Nowy Jork i Londyn nie dały rady. To arcydzieło zobaczycie tylko w Płocku
Poszukiwałam “Wielkiej fali w Kanagawie” w galeriach i muzeach na trzech kontynentach. Bezskutecznie. Choć anglojęzyczna Wikipedia przekonuje, że dzieło Hokusaia znajdziemy w Londynie, Paryżu czy Nowym Jorku, pewnym ujrzenia drzeworytu można być tylko w… Płocku. – To jest dość dziwny przypadek – mówi dla RadioZET.pl Grzegorz Piaskowski z Muzeum Mazowieckiego, tłumacząc, skąd wzięła się tam ikona sztuki i dlaczego największe światowe instytucje kultury nie pokazują jej zwiedzającym.
- “Wielka fala w Kanagawie” Hokusaia to jedno z najsłynniejszych dzieł na świecie. Motyw przewodni kojarzy niemal każdy
- Odbitki drzeworytu posiada kilkadziesiąt muzeów na kilku kontynentach, ale tylko w Płocku można podziwiać “Wielką falę” w ramach wystawy stałej
- Grzegorz Piaskowski, kierownik oddziału Muzeum Mazowieckiego, wyjaśnia w rozmowie z RadioZET.pl, skąd japoński skarb wziął się w Płocku i dlaczego tak niewiele osób o tym wie
“Wielka fala w Kanagawie” w teorii jest rozsiana po całym świecie. A w praktyce?
Zacznijmy od wyjaśnienia, dlaczego w ogóle “Wielką falą” może pochwalić się więcej niż jedna galeria na raz. Dla niewtajemniczonych – nie mówimy o obrazie, ale o drzeworycie. W wielkim skrócie: artysta rzeźbi matrycę, na którą nakłada farbę, a następnie tworzy odbitki. Choć słowo “odbitka” kojarzy nam się potocznie z kopią, specyfika tej techniki sprawia, że każda odbitka jest oryginałem. Uważa się, że do XXI wieku przetrwało – w różnym stanie – około stu odbitek “Wielkiej fali w Kanagawie”.
Japoński artysta Hokusai stworzył to arcydzieło w 1831 roku jako część cyklu “Trzydzieści sześć widoków góry Fuji”. “Wielka fala w Kanagawie” jest uznawana za najprawdopodobniej najczęściej reprodukowane dzieło w historii sztuki. Jest dumą Japonii i symbolem popkultury: można ją znaleźć na wszystkich możliwych gadżetach, ubraniach i na muralach, a plakat z nią jest obowiązkowym wyposażeniem niejednej azjatyckiej restauracji. Praca Hokusaia była nawet inspiracją emotikonu przedstawiającego morze/ocean w wielu popularnych komunikatorach internetowych.
Kiedy chcemy zobaczyć inne ikoniczne dzieło, “Mona Lisę”, wiemy, że musimy udać się do paryskiego Luwru. Jeśli jednak chcemy podziwiać “Wielką falę”, sytuacja się nieco komplikuje. Internet – nie tylko Wikipedia, ale też oficjalne strony internetowe muzeów – podpowiada, że ten skarb kultury japońskiej znajdziemy m.in. w: Londynie, Paryżu, Nowym Jorku, Chicago, Waszyngtonie, Los Angeles, Melbourne, Tokio, Turynie czy Monachium, a to tylko wierzchołek góry lodowej. Ale czy jest czego szukać?
Przy okazji odwiedzania galerii sztuki w kilku z tych miast chciałam oczywiście zobaczyć słynny drzeworyt. Na początku z czystej pasji osoby zainteresowanej sztuką, “przy okazji” podziwiania innych kolekcji. W końcu jednak odnalezienie “Wielkiej fali” stało się najważniejszym celem kolejnych muzealnych wypraw. Kiedy jednak nie znalazłam arcydzieła Hokusaia w British Museum w Londynie (i to podczas 7 wizyt w ciągu 5 lat), w The Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku, National Gallery of Victoria w Melbourne i Musée Guimet w Paryżu, sprawa stała się dla mnie nieco podejrzana. Odpowiedzi udzielone przez pracowników na moje pytania zawsze były takie same: “jest w magazynie” albo “obecnie nie ma jej na wystawie, jest wystawiana raz na kilka lat”.
