`
Beata Radke
Beata Radke
fot: Klaudia Bochenek

Beatka wyszła na katechezę i zaginęła. Od 47 lat nie ma po niej śladu

29.04.2022 14:37

Jest 14 kwietnia 1975 roku, osiedle Grunwald w Poznaniu. 9-letnia Beata Radke wychodzi na zajęcia do salki katechetycznej znajdującej się zaledwie 800 metrów od domu. Tamtego chłodnego poranka znika bez śladu. Przestraszeni rodzice zaczynają szukać córki po lekceważącym zachowaniu milicjantów na komisariacie. Wkrótce pojawia się trop, który potem przeradza się w słynną legendę z czasów PRL – legendę o „Czarnej Wołdze”. Co mogło stać się z dziewczynką?

- To była mądra, rozgarnięta, inteligentna dziewczynka. Sam fakt, że ona zaginęła… To jest dla mnie nieprawdopodobne, aby zrobił to obcy człowiek. Ona była za ostrożna, zawsze była w grupie, nigdy nie odstawała. Nigdy nie było takiej sytuacji, aby w tej rodzinie były jakieś awantury, normalna rodzina, kochająca się, z trójką dzieci. Matka do końca życia wierzyła, że córka wróci – opowiada sąsiadka rodziny Radke z poznańskiego Grunwaldu.

Tylko 800 metrów do przejścia

Beata Radke jest zaliczana do najdłużej poszukiwanych dzieci w Polsce. Dziś miałaby 56 lat. 14 kwietnia 1975 roku o około 8:30 wyszła z domu na poznańskim osiedlu Grunwald Północ i skierowała swoje kroki na ulicę Piękną, gdzie wtedy znajdowała się salka katechetyczna. Dziewczynka była ubrana w brunatny płaszcz, spodnie w czarno-białą kratkę oraz niebieski beret. Po zakończonej lekcji religii o 10:00 miała wrócić do domu, a potem stawić się w szkole na zajęciach na drugą zmianę.

9-latka doskonale znała drogę do miejsca, gdzie odbywały się cotygodniowe katechezy. Zawsze była odprowadzana przez rodziców lub starszą siostrę. Niestety, tamtego dnia jej mama Irena miała umówioną wizytę u lekarza, a tata, Henryk Radke, był w pracy. Siostra była chora, dlatego Beata Radke sama musiała udać się na ulicę Piękną – była już duża i odpowiedzialna. Na zajęcia nie dotarła. Prawdopodobnie została porwana.

Jak o zniknięciu dowiedzieli się rodzice? Pan Henryk opowiada, że zostali zaalarmowani rano, kiedy zauważono nieobecność 9-latki na katechezie: - Żona przyjechała do mnie i brata taksówką, mówiła, że nie ma Beatki. Wtedy też od razu zaczęto szukać jej na własną rękę, a zaginięcie zgłoszono na milicję. W mediach znana jest narracja, że to pani Irena po przyjściu od lekarza zauważyła, że dziecka nie ma ani w domu, ani na podwórzu i wszczęła alarm.

Zdjęcie komunijne Beaty Radke i Kościół Chrystusa Dobrego Pasterza w Poznaniu
fot. arch. prywatne, Klaudia Bochenek
Fot. arch. prywatne, Klaudia Bochenek
Zdjęcie komunijne Beaty Radke i Kościół Chrystusa Dobrego Pasterza w Poznaniu

Podczas zgłoszenia na komisariacie milicji zaniepokojeni rodzice zostali potraktowani lekceważąco. Funkcjonariusz przyjmujący zgłoszenie sugerował, że Beata Radke mogła udać się gdzieś z rówieśnikami albo wybrać do rodziny. Rozpytano bliskich mieszkających na terenie Poznania i nikt jej nie widział. Rodzice przez najbliższe 24 godziny robili, co tylko mogli. Milicja włączyła się do akcji na drugi dzień po zaginięciu i tym razem sprawę potraktowano bardzo poważnie. Do akcji dołączyli nawet byli funkcjonariusze ZOMO.

- Milicja na przykład siedziała w mieszkaniach, w tym naszym bloku i obserwowali wejścia do klatek, czy ktoś jej nie podwiezie, czy nie podprowadzi do domu z powrotem. Tak obserwowali chyba z dwie noce. Mówili ludzie, że w jednej z willi tutaj na piętrze mieszkał ktoś, kto ją po prostu, nie wiem, zgwałcił, czy zabił, było chyba jakieś dochodzenie. Rozeszło się chyba to po kościach. Ojciec był podejrzewany też. On był kierowcą. Myśleli, że może komuś coś zrobił kiedyś i ktoś się zemścił. Różnie ludzie gadają. Ja nie mogłam przeżyć matki tej Beatki. Pamiętam, że strasznie wtedy padał deszcz i przy otwartym oknie wisiała i czekała cały czas za tym dzieckiem. Jej się wydawało, że w każdej chwili ona przyjdzie – opowiada mieszkanka sąsiedniego bloku.

Milicja na przykład siedziała w mieszkaniach, w tym naszym bloku i obserwowali wejścia do klatek, czy ktoś jej nie podwiezie, czy nie podprowadzi do domu z powrotem

- Pamiętam, mówili też, że to ja ją zabiłem. Że były te dzieci, a ona była niepotrzebna, bo to dziecko trzeba przecież utrzymać. Takie rzeczy słyszałem – wyznaje Henryk Radke.

„Za Beatkę będziesz wisiał”

Ważnym i jednym z bardziej racjonalnych tropów okazały się być zeznania innej dziewczynki, która uczęszczała z 9-latką na lekcje religii. Miała widzieć, jak Beata Radke rozmawia z dwoma mężczyznami poruszającymi się błękitnym samochodem marki Warszawa. Nie jest jednak pewne, czy została przez nich wciągnięta, czy też wsiadła dobrowolnie. Pan Henryk twierdzi, że na religię szła sama, ale jego zdaniem być może niedaleko miejsca porwania były inne dzieci, które chodziły na zajęcia na różne godziny i to one mogły być świadkami. Potem wśród mieszkańców pojawiły się opowieści o „czarnej Wołdze”, która porywa nieletnich w Poznaniu i w całej Polsce.

Milicja sprawdziła trop samochodu. Znalazł się świadek, który zapamiętał numery rejestracyjne „czarnej Wołgi”. Okazało się, że właściciel auta mieszka na Pomorzu, a jego nazwisko w pisowni niewiele różni się od nazwiska 9-letniej Beaty. Kiedy w końcu poznańscy milicjanci otrzymali zgodę na czynności operacyjne, mężczyznę zatrzymano w jednym z barów w Koszalinie lub w Kołobrzegu. Mimo tego, że miał w kartotece wzmianki o czynach lubieżnych, nie miał nic wspólnego z zaginięciem dziewczynki. Poza tym miał solidne alibi.

Milicjanci sprawdzili również ogródki działkowe na Baranowie. Pan Henryk dzień przed zaginięciem córki wywiózł tam psa, do którego dziecko było bardzo przywiązane. Brano pod uwagę, że z tęsknoty wybrała się do ukochanego zwierzaka. Niestety, żaden z działkowiczów nie widział 9-latki. Przy poszukiwaniach w terenie znaleziono jedynie dwa poniemieckie groby. Funkcjonariusze postanowili również wziąć pod lupę okolicznych pedofilów.

- W Poznaniu w 1975 roku było kilka uprowadzeń nieletnich dziewcząt spod szkół do lasku na Dębinie. Sprawca ten sam. Zaczepiał pod szkołą, wywoził, dokonywał czynów nierządnych, molestował, po czym odprowadzał te dziewczynki na jakiś przystanek i się ulatniał. Było tych przypadków z osiem czy siedem. Potem były trzy przypadki uprowadzenia dziewcząt ze szkoły na ulicy Swobody – mówił kapitan Czechanowski w podcaście „Zabójcze opowieści” pisarza Michała Larka.

W Poznaniu w 1975 roku było kilka uprowadzeń nieletnich dziewcząt spod szkół do lasku na Dębinie. Sprawca ten sam

W tamtych latach w Lasku Dębińskim miał grasować mężczyzna, który molestował małoletnich. Udało się go zatrzymać i przesłuchać. Nadzieja milicjantów na przełom zgasła, kiedy do pomieszczenia wszedł jeden z funkcjonariuszy i powiedział do zatrzymanego: - Za Beatkę będziesz wisiał. Mężczyzna nic więcej nie powiedział i zamknął się w sobie. Został skazany za inne przestępstwa, ale nie udowodniono mu nic w sprawie 9-latki. Potem jeszcze niejednokrotnie „gościł” na posterunku. W ręce milicjantów wpadła kartoteka szpitalna, a w niej zapis o molestowaniu dziewczynki. Ostatecznie trafił do psychiatryka. Telesfor Jaeschke, były funkcjonariusz wydziałów kryminalnych milicji i policji, wspominał słowa, jakie usłyszał od tego „rasowego pedofila”: - Lepiej być mądrym i udawać głupiego, niż być głupim i udawać mądrego.

Ciało ukryte w śmieciach?

Potem zatrzymano kolejnego pedofila, znanego jako „podglądacz z okolic kościoła”. Ten przyznał się do morderstwa, jednak podczas wizji lokalnej nie był w stanie pokazać, w jaki sposób zaatakował 9-letnią Beatę Radke, co później z nią zrobił i gdzie znajduje się jej ciało. Wydało się, że o sprawie słyszał z gazet i wszystko zmyślił. Co więcej, po zaginięciu dziewczynki miały ustać incydenty molestowania nieletnich.

Pojawiły się też kolejne dwa tropy: w 1975 roku trwała budowa wiaduktu Franowo, należącego do tzw. Trasy Katowickiej. Podejrzewano, że ciało dziewczynki mogło zostać tam umieszczone, aby zatrzeć ślady zbrodni. Nie uzyskano jednak zgody na rozbiórkę. Potem, po dwóch latach, kiedy milicjanci stworzyli specjalną grupę, postanowili opracować szczegółowy plan uzupełniający śledztwo. Prowadzili m.in. wizje lokalne z dziewczynkami, które padły ofiarą molestowania. Trop zawiódł ich na wysypisko śmieci na Marcelinie.

Fot.

- Byliśmy przekonani, że to był ten sam sprawca. Być może coś zrobił, że spowodował śmierć tego dziecka. Nic prostszego – wrzucił na ten stos śmieci, kopnął nogą, tam takie hałdy były, zsypało się, przyjechały kolejne samochody ze śmieciami i zasypały to. Być może kiedyś, jeżeli będzie ktoś tam kiedyś coś, to może znajdą kości – mówił kapitan Czechanowski.

Żaden jasnowidz nie pomógł

Niektóre media już zdążyły uśmiercić pana Henryka. Można było przeczytać, że „do samego końca szukał córki”. Ojciec Beaty Radke ma się dobrze. Mieszka nadal w tym samym miejscu, zajmuje się kilkoma papugami. Ma 88 lat, przychodzi do niego opiekunka. W 2011 roku wystąpił do sądu o uznanie córki za zmarłą. „W związku z tym Sąd wzywa Beatę Cecylię Radke, aby zgłosiła się w terminie 3 miesięcy, gdyż w przeciwnym razie może być uznana za zmarłą”. W 2012 roku tak właśnie się stało.

- Były jakieś doniesienia, że ktoś ją tam widział, że na rowerze jeździła. Nic się nie sprawdziło. Jakby ją ktoś wywiózł do Niemiec, to zanim milicja zaczęła szukać, to miałby 24 godziny na ucieczkę. Ale na granicy mógłby mieć problemy. Teraz się mówi, że dzieci porywają „na narządy”, ale kiedyś nikt by chyba o tym nie pomyślał. Ostatnim tropem, trzy lata temu, to było odnalezienie w Holandii jakiejś kobiety bezimiennej. Były badania DNA, wezwano mnie razem z córką Hanną, ale nic się nie potwierdziło. Dwa lata temu prokuratura wszystko zakończyła – powiedział Henryk Radke. Korzystał też z pomocy jasnowidzów.

Jakby ją ktoś wywiózł do Niemiec, to zanim milicja zaczęła szukać, to miałby 24 godziny na ucieczkę. Ale na granicy mógłby mieć problemy

- Ja byłem u jasnowidzów, byłem też u Jackowskiego. Powiedział jeden, że tutaj, jak przechodziła przy piaskownicy, to ją ktoś zabrał. Ale nie chcę w to wierzyć, przecież tu cały czas są dzieci, ludzie z okien wszystko widzą i słyszą. Mówili, że wziął córkę do siebie domu i ją zgwałcił, potem gdzieś ukrył zwłoki. Inny powiedział, że żyje, jest daleko wywieziona i że Beata odezwie się, ale bardzo, bardzo późno – tłumaczy ojciec zaginionej dziewczynki.

- Może kolejne wzmianki o Beatce coś zmienią, pojawią się nowe tropy. Może ktoś po latach sobie coś przypomni albo go sumienie ruszy - mówi łamiącym głosem Henryk Radke.

- Strasznie to przeżyłam, bo mieszkam w równoległym bloku. Z moją córką były prawie rówieśniczki. To było dziecko, które jak przychodziło na górę, bo nie było jeszcze domofonów, to ja mówiłam: „Wejdź Beatka do mieszkania, Iza już się ubiera”, a ona odpowiadała: „Ale proszę pani, ja nie mogę. Muszę czekać na dworze, żeby mama się nie denerwowała, gdzie jestem”. To nie była taka dziewczynka lekkomyślna. Pracowała ze mną nauczycielka, która była jej wychowawczynią. Mówiła, że obeszli Lasek Marceliński i nic – wspomina kolejna mieszkanka Grunwaldu, pani Krystyna

- Uważam, że to musiał być ktoś, kogo ona dobrze znała. Jak to wszystko trochę usiadło, ta rozpacz… Myśmy wszyscy jej szukali, wszyscy lokatorzy. Wydaje mi się, że ona zaginęła na tym skrzyżowaniu, nikt jej już dalej nie widział. Może ktoś jechał znajomy, zatrzymał samochód, powiedział, że ją podwiezie na tę religię i… tragedia – dywaguje kobieta.

Uważam, że to musiał być ktoś, kogo ona dobrze znała. Jak to wszystko trochę usiadło, ta rozpacz

- Ja znam wersję, że szła na lekcje religii do salki. Chyba we dwie czy trzy szły. Ktoś tam miał ją poprosić o drogę i ona podeszła do tego samochodu, potem po prostu została wciągnięta. Robiłam kiedyś w handlu i jakaś dziewczynka kiedyś też do mnie do sklepu przyleciała i mówi: „Proszę pani, a może mnie pani puścić tyłem? Ktoś za mną chodzi”. Taki miałam przypadek, ale nie potrafię określić, czy to było przed, czy po zaginięciu Beaty – opowiada inna poznanianka, pani Halina.

Pole do manewru jest niewielkie

- Zawsze pojawia się nadzieja na to, że ktoś informacje o losie tej osoby posiada i zna okoliczności, które mogą spowodować, że czyjeś sumienie zostanie poruszone. Ta nadzieja nigdy nie gaśnie. W różnych okresach jest silniejsza, jest słabsza, ale zawsze jest. (…) Po kilkudziesięciu latach jest niewielkie pole manewru. Można poszukiwać na własną rękę, mamy teraz media społecznościowe, mamy internet. Kiedyś zasięgi informacji były znacznie bardziej ograniczone. Zdarzają się sytuacje, kiedy do sprawy wraca Archiwum X, w momencie kiedy pojawiają się jakieś nowe informacje – mówi Izabela Jezierska-Świergiel z Fundacji Itaka.

Progresja wyglądu Beaty Radke i ulica Piękna w Poznaniu
fot. arch. prywatne, Klaudia Bochenek
Fot. arch. prywatne, Klaudia Bochenek
Progresja wyglądu Beaty Radke i ulica Piękna w Poznaniu

- Takich porwań z ulicy, odkąd pracuję w Fundacji, czyli przez 12 lat, mieliśmy dwa – porwanie dziewczynki, która została odnaleziona w Niemczech w porzuconym samochodzie oraz sprawa chłopca z Katowic, porwanego z placu zabaw. Nie zdarza się to często...na szczęście. Zapewne ma na to wpływ rozwój technologiczny i większa świadomość wśród społeczeństwa: mamy monitoring, telefony, dzieci są odwożone i przywożone do szkoły, małe dzieci nie są pozostawiane bez opieki na podwórku pod blokiem. Oczywiście nadal jest sporo zaginięć dzieci, które są spowodowane brakiem właściwej opieki ze strony osób dorosłych - tłumaczy Izabela Jezierska-Świergiel.

- Należy uważać z piętnowaniem opiekunów w takich sytuacjach – dzieci są bardzo energiczne i trudno nad nimi zapanować. Każdy kto ma dziecko wie jak łatwo je „zgubić”.Choć faktem jest, że dziś dzieci trzymamy bardzo blisko siebie i mamy większą kontrolę. Dziś mamy trackery, telefony, opaski z GPS-em. Ale cały czas najważniejsza jest profilaktyka. Warto zadbać o to, aby dziecko, poza swoim nazwiskiem, adresem zamieszkania, znało numer telefonu chociaż do jednego rodzica. Jeśli jednak nie zna, to ważne, żeby miało go zapisany na karteczce schowanej w kieszonce i wiedziało o tym. Dziecko powinno też wiedzieć, że kiedy czuje się zagrożone, musi krzyczeć. To jest dla maluchów bardzo trudne. Są uczone, aby być grzecznymi wobec dorosłych i nie podnosić na nich głosu. W Fundacji uczulamy rodziców na to, aby dzieci od małego były edukowane jak reagować na niebezpieczne sytuacje, aby znały numery alarmowe, żeby wiedziały jak zachowywać się w sytuacji zagubienia. Profilaktyka to podstawa. Ale nie zwalnia ona rodziców z tego, aby pamiętali, że to nie dziecko ma pilnować ich, ale oni dziecka.

Rysopis Beaty Radke w dniu zaginięcia: 130 cm wzrostu, oczy małe, piwne, nos prosty, twarz owalna, cera śniada. Krótkie, falowane włosy w kolorze ciemnego blondu, z grzywką. Ubrana była w brązowy płaszcz z jasnobrązowym futerkiem na kołnierzu i rękawach, granatową bluzkę z golfem, czerwoną sukienkę bez rękawów, granatowy sweter, czerwone rajstopy oraz buty tego samego koloru. Miała przy sobie torbę na zakupy, na głowie nosiła niebieski beret z pomponem.

Osoby, które mogą mieć jakiekolwiek informacje, mogą kontaktować się na numer alarmowy 112, z najbliższą jednostką policji lub z Fundacją Itaka.

Klaudia Bochenek
Klaudia Bochenek

Związana z mediami od trzech lat, teraz podbija zakątki Radia ZET. Zażyła miłośniczka kryminalistyki i urbexu, nic jej nie zaskoczy. Trudno ściągnąć ją na ląd, kiedy już wejdzie na pokład żaglówki. Posiadaczka kota podróżnika, który podobnie kocha Mazury i Sudety. Adres e-mail: klaudia.bochenek@radiozet.pl

logo Tu się dzieje