Artyści na scenie
Młodzi artyści upominają się o to, by pozwolić im na inny typ myślenia
fot: Kozlik/Shutterstock

Żeby tworzyć, musi zaboleć. Portret pokolenia młodych artystów

22.07.2022 11:23

Młodych artystów boli obumieranie planety, nieodwracalne zmiany w przyrodzie. To ich poraża, wywołuje lęk, skutkuje depresją klimatyczną. Mocno porusza ich nieuszanowana odmienność, lekceważona inność.

Aleksandra Pucułek: Żeby tworzyć, musi boleć?

Bronka Nowicka: Może boleć. Czy musi? Niekoniecznie. Dziś młodzi twórcy zmagają się z paradygmatem tworzenia z ran. Niektórzy z nich mówią: mam bolesną ranę i korzystam z niej, tworząc. Inni twierdzą: w zasadzie używam tylko swoich ran i to jest swoiście przyjemne. Mówią też: kiedy doświadczam cierpienia, jestem w stanie głębiej empatyzować z cierpiącymi. To jest istotna optyka, nie tylko na polu sztuki.

„Żeby dotykać, muszę zostać dotknięta.” Tak określiła to jedna ze studentek.

Tak, ale są też odmienne zdania na temat tworzenia przy pomocy własnych zranień. Korzystam z bolesnych ran, ale jest to dla mnie dyskomfortowe. Jeszcze inna, obserwowana przeze mnie, grupa młodych twórców zastanawia się: „Nie mam ran, czy to znaczy, że jestem bezkształtem?”.

Często tworzy się z bolesnego materiału, ale on nie jest jedynym, z jakiego można tworzyć. Młodzi artyści, których znam, na przykład studenci szkół artystycznych, upominają się o to, żeby obowiązywały dwie możliwości. Żeby można było tworzyć przez ból, w bólach, jak i bez niego. I żeby ktoś, kto im pomaga na drodze twórczej - mistrz, pedagog - sięgał do ich bolesnych miejsc jedynie za ich przyzwoleniem, żeby to oni decydowali o dystansie, na jaki można do tych ran podchodzić.

O tych ranach, bliznach i siniakach studenci Szkoły Filmowej piszą dużo w książce „Intro-wersje”. „Intro – bo trzeba było gapić się do środka, spoglądać ku wnętrzu, nim się spojrzało na innych, -wersje, bo sposobów patrzenia jest mnóstwo”. Tak wyjaśnia pani we wstępie nazwę zbioru studenckich tekstów.

Kilka lat temu w Szkole Filmowej w Łodzi zaświtał mi pomysł na zajęcia, które nazwałam „Intro-wersje”. Studenci Wydziału Reżyserii otrzymują zestaw 10 zagadnień, m.in. poprzednicy, odwrót, pola inspiracji, słabość, wolność i bolesność. Są zobowiązani odpowiedzieć na nie pisemnie wyrażoną refleksją, która może przyjąć dowolną formę: sprawozdania, eseju, opowiadania, pamiętnika, manifestu, dziennika, z tym zastrzeżeniem, że spełnia dwa warunki. Jest tematycznie związana z zagadnieniem i poprzedzona autentycznym namysłem. Na zajęciach każdy student prezentuje grupie swoją intro-wersję, która zostaje poddana dyskusji. Zajęcia, chociaż tego nie planowałam, zaowocowały książką pod tym samym tytułem. Wspomniane zagadnienia stały się tytułami rozdziałów, studenci autorami, prowadząca – redaktorką.

Po pięciu latach prowadzenia „Intro-wersji”, kiedy wiedziałam już, jakie materiały udało się zgromadzić, pomyślałam: może warto się nimi podzielić? Rozpoznałam w tych tekstach zarówno coś lokalnego, związanego ze szkołą, jak i globalnego. Te teksty tworzą portret pokolenia, portret wielokulturowy, bo w zajęciach uczestniczyli studenci z Chin, Japonii, Korei, Norwegii, Indii, Meksyku, Turcji.

Często tworzy się z bolesnego materiału, ale on nie jest jedynym, z jakiego można tworzyć. Młodzi artyści upominają się o to

W tym portrecie artystów młodego pokolenia wyraźnie można zauważyć jedno: wrażliwość.

Tak, młodzi artyści, autorzy tekstów zamieszczonych w książce, są wysoko wrażliwi, empatyczni. Wyczuleni na każdy ruch w sobie i w świecie. Chyba większość artystów ma nadmiar neuronów lustrzanych.

„Czuję tak głęboko, że czasem muszę wycofać się ze świata. (…) Choć przez lata obudowałam się pancerzem, to i tak czuję ludzkie myśli, widzę to, co ukrywają i maskują”. Tak podsumowała swoje przeżycia jedna ze studentek, tłumacząc, że to „strasznie męczące”.

Artyści są obarczeni kruchością. Gdy ta spotyka wrażliwość i miesza się z nią w alchemicznym naczyniu w warsztacie twórczym, powstaje nowa substancja. Z tej substancji może narodzić się sztuka. Problem w tym, że trzeba być wyposażonym w ogromną siłę, która pozwala odcisnąć wrażliwość w materii twórczej. W wypadku filmowca jest to szczególnie trudne, bo trzeba przerobić przeżywanie na film, czyli skutecznie zarządzić ogromną, złożoną z wielu trybów machiną produkcyjną.

„W jednym świecie jest wolność, dziki wiatr, zapach lasu, w drugim regulamin, zegarki, wielkie billboardy i sztuczne uśmiechy”. Czyli wieczny dysonans między „ja” a „ja”?

I jak to pogodzić? Jak być charyzmatycznym liderem i jednocześnie zachować swoją wrażliwość? To trudne do zbalansowania.

Poszukiwanie balansu między wrażliwością, kruchością i siłą jest czymś, co ułatwia powodzenie na polu twórczym. Tylko rzadko pyta się o koszt

To jest ten złoty środek, dzięki któremu z grona wielu artystów zapamiętujemy wybranych?

Sądzę, że o tym decyduje konglomerat zewnętrznych i osobowych czynników. W grę wchodzi też los. Ale niewątpliwie poszukiwanie balansu między wrażliwością, kruchością i siłą jest czymś, co ułatwia powodzenie na polu twórczym. Tylko rzadko pyta się o koszt.

A jaki jest koszt?

Niekiedy ogromny. Trudny do udźwignięcia. Dlatego chciałabym, żeby studenci, niezależnie od tego, czy kiedyś będą robić filmy, czy nie, mieli świadomość tego, że zawsze będą wartościowi i wrażliwi. To nie znika ot tak. Nawet nie pracując w wyuczonym zawodzie, będą mieli narzędzia do obróbki innych artystycznych tworzyw. Zależy mi, by uchronić ich przed przekonaniem, że muszą być ciągle twórczo gotowi i napięci. Nieustannie głodni nowych pomysłów, sukcesów, uznania i wygranych festiwali. Twórczość to jest sinusoida, raz jest się na górze, raz na dole, raz jest się pełnym, raz pustym. Raz czuję, że mam coś do powiedzenia, innym razem nie mam czegokolwiek wartego zakomunikowania. Chcę wyposażać studentów w taki rodzaj siły, która pozwala na akceptację słabości i zmienności kreatorskich energii.

Nie mogę myśleć o tej książce bez wspominania tego, co stało się w Szkole Filmowej i w ogóle w uczelniach artystycznych dwa lata temu, kiedy artyści zaczęli publicznie mówić, jak psychicznie byli obciążani, nieraz wręcz niszczeni przez wykładowców.

Kryzys, przez który przeszła Szkoła Filmowa, i ta książka to odrębne kwestie i nie chciałabym, aby były łączone. Choć niewątpliwie w „Intro-wersjach” można znaleźć sygnały zapowiadające kryzys.

„Czy to, że nie boli, to źle? Do tej pory odpowiadałem sobie na nie przeważnie: nic cię nie boli, czujesz się dobrze i to jest w porządku, co ucinało temat. Szkoła Filmowa jednak na każdym kroku próbowała wymusić na mnie, że jednak COŚ MUSI MNIE BOLEĆ”. Tak napisał jeden ze studentów w książce.

Studenci, pisząc o tego typu schematach, nie twierdzili, że całkowicie je negują. Oni po prostu upominali się o to, żeby pozwolić im również na inny typ myślenia, obranie innych perspektyw. Rejestrowałam sygnały, że coś w tych młodych ludziach wzbiera. Że za moment będą musieli dojść do głosu i coś mocno wyartykułować. Dlatego jako prorektorka ds. studentów i nauczania, wiedząc, że studenci potrzebują wypowiedzieć się na forum, chcą, żeby ich głos zabrzmiał i wybrzmiał, stworzyłam w Szkole Filmowej małą radę programową. W jej skład wchodzą studenci i wszystkie uczelniane władze. Tam Anna Paliga wygłosiła swoje oświadczenie.

Rejestrowałam sygnały, że coś w tych młodych ludziach wzbiera. Że za moment będą musieli dojść do głosu i coś mocno wyartykułować

Od czego zaczynają tworzyć młodzi artyści? Co ich dziś inspiruje?

U każdego ten proces przebiega inaczej. Jeden zaczyna od formy, innemu jawi się kolor, trzeciemu kilka zdań dialogu. Kolejnemu natrętnie przychodzi do głowy obraz, który go prześladuje. Ktoś chce się buntować i to, co tworzy, jest wyrazem jego stanowczego veto. Zalążki twórcze bywają też różnie hodowane: ktoś siedzi w swojej norze, w samotności, inny musi wyjść do ludzi. To są procesy, których nie da się skatalogować. Wszystko może być pokarmem dla artysty. Cały świat jest dla niego stołem - świat namacalny i ten, który przychodzi nieświadomym traktem. Każdy twórca podchodzi do tego stołu z innego rogu, siada na innym krześle i próbuje innych dań.

Młodzi artyści
Młodzi artyści często stawiani są przed wieloma trudnymi wyborami
fot. Kozlik/Shutterstock
Młodzi artyści
Fot. Kozlik/Shutterstock
Młodzi artyści często stawiani są przed wieloma trudnymi wyborami

A o czym chcą opowiadać młodzi ludzie?

Pula tematów nie zmienia się. O samotności, miłości, o relacjach, trudnościach ich nawiązywania i boleściach rozwiązywania, o żałobie po związkach, o odwadze bycia w świecie, o pustce, depresji, wściekłości, o wolności. Jedni czerpią z siebie, eksplorują teren dzieciństwa, idą ścieżką pamięci, sięgają po artefakty, za którymi objawiają się ludzkie historie. Jest grupa twórców, których w szczególny sposób pociągają problemy i losy innych. Są tacy, którzy, szukając tematów, zakładają szkło powiększające, obiektyw makro i patrzą na świat, jakby oglądali go pod mikroskopem. Są tacy, którzy wolą optykę globalną, lubią zanurzać się w tym, co bieżące, wybierają problematykę polityczną, społeczną.

Co boli młodych ludzi?

Szczególnie boli ich obumieranie planety, nieodwracalne zmiany zachodzące w przyrodzie. To ich poraża, wywołuje lęki, skutkuje depresją klimatyczną. Dużo o tym piszą, biorą ten temat na warsztat. Mocno porusza ich tragiczny los zwierząt hodowlanych. Nieuszanowana odmienność, lekceważona inność, ksenofobia, homofobia, brak równości. Studenci, których spotykam, są wyczuleni na używanie feminatywów, na właściwe formy językowe określające czyjąś przynależność etniczną. Są nastrojeni na wyłapywanie „szumów” zakłócających wolność. Nie tolerują też przemocy i bezargumentacyjnej krytyki.

Dziś niemal każdy może nagrać krótki film, pokazać się w telewizji. „Nie ma filtrów jakości, trudniej wyselekcjonować coś prawdziwego”. Z tym też przychodzi się zmierzyć młodym twórcom.

Żeby dostać się do Szkoły Filmowej, kandydaci przechodzą przez trójetapowe sito. Ale przejście przez złożony proces rekrutacyjny nie niweluje ich obaw: czy mam w sobie wystarczająco siły, żeby być artystą? Czy przebiję się przez postmodernistyczny bełkot? Czy zostanę usłyszany? Jak wyodrębni się mój głos, skoro na terenie sztuki wszystko już zostało powiedziane? Studenci często zadają sobie pytania: czy nie wydam się banalny, czy będę wystarczająco oryginalny, czy to co powiem, nie okaże się zbyt proste lub naiwnie szczere?

Młodzi twórcy dostrzegają zalety kolektywizmu, tworzenia małych wspólnot, chcą działać razem i w tym dostrzegają potencjał.

Młodzi twórcy czują, w jakim tempie zmienia się świat. Żyją w nim i chorują na takie same ponowoczesne choroby. Ja też na nie choruję. 10 lat temu potrafiłam wziąć książkę i nie odrywać się od niej przez wiele godzin.Dziś nie jestem w stanie tak skupić uwagi. Mój świat jest interwałowy, jestem w jakiejś mierze uzależniona od internetu, telefonu, skrzynki mailowej. Bywam przebodźcowana. Czasem zastanawiam się, jak to się stało, że jeszcze nie oszalałam, ale nie mam możliwości, żeby całkiem wyłączyć się z galopady.

Niesamowicie mnie cieszy, że studenci, z którymi pracuję, są świadomi tego, że w tym świecie, płynąc po dziwnych, niespokojnych wodach, trzeba umieć wiązać tratwy. Oni dostrzegają zalety kolektywizmu, tworzenia małych wspólnot, chcą działać razem i w tym dostrzegają potencjał, nadzieję, jakąś metodologię istnienia. O tym też mówią przez „Intro-wersje”. Dlatego, moim zdaniem, powinniśmy uczyć ich pracy zespołowej i wskazywać na jej zalety. Dla filmowców to szczególnie istotne. Nie można być filmowcem samotnikiem.

A czegoś się wstydzą młodzi twórcy?

W książce jest dużo tekstów niesamowicie intymnych. Niektórzy powiedzą, że wręcz bezwstydnych, ale myślę, że są dwa rodzaje bezwstydu: głęboki i tani. Zejście w intymne rejestry nie było dla moich studentów chwytem przyciągającym czytelniczą uwagę. Wynikało z chęci znalezienia w sobie czegoś swoistego, jedynego w swoim rodzaju. Oni nie schodzili we wstydliwe rejony, żeby znaleźć tam coś atrakcyjnego. Dzielili się tym co intymne, bo było to dla nich oczyszczające. Chcieli pokazać się innym z bezbronnej, obnażającej perspektywy. To umacniało grupę w pracy podczas zajęć.

Kiedy czyta się te teksty, czuje się, nie że były pisane „na pstryk”. Zejście na taką głębokość jest kosztowne. W górach na pewnej wysokości trudno oddychać, osobom drążącym głęboko na polu twórczym też trudno się oddychało. To było czuć na zajęciach. W czasie odczytywania tekstów widziałam ruszającą się nerwowo nogę, zarumienione policzki, zaciśniętą rękę, czasem łzy, albo łzy u tych, którzy słuchali. Słyszałam z trudem przełykaną ślinę, głos, który się łamał i zatrzymywał się na poziomie krtani. Widać było koszt wydobycia intymnej historii.

Bronka Nowicka
Bronka Nowicka i makieta książki "Intro-wersje"
fot. Krzysztof Kalinowski/mat. prasowe
Fot.

Piszą o bardzo prywatnych kwestiach jak myśli samobójcze, rozstania, nieprzepracowane żałoby po śmierci mamy, babci. Gdy słuchała pani tych tekstów, nie miała pani ochoty wysłać tych wszystkich studentów na terapię, do psychologa?

Myśląc w taki sposób, należałoby posłać na terapię cały świat.

Dla kogo to wszystko, po co robią tę sztukę?

Tworzy się i dla siebie, i dla ludzi, nic się tu nie zmieniło.

Happy endu jednak nie ma, bo gdy te młode osoby mają napisać o radości twórczej, często brakuje im słów.

Wracamy do poruszonej wcześniej kwestii: pokutuje przekonanie, że musi zaboleć, że trzeba się nacierpieć i zamartwiać, żeby skutecznie tworzyć wysokojakościową sztukę. Jedna ze studentek z ironią porównuje to do porodu pośladkowego bez znieczulenia. Dodatkowe punkty, jak pisze, otrzymuje się za to, że nie miało się czasu zjeść ciepłych posiłków, że leżało się w szpitalu, ale miało się ze sobą komputer do pracy, że musiało się iść na terapię po skończonym filmie. Te, które urodziły bezboleśnie, bez komplikacji, nie są prawdziwymi matkami-artystami.

Trzeba robić wszystko, żeby ocalać przyjemność tworzenia, niezależnie od warunków, w których przebiega ten proces

Czyli młody artysta jednak masochistą, a nie hedonistą?

W pewnym sensie łatwiej tworzy się z bolesnego i mrocznego. Bolesna materia jest powszechnie dostępna, znajoma, więc wyłaniając ją i obrabiając można popełnić mniej pomyłek. Jest pełna emocji, barw, zwrotów akcji - dramaturgia jest gotowa. Ale tu chyba nie o to chodzi. Moim zdaniem twórca staje się masochistą, gdy wymaga od siebie nieustającej aktywności, bezbłędności, płodności. Gdy staje się fabryką, gdy wymogi rynku zaczynają zacieśniać jego horyzont. W szkole artystycznej, gdzie program nauczania jest zazwyczaj przeładowany, student bywa też po prostu zmęczony, a niekiedy twórczo wypalony. Dla radości twórczej dobijająca bywa też perspektywa niekonstruktywnej krytyki dzieła, niezdrowej rywalizacji. Krótko mówić, coś jest nie halo z radością i przyjemnością tworzenia.

Dodałabym jeszcze skutek naszej kultury, ten odwiecznie obecny mesjanizm i gen bolesności w narodzie.

Wciąż odczuwamy skutki tego mitu. Zapominamy, że radość powoływania wyobrażeniowego świata nie powinna mieć nic wspólnego z tym, jaki los przewidujemy dla tego dzieła, ile osób je zobaczy, jak zostanie ono ocenione. Możliwość opowiadania, snucia narracji, stwarzania światów dzięki wyobraźni to cud sam w sobie. Trzeba robić wszystko, żeby ocalać przyjemność tworzenia, niezależnie od warunków, w których przebiega ten proces.

Ta książka to refleksja nad tożsamością twórczą czy bardziej autoterapia?

Każdy napisany tekst, każde stworzone dzieło może, ale nie musi pełnić roli autoterapeutycznej. Dla mnie ta książka jest zbiorem ultra szczerych, oryginalnych i bezkompromisowych myśli, ciekawych spostrzeżeń, intrygujących obrazów zgromadzonych w umysłach młodych twórców. Oni niosą w sobie mnóstwo wspaniałych rzeczy, są do bólu wrażliwi i empatyczni, nawet jeśli czasem przysłaniają to ironiczną pokrywą.

Bronka Nowicka – artystka interdyscyplinarna, pisarka, laureatka Nagrody Literackiej „Nike”. Adiunkt na Wydziale Reżyserii Szkoły Filmowej w Łodzi, prorektor tej uczelni ds. studentów i nauczania w kadencji 2020–2024.

Aleksandra Pucułek
Aleksandra Pucułek

Zastępczyni redaktorki naczelnej RadioZET.pl, szefowa newsroomu, koordynatorka sekcji publicystycznej. Dziennikarka i teatrolożka (z wykształcenia i zamiłowania). Pisze głównie o edukacji - od żłobków do uczelni. W RadioZET.pl od sierpnia 2021. Wcześniej pracowała w "Gazecie Wyborczej", pisała dla "Dużego Formatu", "Wysokich Obcasów" i "Wolnej Soboty". Współpracowała z tygodnikiem "Polityka". Laureatka Nagrody im. prof. Romana Czerneckiego w kategorii najlepszy artykuł publicystyczny oraz stypendium im. Leopolda Ungera. Nominowana do Grand Press w kategorii wywiad. Nie może żyć bez teatru i czekolady. Kontakt: aleksandra.puculek@radiozet.pl.

logo Tu się dzieje