Ale co mnie najbardziej w tym wszystkim uwierało? Sklepiki w każdym z tych miejsc wręcz pękały w szwach od wszystkiego z “Falą”: kubków, magnesów, koszulek, puzzli, toreb materiałowych, zakładek do książki, ręczników, kolczyków i wszystkiego, co by człowiek mógł sobie wyobrazić. Zaczęłam się wtedy zastanawiać nad całą machiną monetyzowania dzieła, którego… prawie nikt nie może zobaczyć. Początkowo w geście swoistego protestu nie chciałam uczestniczyć w tej monetyzacji. Z czasem z przymrużeniem oka zaczęłam tworzyć kolekcję pamiątek z miejsc, w których “Fala” powinna być, ale jej nie ma.
Na polskiej Wikipedii jest informacja, że w Muzeum Mazowieckim w Płocku, a konkretnie w jego oddziale etnograficznym – Spichlerzu – można oglądać “Wielką falę w Kanagawie”. Mimo że wyprawa z Warszawy do Płocka nie stanowi żadnego problemu, sceptycznie odnosiłam się do tej wieści, ale w końcu postanowiłam spróbować. I jakież było moje zdziwienie, kiedy po kilku latach poszukiwań okazało się, że najciemniej jednak jest pod latarnią.
Muzeum Mazowieckie w Płocku ma słynny drzeworyt Hokusaia. Jak to się stało?
Podczas wizyty w muzeum zostałam uświadomiona, że nie jestem pierwszą osobą, która zrezygnowana niepowodzeniami w odnalezieniu “Wielkiej fali” przybyła na ul. Kazimierza Wielkiego w Płocku, by przekonać się, czy jest możliwe, by arcydzieło skrywało się właśnie tam. Uznałam, że na przemiłych rozmowach z pracownikami nie powinno się skończyć i należy przekazać czytelnikom dobrą nowinę: jeźdźcie do Płocka, bo warto. “Fala” czeka na zwiedzających w jednej z szuflad na ekspozycji dalekowschodniej.
O fenomenie “Wielkiej fali” i tym, jak znalazła się ona w Płocku, a także jakie jeszcze skarby skrywa Spichlerz, rozmawiam z Grzegorzem Piaskowskim – kierownikiem Działu Etnografii Muzeum Mazowieckiego w Płocku. – Nasze muzeum w ostatnim czasie jest znane z wystawy Art Deco, ale ciągle bywa nazywane “muzeum secesji”. Z secesji słyniemy nawet poza Polską, a ma ona dwa ważne źródła inspiracyjne. Po pierwsze – kulturę ludową, po drugie – estetykę japońską, chińską, dalekowschodnią. Etnografia, refleksja antropologiczna wynika z zainteresowania tym, co “egzotyczne”, czym te kultury się różnią, a z drugiej strony tym, co lokalne. Są u nas dwie wystawy – jedna poświęcona Mazowszu, a druga – dalekowschodnia.
– To jest dość dziwny przypadek. Początek kolekcji to 1913 rok. Od tego czasu przez dekady pojawiali się kolekcjonerzy, którzy zapisywali muzeom swoje majątki w odruchu przekazywania darów dla społeczeństwa. W ich życiorysach Daleki Wschód pojawiał się w bardzo różnej skali. Jeśli chodzi o sztukę japońską, to mamy kolekcję, która należała do przedwojennego ambasadora Polski w Tokio, Zdzisława Okęckiego, który pochodził spod Płocka. Część jego zbiorów została przekazana nam, a część Muzeum Narodowemu w Warszawie. “Wielka fala w Kanagawie” akurat nie została przekazana przez ambasadora Okęckiego. Dzieło to zostało pozyskane niejako przy okazji zakupu innych artefaktów w 1979 roku we Wrocławiu od kolekcjonera, który był wtedy wicedyrektorem Ossolineum. Pojawiła się możliwość zakupu, więc kolekcja dalekowschodnia została uzupełniona o drzeworyt Hokusaia, pomimo że – z tego co wiem – nie było żadnych planów wystawiania kolekcji dalekowschodniej – tłumaczy dla RadioZET.pl Grzegorz Piaskowski, zdradzając, że “Falę” kupiono za 1000 ówczesnych złotych. Dla porównania – pralka kosztowała wtedy 1650 zł. Dziś odbitki słynnego drzeworytu można wylicytować na aukcjach za miliony dolarów.
– Uświadamiamy lokalne władze na temat doniosłości tego, że posiadamy dzieło światowej klasy i faktycznie jesteśmy jedynym muzeum na świecie wystawiającym je na porządku dziennym – podkreśla mój rozmówca. – Są ludzie, którzy specjalnie przyjeżdżają do Płocka, by zobaczyć dzieło Hokusaia. Czasami najpierw dzwonią i pytają, czy naprawdę jest ono w naszym muzeum, czy Wikipedia nie kłamie. W ostatnich miesiącach była seria kilku osób, które były w Londynie, Paryżu i innych muzeach, które miały pokazywać “Wielką falę”. Jeden pan z Częstochowy, który nie znalazł drzeworytu w British Museum zapytał ChatuGPT, gdzie może go zobaczyć i sztuczna inteligencja skierowała go do Płocka. Chwalimy się “Falą”, organizujemy wydarzenia np. z okazji rocznicy urodzin Hokusaia, ale to niestety jakoś umyka. Najczęściej jest tak, że osoby specjalnie przyjeżdżające do Płocka są zdziwione, że to tutaj widzą “Wielką falę”. Pewnego razu wystawę odwiedziła para Japończyków, którzy wręcz zamarli przy naszym ekspozytorze. Faktycznie ludzie specjalnie przyjeżdżają, nie są to tłumy, ale jest to coraz częstsze zjawisko, bo powoli zaczyna się ten fakt przebijać – przekonuje Grzegorz Piaskowski.
– Jestem zaskoczony, kiedy ktoś nie zna “Wielkiej fali w Kanagawie”. Często, oprowadzając różne grupy, wychodzę od stwierdzenia, że są dwa najbardziej znane dzieła na świecie, dwie ikony popkulturowe ze świata sztuki, czyli “Mona Lisa” i “Wielka fala”. Wydaje mi się jednak, że “Fala” częściej pojawia się jako symbol, bo jest bardziej atrakcyjna graficznie. Występuje na koszulkach, na muralach, znamy ją z podręczników szkolnych do plastyki. Watro podkreślić, że nasza odbitka jest jedną z pierwszych. Widać to po granatowym konturze – wyjaśnia.
Dlaczego Płock może, a największe światowe muzea nie?
XIX-wieczne odbitki drzeworytów są oczywiście niezwykle delikatne i narażone na szereg czynników zewnętrznych. Dlaczego Muzeum Mazowieckiemu się udało, a największym muzeum na świecie nie? Czy sekret tkwi w jakiejś zaawansowanej formie przechowywania “płockiej” odbitki? – Kiedy zleciłem projektantom rozwiązań technicznych zadanie, by pokazać japońskie drzeworyty, ale ich nie narażać na ekspozycję na światło, nie byli w stanie niczego zaproponować, więc zacząłem dzwonić po muzeach. Usłyszałem anegdotyczną historię, że pewna pani kustosz była na wystawie drzeworytów w Wiedniu i było tak ciemno, że nic nie widziała, a w dodatku się przewróciła… Stwierdziłem więc, że tak nie może być i wpadłem na pomysł szuflady, który nie sprawdziłby się w wielkich, światowych muzeach, bo ta szuflada byłaby ciągle otwierana. U nas jest ona odsuwana tylko wtedy, gdy ktoś chce na nią popatrzeć. Światło na tej sali jest włączane tylko w czasie zwiedzania. Nie zawiera ono szkodliwego promieniowania ultrafioletowego, a do sali nie ma dostępu światło dzienne. Co więcej – na ekspozytor pada światło niebezpośrednio, a jego natężenie nie przekracza 50 luksów. Widziałem na różnych wystawach drzeworyty, które narażane na światło traciły niektóre barwy. Kiedy pomyślimy, jak długo “Wielka fala” jest wystawiona na to największe zagrożenie, jest ona wielokrotnie mniej narażona niż w przypadku np. eksponowania jej w gablocie przez pół roku. Zwiedzający mają całe muzeum do przebycia, więc nie stoją cały czas w tym jednym miejscu – wyjaśnia Grzegorz Piaskowski.
Pytam więc kierownika oddziału etnograficznego muzeum, czy jeśli nagle więcej osób zainteresuje się “Falą” i przyjedzie ją podziwiać, to istnieje ryzyko wycofania jej z ekspozycji stałej? – Uważam, że nie, dlatego, że z uwagi na ograniczoną przepustowość naszego oddziału nie jest fizycznie możliwe, by ta szuflada była cały czas otwarta. Co innego w przypadku ogromnych muzeów takich jak Luwr i tłumów odwiedzających. U nas musiałaby być cały czas kolejka ciągnąca się aż do rynku, by ta szuflada była permanentnie otwarta, a więc jest to niemożliwe. Ludzie przyjeżdżają specjalnie zobaczyć “Wielką falę”, ale oczywiście zwiedzają inne ekspozycje naszego muzeum, a jest co oglądać. W samym tylko Spichlerzu mamy dwie wystawy stałe i jedną czasową. Na wystawie dalekowschodniej mamy cztery aneksy, np. jedyną na Zachodzie kolekcję wielkoformatowych koreańskich obrazów t’aenghwa – sygnalizuje mój rozmówca, do czego jeszcze powróci, tłumacząc unikatowość zbiorów Spichlerza.
Wyjątkowe wystawy w Muzeum Mazowieckim w Płocku
Kiedy pytałam w zagranicznych muzeach, gdzie mogę zobaczyć “Wielką falę”, skoro w tych placówkach są one permanentnie w magazynie lub są pokazywane raz na kilka lat, pracownicy odpowiadali, że nie wiedzą. Czy to oznacza, że nie mają informacji, iż w Polsce można podziwiać ten skarb w ramach wystawy stałej? – Na świecie nie zdają sobie z tego sprawy, ale polskie placówki doskonale to wiedzą – np. Muzeum Azji i Pacyfiku w Warszawie, Muzeum Narodowe w Warszawie czy Muzeum Manggha w Krakowie. Światowe muzea wiedzą za to o naszej wystawie koreańskich obrazów, której zazdrości nam m.in. nowojorskie Rubin Museum, zdziwione, że jako jedyni w świecie Zachodu posiadamy takie dzieła. Co do “Wielkiej fali”, dopiero stosunkowo niedawno zdałem sobie sprawę, że jesteśmy jedyni. Zaznaczę, że nasze drzeworyty są w dużo lepszym stanie niż te pokazywane w wielkich muzeach, gdzie czasem nie widać niektórych kolorów.
Grzegorz Piaskowski wyjaśnia, na czym polega unikatowość płockich zbiorów. – Staramy się poruszać obie tematyki – regionalną i dalekowschodnią. Od końca stycznia jest dostępna wystawa czasowa poświęcona Matce Bożej Skępskiej. We wrześniu 2025 roku zaprezentujemy, nieznany w Polsce, a domagający się uwagi, temat tożsamości Polaków na Zaolziu.Tę antropologiczną wystawę tworzymy właśnie we współpracy z Muzeum Historycznym w Bielsku-Białej. Powstaje ona nie tylko z poczucia misji, ale także po prostu chcemy dawać interesującą ofertę dla zwiedzających i lubimy być pionierami w różnych poruszanych przez muzea tematach.
A skąd się wzięła wystawa dalekowschodnia? – Były zbiory, które pojawiały się od 1913 roku, to był przekaz testamentowy Ludwika Kunkla, ziemianina spod Drobina, który przekazał wszystko na cele społeczne, całkowicie pomijając rodzinę. W jego secesyjnych czasach w majątku wypadało mieć coś orientalnego, więc to nam przypadło. Później pojawiali się różni ciekawi ludzie, np. Wacław Wieńczysław Piotrowski, podróżnik i poszukiwacz przygód, który “zawiódł” nas na Zaolzie. Zbiory gromadzono głównie w magazynie działu sztuki. Pomimo sceptycyzmu wielu osób zdawałem sobie sprawę, że są to dzieła światowej klasy, o czym poinformowałem dyrektora Leonarda Sobieraja. Dyrektor muzeum postawił na tę kartę zlecając mi misję stworzenia ekspozycji, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Powoli porządkowałem dzieła i zaczęły mi się one układać w mapę tej części Azji, na którą wpływ miał buddyzm północny. Brakowało jednak w tej kolekcji Korei, ale i ona wkrótce się pojawiła w postaci obrazów t’aenghwa, które kiedyś wisiały w koreańskich świątyniach buddyjskich, a teraz można je podziwiać u nas. Wydaliśmy pierwszą publikację w świecie zachodnim na ich temat, po angielsku i po polsku – chwali się kierownik płockiego muzeum.
– “Wielka fala” jest ikoną sztuki światowej, ale w tej kolekcji mamy również inne cenne dzieła światowej klasy, w tym inne drzeworyty. To pierwsza w Polsce stała ekspozycja dalekowschodnia o charakterze narracyjnym. Wynika to z tego, że dotychczas takie tworzyli historycy sztuki, a tę stworzył etnolog – mamy tu więc kulturowy klucz zwiedzania. Wystawa składa się z czterech aneksów: Chin, Japonii, Korei i buddyzmu tybetańskiego (Tybet, Nepal, Mongolia). To tam nauka Buddy przejawia się w sztuce, także w japońskich drzeworytach. W nich jest zawarta filozofia zen. W wielu dziełach sztuki buddyzm jest obecny nie poprzez sztukę sakralną, tylko poprzez symbolikę, np. w motylach symbolizujących ulotność. W drzeworytach japońskich zen jest pokazany poprzez docenienie zwykłej codzienności. To jest świadomy zabieg. W tym czasie w Europie powstawały obrazy historyczne, biblijne, portrety możnych. Japońscy artyści przedstawiali zaś życie codzienne. Filozofia zen mówi bowiem, że mamy tylko to, co tu i teraz, tylko to istnieje, bo przeszłość już minęła, a przyszłość to tylko wyobrażenie. To takie wizualne haiku. Sposób przedstawienia rzeczywistości na drzeworytach to jedno, a drugie to kompozycja – mamy kompozycję otwartą, nieograniczoną. To pokazuje, że ciąg naszej percepcji nie powinien się zatrzymywać i chwytać niczego, ale korespondować z tym, co się akurat pojawia. W Spichlerzu zen można spotkać nie tylko w dziełach sztuki, ale również można go doświadczyć osobiście podczas cyklicznych warsztatów "Medytacja w muzeum".
– Na “Wielkiej fali w Kanagawie" także możemy dostrzec zen. Z jednej strony mamy bowiem dramat ludzkiego życia – walkę o przetrwanie, łodzie rybackie na wzburzonej wodzie i chaos. Ale co mamy w tle? Górę Fuji, spokojną, stabilną niczym nasz umysł podczas medytacji. Spokój jest podkreślony również poprzez prószący nad górą Fuji śnieg. To jest istota praktyki zen – konkluduje mój rozmówca.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET