie pakunki dla dziewczyn i szykowała im pokoje.

Tata bliźniaczek mógł je tylko przywieźć do Medyki, potem musiał zawrócić. Jest w wieku poborowym, nie mógł przekroczyć granicy. Wyjechał z dziećmi o godz. 17 w czwartek. Dość szybko dojechali do granicy. 12 km przed przejściem granicznym zostawili auto. Dalej musieli iść pieszo.

W piątek nad ranem udało im się wejść do specjalnej „klatki”. To wygrodzone miejsce tuż przed przejściem granicznym. Dla usprawnienia ruchu strażnicy wpuszczają tam kilkaset osób. Gdy one przejdą kontrolę i granicę, to wchodzą tam następni. - Służby ukraińskie przestały jednak kontrolować sytuację, tłum zaczął napierać. Stratowano kogoś. Jedna z naszych dziewczynek zasłabła. Ich tata powiedział, że nie da im zginąć. Kazał im wspiąć się na kraty, żeby nikt ich nie zdeptał i zdołali się przedostać poza klatkę – opowiada Natalia.

Halina dostała telefon od męża: nie dotrzemy do Polski, cofamy się. - Jak dowiedziałyśmy się o tym, płakałyśmy w domu. Jak to możliwe? Już się cieszyłyśmy, że są blisko przejścia, tu wszystko czeka, tu będą bezpieczne, a one wracają w miejsce wojny? Byłyśmy bezsilne - wspomina Natalia. Halina z tatą Natalii wracali do Łodzi. - I tata nagle powiedział: słuchaj, tak nie może być. Bez dziewczyn nie wracamy do Łodzi. I zawrócili na rondzie w Przemyślu do Medyki – opowiada Natalia.

Halina wzięła swój paszport, założyła jeszcze kurtkę od mamy Natalii i przeszła na stronę ukraińską po dzieci. Znalazła córki. Razem ustawili się w kolejce do przejścia, gdzie przekraczało się granicę autem. Przez noc kolejka przesunęła się tylko o 1,5 km. Sprawniej znowu szła kolejka piesza, więc rodzina przeszła do niej. - Czekaliśmy w napięciu, czy tym razem uda im się przejść. Dzwoniliśmy do nich przez całą noc. Pytaliśmy, czy są głodni, czy im zimno, ale Halina była już tak zdeterminowana, że na nic już nie patrzyła. Dobrze, że w ostatniej chwili wzięła tę kurtkę, inaczej wychłodziłaby się – opowiada Natalii.

Redakcja poleca

Piotr, tata Natalii, czekał na rodzinę z Ukrainy pod granicą dwa dni. Miał ze sobą koc, dostał ciepłą zupę, picie. Nie mógł się ruszyć z auta, bo tłum był coraz większy. Do Łodzi wrócił w końcu w sobotę wieczorem. Ustalił z Haliną, że jak tylko będą bliżej przejścia, to dadzą znać. - W niedzielę rano po godz. 6 obudził mnie telefon. Halina z dziewczynkami przekroczyły granicę, są w drodze do Łodzi – opowiada Natalia.

Wojna w Ukrainie. Dwa plecaki, telefon, chusteczki

Gdy rodzina znalazła się po stronie polskiej, na parkingu podeszła do niej kobieta, Ukrainka, która mieszka na stałe w Łodzi. Gdy zobaczyła, co się dzieje na granicy, pojechała z mężem do Medyki, żeby oferować transport. Halinę z bliźniaczkami przywiozła bezpośrednio do domu rodziców Natalii w niedzielę o godz. 11.

Każda z dziewczynek miała ze sobą po jednym małym plecaku, a w nim: chusteczki, wodę, telefon, ładowarki, słuchawki. Tyle. - Są zmęczone. Mają pozdzierane stopy, bo szły tyle kilometrów. Jedna jest osłabiona po całej drodze i tym zasłabnięciu - mówi Natalia. - Ale ludzie są niesamowici. Gdy napisałam, że potrzebne są witaminy dla dziewczynki na wzmocnienie, za godzinę przyjechała pani z całym zapasem z apteki – dodaje Natalia. To nie wszystko, bo oprócz ubrań, czy kosmetyków, jedna pani kupiła dziewczynkom biurka w Ikei, kolejni zamówili pizzę, jeszcze inni przywieźli ręczniki w kolorach flagi Ukrainy, jeszcze inny pan przyjechał specjalnie i dał 14-latkom kieszonkowe. Wszystko po to, by stworzyć im chociaż namiastkę normalności.

Dziewczynki na razie odpoczywają, ale już zaczynają uczyć się polskiego. Na razie porozumiewają się po angielsku. Dzisiaj Natalia zapisuje je do szkoły. - Ostatnie dni to były ogromne emocje. Raz się cieszyłam, zaraz płakałam, wzruszałam się. Przekonałam się jednak, że ludzie mają ogromne serca. Umówiliśmy się, że dla wszystkich, którzy pomogli nam zorganizować tu dom dla tej rodziny, zrobimy za jakiś czas wielkie ognisko, żeby podziękować – zapowiada Natalia.

Tata 14-latek wrócił do domu. Ich starsza siostra razem z mężem i trzyletnim dzieckiem została w Ukrainie. Liczą, że wojna szybko się skończy.

RadioZET.pl

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET