„To jest nasze bagno!”, czyli wyjątkowo trudne zaślubiny Audioriver z Łodzią

7 min. czytania
25.07.2024 14:25
Obserwuj nas na Google

Lipiec to dla festiwali muzycznych niebezpieczna pora. Boleśnie przekonali się o tym uczestnicy Openera w 2022 roku, który miał zostać dosłownie zmieciony z powierzchni ziemi. Teraz gromy i wichry spadły na pierwszą łódzką edycję Audioriver. Uczestnicy imprezy zostali ewakuowani z powodu zagrożenia atmosferycznego. Na szczęście po każdej burzy przychodzi słońce, a następny dzień festiwalu zagwarantował masę niezapomnianych dźwiękowych wrażeń.

Audioriver 2024
fot. Agnieszka Glowacka /East News

Jak to się stało, że Audioriver przeniosło się do Łodzi?

Pomysłodawca imprezy Piotr Orlicz-Rabiega od dłuższego czasu komunikował potrzebę odpłynięcia festiwalu z Płocka. Naturalny amfiteatr nadwiślańskiej skarpy i masaż stóp w trakcie wielogodzinnych tańców gwarantowany przez piastą plaży to zaledwie dwa plusy pośród wielu minusów. Uboga baza hotelowa oraz wygórowane ceny noclegów sprawiały, że na kilkudniowy pobyt w Płocku trzeba było wydać wielokrotność ceny karnetu. Edycje odwołane przez pandemię i rosnące koszty przedsięwzięcia (gaże dla artystów, ceny energii) sprawiły, że aby reaktywować imprezę trzeba było spalić dużą porcję zgromadzonego kapitału zapasowego.

Festiwal dostawał rocznie od władz Płocka 1,2 mln złotych i nie był w stanie uzyskać więcej, a to stało na drodze do rozwoju czyli zwiększenia frekwencji, realizacji międzynarodowych ambicji i zapraszania gwiazd muzyki elektronicznej światowego formatu. Wtedy pomocną dłoń wyciągnęły władze Łodzi – miasta bez ani jednej poważnej rzeki na powierzchni, które przez wiele lat cierpiało na wakacyjną muzyczną posuchę. Deal? Prawie 1,8 mln złotych na pierwszą edycję i dokładka w kolejnych latach. Jak pokazały badania Szkoły Głównej Handlowej zlecone przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego na Audioriver nie jest wyrzucaniem pieniędzy w błoto. Każda złotówka wydana na organizację imprezy przynosi ponad 8 złotych dochodu dla lokalnej gospodarki. Na Audioriver zarabiają hotelarze, restauratorzy, taksówkarze, sprzedawcy peleryn przeciwdeszczowych, a nawet prywatni gospodarze gotowi wynająć kawałek ogródka na pole namiotowe.

Trzeba przyznać że przeprowadzka do Łodzi nie była usłana różami, a organizatorzy Audioriver nie zostali przywitani w mieście chlebem i kokainą jak w słynnej anegdocie o przyjeździe grupy The  Rolling Stones do Polski. Początkowo chcieli wyprodukować imprezę w zabytkowym Parku na Zdrowiu, co spotkało się z ostrą krytyką mieszkańców miasta. Pomimo śmiesznych deklaracji pokroju „Nie będziemy wycinać drzew” organizatorzy szybko zostali zepchnięci do defensywy podczas spotkań w szkołach i wymiany zdań w mediach społecznościowych. Sam Piotr Orlicz tak bardzo ufortyfikował się w okopach, że nie wpuścił do swojej świadomości nawet cienia ironii dotyczącego swojego „dziecka”, czego przykład znajdziemy poniżej.

Facebook
Fot.

Ostatecznie prezydent Hanna Zdanowska zablokowała imprezę w Parku na Zdrowiu, co wystarczyło do uspokojenia społecznych nastrojów przed wyborami samorządowymi. Alexander, Taru i Barnaba czyli rodzina słoni indyjskich zamieszkująca pobliskie Orientarium również mogła zatrąbić z ulgą. Swoją drogą, jaka firma produkuje zatyczki do uszu w słoniowym rozmiarze? Rozważano kilka lokalizacji np. Park Badden-Powella położony bliżej Nowego Centrum Łodzi i Dworca Łódź Fabryczna, który miał stworzony tzw. master plan czyli propozycje zagospodarowania terenu pod inną dużą imprezę czyli Zielone Expo w 2029 roku. Ostatecznie festiwal wylądował na Łódzkich Błoniach, położonym na obrzeżach dużego osiedla Retkinia - miejscu kojarzonym głównie z puszczaniem latawców i zdalnie sterowanych modeli latających przed nastaniem epoki dronów.

Audioriver niemal co roku jak magnes ściąga ciemne chmury. Cytując klasyka „Doświadczyliśmy każdego możliwego rodzaju deszczu. Były małe kapuśniaczki i wielkie ulewy. Deszcz zacinający z boku i taki, co padał jakby z dołu w górę. Kurczę, lało nawet w nocy.". Jednak tego, co miało nastąpić 12 lipca 2024, nie przewidziałby nawet Nostradamus. Chwilę przed otwarciem imprezy na miasto spadł deszcz jak bombardowanie. Już wtedy dała o sobie znać serdeczność uczestników festiwalu. Jeden z nich bohatersko wetknął parasol w niedomknięte okno cudzego samochodu zaparkowanego przy polu namiotowym aby uchronić wnętrze pojazdu przed zalaniem.

Na festiwal dotarłem przed 22:00. Szybko przekonałem się, że telefon od rozbawionego przyjaciela – bywalca wielu imprez masowych słynącego z wyważonych opinii – z krótkim komunikatem „Jest k**** źle”, ma dużo wspólnego z rzeczywistością. Chociaż według deklaracji organizatorów teren miał być odwodniony, to nie poradził sobie z przyjmowaniem kolejnych basenów olimpijskich wsiąkających w grunt. Relatywnie komfortowo można było przemieszczać się po gumowych matach tworzących ścieżki między scenami. W pozostałych miejscach brodziliśmy po kostki w wodzie, a nieutwardzona polana zamieniła się w grząskie bagno. Koncerty na głównej scenie zostały zatrzymane. Strumienie wlewały się również pod taneczne namioty. Gdyby zmienić nieco charakter wydarzenia, to kałuża powstała w strefie gastro niedaleko scen Hybrid i Kosmos stałaby się doskonałym miejscem ładowania many przez błotnych magów. Na szczęście woda w przemokniętych butach była całkiem ciepła.

Przestało padać nieco po 23:00 i wtedy była szansa, aby wypełznąć spod zadaszenia i sprawdzić czy Fever Ray mimo godzinnego opóźnienia jednak zagra koncert. Po krótkiej obserwacji techników uwijających się na głównej scenie stwierdziliśmy „kurczę, oni chyba pakują graty i stąd spadają”.

Chwilę później na telebimie wyświetlono komunikat o odwołaniu koncertów na Main Stage’u do końca dnia. Nie było czasu zastanawiać się co będzie z refundacją pieniędzy za bilety jednodniowe. Do Łodzi znad Czech zbliżał się potężny front burzowy niosący huraganowe porywy wiatru. Ten sam front sprawił, że na festiwalu Pohoda zawalił się duży namiot, a kilkanaście osób odniosło obrażenia. Organizatorom Audioriver nie pozostało nic innego tylko zarządzić ewakuację, co spotkało się z dużą wyrozumiałością uczestników imprezy. Latające metalowe elementy sceny potrafią skutecznie zadziałać na zbiorową wyobraźnię i zamknąć usta malkontentom. Ewakuację przeprowadzono całkiem aksamitnie. Służba informacyjna grzecznie zaprosiła nas do wyjścia. Nie było objawów paniki ani przepychanek. Tłum głodnych duchów spokojnie zmierzał w kierunku centrum miasta. Jedni byli zrezygnowani, co dobrze oddawał zasłyszany i wypowiedziany kompletnie bez emocji suchar:

- Pod Pałac Kultury poproszę.

- Ale proszę pana, jesteśmy w Łodzi.

- No to wiosłuj!

Inni poszukiwali atrakcji oferowanych przez „polskie Detroit”. Willa w Parku Poniatowskiego szybko się wypełniła. Co bardziej przedsiębiorczy ludzie z miasta pospiesznie otwierali kluby na Piotrkowskiej. Napotkana na przystanku grupa chłopaków ze Śląska szukała miejsca na balet. Puszczając wodze wyobraźni wspólnie uradziliśmy, że powinniśmy urządzić potańcówkę na budowie tunelu kolejowego pod Łodzią. Ostatecznie każdy poszedł w swoją stronę, roztapiając się w nocy i światłach miasta.

Następnego dnia nastroje okrzepły, bo organizatorzy zapewnili, że osoby z jednodniowymi biletami na piątek mogą przyjść na imprezę w sobotę, a kto nie skorzysta z tej oferty otrzyma pokaźny voucher na zakup karnetu do wykorzystania w perspektywie następnych czterech lat. Słoneczne popołudnie przesuszyło podmokły teren, więc nieutwardzone powierzchnie w dużej mierze ponownie nadawały się do użytku. Przechodząca wichura nie rozmontowała imprezy. W strefach gastro panował porządek. Wulkaniczne kominy ustawione w pobliżu głównej sceny stały nienaruszone.

Zasada była prosta: kto miał na scenie pieski w warstwie wizualnej ten wymiatał muzycznie. Do najbardziej udanych koncertów muszę zaliczyć pierwszy występ Overmono w Polsce, który przypomniał wizytę w garażu alchemika. Panowie umiejętne dobierali kolejne składniki eliksirów. Wylewali wodę królewską na hiphopowe pętle. Kwas wytrawiał wszystko co zbędne i do naszych uszu wlewało się płynne, czyste złoto. Słuchając twórczości braci Russell trudno się opędzić od porównania do Bicepu, chociaż w wyborze sampli wokalnych Walijczycy pozostają bliżej atlantyckiego R’n’B niż pielęgnowanych przez Bicep orientalnych barw i ornamentów.  Uroku i dramaturgii dodawał brak pośpiechu w proponowaniu kolejnych świetnych traczków. Kawałek Stayinit, a więc jedyną możliwość polizania przez szybkę Freda Again, podgotowywali czterokrotnie by zaserwować go na pełnej petardzie. Krótko mówiąc, wyłem głośniej niż zziajany doberman. Podoba mi się też pewna nienachalna swoboda interpretacji, jaką zostawia wielowarstwowe brzmienie Overmono. Możesz bujać z głową chmurach koncentrując się na hipnotyzujących ambientowych obłokach syntezatorów albo pozostać bliżej gruntu i wczuwać się w uderzenia perkusji. Na pochwały zasługuje też niemal stały rezydent Audioriver czyli Mall Grab, chociaż miłośnicy bardziej melancholijnych melodii spod znaku Liverpool Street In Rain musieli się poczuć zaskoczeni. Artysta musiał zostawić sobie rezerwy na zamknięcie festiwalu housowym setem, więc w sobotę podkręcił wartość BPMów na konsolecie i zagrał ciężko, basowo, wspomagając się liniami syntezatorów nadającymi się na oprawę finałowej sceny Climaxu Gaspara Noego. Mall Grab otworzył pod dachem Kosmosu Gabinet Obłąkanych Tańców podlanych krwistymi wizualizacjami ze sforą uroczych piesków. Isn’t that cute?

Nie zachwycił mnie za to całokształt występu Elderbrooka. Potężny brodacz uwijał się jak w ukropie, aby w właściwym czasie dograć poszczególne nuty do zaprogramowanej wcześniej sekwencji zdarzeń. Niemniej miałem wrażenie, że mam do czynienia z wyreżyserowanym widowiskiem bez punktów kulminacyjnych i momentów rozluźnienia w scenariuszu. Klasyczna już Cola czy znane z soundtracku do FIFA 22 Inner Light zabrzmiały majestatycznie, wręcz stadionowo. Jednak zamiast porywającego energetycznego występu Elderbrook zaoferował co najwyżej śpiewną ziewną wzniosłość, która nie specjalnie musi porywać miłośników muzyki tanecznej.

Mieszane uczucia towarzyszyły mi również podczas zamykającego główną scenę seta australijskiego kosmity Partiboia69 i Victrorii DiAngelis, basistki formacji Maneskin stawiającej odważnie kroki na scenie klubowej. Liczyłem, że do Miasta Czterech Kultur przyjedzie solidna getto-housowa selekcja i zabrzmi więcej flagowych numerów pokroju Always Keep It 69.

Tymczasem występ w formule B2B odpłynął w generyczne techno/electro podsycane momentami brzmieniami nawiązującymi do regaetonu jak wyczarowana przez Kamixlo Paleta. Dopiero po godzinie zabrzmiał hymn miłośników środków znieczulających dla parzystokopytnych czyli K On My D+C. Na scenę wyszedł też gitarzysta aby zagrać kilka praktycznie niesłyszalnych melodii.

Nowa lokalizacja Audioriver pokazała potencjał drzemiący w Łódzkich Błoniach. Szczególnie dwie leśne sceny mogą stać się nową wizytówką imprezy. Chętnie zobaczyłbym tam bardziej hipnotyzującą scenografię nawiązującą np. do fenomenalnego festiwalu Summer Contrast na Pomorzu Zachodnim. Na dużą pochwałę zasługuje za to nagłośnienie poszczególnych scen Audioriver. Na tyle potężne i przeszywające aby doprowadzić do łez nastoletnią dziewczynkę przejeżdżającą na rowerze obok terenu festiwalu, a z drugiej strony wystarczająco selektywne aby nie rozsmarować pieczołowicie przygotowywanych dźwięków na niestrawną papkę. Serio, basy na main’ie miały siłę niewielkich ładunków wybuchowych.

Każdy kto choć raz przez kilka godzin nosił wyładowane po brzegi torby i kartony wie jak trudne potrafią być przeprowadzki. Audioriver 2024 nie raz musiało boleśnie zderzyć się z prawdziwością Prawa Murphy’ego. Jednak nawet w obliczu pogodowego Armagedonu impreza wyszła ze starcia obronną ręką. Chociaż teren błyskawicznie zmienił się w bagno, to równie szybko nabraliśmy poczucia że jest to nasze bagno, do którego będziemy chcieli wracać. Jeśli między organizatorami a Urzędem Miasta Łodzi nie zabraknie dobrej woli, to może oznaczać początek pięknej przyjaźni.

Specjalne podziękowania dla Agnieszki i Krzesimira za wspaniały hosting i wspólne oglądanie filmowych arcydzieł kultury rave.

Źródło: Radio ZET/ Michał Makowski

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET