`

Wygrani, przegrani i z remisem. Tak wygląda krajobraz rok po wyborach 2023

11 min. czytania
15.10.2024 07:23
Obserwuj nas na Google

Donald Tusk jako ten, który rządzi i decyduje. PiS w defensywie, pozbawione fruktów władzy, ale wciąż z armią wiernych wyborców. Szymon Hołownia bez atrybutów świeżości, Konfederacja „okrzepnięta”, a Lewica tonąca w personalnych wojenkach. Kto zyskał, a kto najwięcej stracił po - rekordowych pod względem frekwencji - zeszłorocznych wyborach do parlamentu?

Wybory 2023
fot. Andrzej Iwanczuk/REPORTER, Jacek Domiński/East News, Krzysztof Radzki/East News,

Rok – tyle dokładnie minęło od wyborów parlamentarnych, nazywanych przez niektórych najważniejszymi po 1989 roku. Wyborów poprzedzonych 8 latami rządów PiS, które spolaryzowały społeczeństwo, oraz gigantyczną liczbą afer, skandali, wzajemnych oskarżeń. Ale też dwoma kilkusettysięcznymi marszami, które – w opinii zwolenników ówczesnej opozycji –  przyczyniły się do niespotykanej wcześniej mobilizacji głosujących. Zdjęcia ludzi stojących w kolejce do godz. 3 w nocy do lokalu wyborczego na wrocławskim Jagodnie, by „odsunąć PiS od władzy”, przeszły już do historii.

Do urn poszło prawie 22 mln uprawnionych, co przełożyło się na rekordowe 74,38 proc. frekwencji. I radzę wam dobrze: zapamiętajcie ten współczynnik, bo nie wiadomo, kiedy (i czy w ogóle) może zostać pobity. Jak dziś wygląda krajobraz w polskiej polityce rok po tym wydarzeniu?

Donald Tusk – umiłowanie władzy

To nie będzie laurka dla premiera, a po prostu stwierdzenie faktu: lider Platformy Obywatelskiej znów, po 9-10 latach przerwy (czyli po tym, jak zrzekł się stanowiska premiera, wyjechał do Brukseli i wrócił z niej), jest głównym rozgrywającym w polskiej polityce. De facto jednoosobowym.

Tusk kocha władzę i sprawczość. Może dlatego rząd ten nie ma rzecznika prasowego, bo większość posunięć Rady Ministrów tłumaczy sam szef, wyjaśniając np. ruchy ws. przywracania praworządności, wchodząc w spór z Andrzejem Dudą ws. Trybunału Konstytucyjnego i prokuratury czy mediów państwowych. Tusk osobiście odwiedzał tereny zniszczone przez powódź, kierował transmitowanymi na żywo obradami sztabu kryzysowego i wypowiadał niczym szeryf wojnę alko-saszetkom jak kiedyś dopalaczom. Kreatywnie wykorzystywał też luki prawne (przeciwnicy z opozycji powiedzieliby, że to prawo po prostu łamał) np. w sprawie zmian w prokuraturze. Zamiana Dariusza Barskiego na jego imiennika Korneluka pokazuje też jeszcze jedno: Tusk, przynajmniej do czasu najbliższych wyborów prezydenckich, będzie chciał, gdzie tylko może, rządzić z pominięciem prezydenta tak, by jego podpis bądź weto nie zakłóciło funkcjonowania machiny władzy. I żeby to Duda był tym, który wszystko blokuje.

Tusk
Fot. Premier Donald Tusk, Filip Naumienko/REPORTER
Tusk

Tusk znajduje się dziś także w pozycji tego, który narzuca tematy do dyskutowania. Jego ostatnia - co najmniej kontrowersyjna, a dla wielu wręcz bulwersująca - zapowiedź zawieszenia prawa do azylu dla osób przekraczających polską granicę (co kłóci się z prawem UE i ratyfikowanymi przez Polskę konwencjami praw człowieka) wpisuje się w ten schemat. Choć pod adresem premiera pojawiają się – w wielu przypadkach słuszne - oskarżenia o ściganie się z prawicą na populizm oraz wykorzystywanie narracji PiS, to jednak nie da się ukryć, że to o tej "ucieczce do przodu" najszerzej debatuje się w ostatnich dniach. A nie np. o konwencji PiS, która odbywała się w tym samym czasie.

Umiłowanie władzy i sprawczości ma jeszcze jeden wymiar. Skoro głowa państwa poza wetem i pogrożeniem palcem oponentom niewiele może, to Tusk po 2005 roku nie zdecydował się na ponowny start w wyborach prezydenckich i nic nie wskazuje na to, by szef KO miał zmienić zdanie i kandydować w 2025 roku, choć część komentatorów z uporem forsuje tę teorię. Nie ma ona żadnego racjonalnego umocowania, a jej realizacja mogłaby – i to jest scenariusz dla Tuska najgorszy - zachwiać koalicją, a może nawet ją wywrócić.

Władysław Kosiniak-Kamysz – prestiż i ekspozycja

Prezes PSL nigdy nie ukrywał, że mierzy wysoko. W końcu w wieku 30 lat został ministrem, 4 lata później szefem najstarszej partii w Polsce, a przed 40-tką chciał być prezydentem. Zanim w pierwszym kwartale 2020 roku wybuchła pandemia, która całkowicie rozregulowała ówczesną kampanię wyborczą, a wskutek podmianki kandydata przez KO zamieniła ją w plebiscyt „za lub przeciw PiS”, Kosiniak-Kamysz naprawdę mógł wierzyć, że wejdzie do drugiej tury i rozbije trwający od kilkunastu lat duopol.

MON
Fot. Szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz, Filip Naumienko/REPORTER
MON

Rok temu słychać było głosy paru publicystów – choć raczej odklejonych od politycznej rzeczywistości – by Kosiniakowi-Kamyszowi dać tekę premiera koalicyjnego rządu. Ostatecznie został ministrem obrony narodowej. Ma to, czego pragnął: eksponowane, prestiżowe stanowisko w dodatku kluczowe w czasach wojennej zawieruchy za wschodnią granicą, poszerzania NATO, atomowych gróźb Kremla oraz rozbudowy armii. Cywilny nadzór nad wojskiem może więc w najbliższym czasie znaczyć więcej niż tylko odbieranie salutu od żołnierzy, ściskanie rąk szefom sztabów i regularne wizyty u sojuszników w USA.

„Żołnierze Tuska” do zadań specjalnych

Marcin Kierwiński, Tomasz Siemoniak, Bartłomiej Sienkiewicz – to jedni z najbardziej zaufanych współpracowników obecnego szefa rządu, "żołnierze" do zadań specjalnych. Każdy w ostatnich 12 miesiącach piął się w symbolicznej hierarchii władzy bądź przynajmniej wyraźnie zaznaczył swoją obecność w nowym układzie rządzącym. Ten pierwszy został niemal od razu po wyborach szefem MSWiA. To za jego kadencji kontrolowana przez ministerstwo policja bezceremonialnie zakuła w kajdanki zimujących w Pałacu Namiestnikowskim – a poszukiwanych w związku z decyzją sądu – byłych PiS-owskich szefów tego resortu Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika. Dziś, po krótkim epizodzie w Europarlamencie, Kierwiński został wezwany do ojczyzny z misją odbudowy terenów południowo-zachodniej Polski po wrześniowej powodzi. Jeśli sprawdzi się na tym odcinku, niewykluczone, że szykuje się dla niego prezydentura stolicy.

Tomasz Siemoniak od grudnia koordynuje pracę służb specjalnych, a po odejściu Kierwińskiego do Brukseli przejął resort spraw wewnętrznych. Za wszelkie służby mundurowe, w tym sławetne Centralne Biuro Antykorupcyjne, ale też choćby sytuację na granicy z Białorusią, odpowiada właśnie on.

KO
Fot. Od lewej: Marcin Kierwiński, Bartłomiej Sienkiewicz, Tomasz Siemoniak, Jacek Domiński/REPORTER
KO

Sienkiewicz zasłynął natomiast jako półroczny minister kultury. To on był twarzą radykalnego w środkach zniszczenia machiny propagandowej PiS w mediach publicznych i zdecydowanego przejęcia TVP. „Grabarz wolnych mediów”, „pułkownik Sienkiewicz” to tylko niektóre określenia, jakie wymyślała dla niego prawica. Stawiając medialne spółki w stan likwidacji, umożliwił ludziom nowej władzy wyrzucenie z zarządów i rad nadzorczych nominatów poprzedniej ekipy, ale też pozwolił wyłączyć sączącą się z ekranów i radiowego eteru propagandę, która z "misją" i publicznymi mediami nie miała nic wspólnego. Choć dziś Sienkiewicz dzierży mandat europosła, to kto wie, czy Tusk i jego któregoś dnia nie wezwie do powrotu.

Konfederacja – od wywrócenia się o stolik do powrotu na podium

Rok temu, po kilku miesiącach znakomitych sondaży (12-15 proc.) i po buńczucznej retoryce w stylu „wywrócimy ten stolik” albo „bez nas nie powstanie żaden rząd”, przyszło załamanie poparcia. 7,15 proc. i 18 posłów – wystarczająco, by utworzyć klub, ale za mało, by większe siły polityczne zainteresowały się względami Konfederacji – sprawiło, że polska skrajna prawica nie zyskała wymarzonego statusu języczka u wagi. W dodatku w świat poszły obrazki ze Sławomirem Mentzenem zataczającym się (zasypiającym?) na spotkaniach wyborczych, na których piwo lało się strumieniami oraz memy, na których „stolik do wywrócenia” stylizowany na produkt z IKEI można było nabyć za 7,15 zł. Nie wyglądało to jak wymarzona pozycja wyjściowa dla formacji, która za punkt honoru stawia sobie dotarcie do młodych i obsesyjnie dba o swój wizerunek w sieci.

Od tego czasu Konfederacja "okrzepła". Odcięła się od Janusza Korwin-Mikkego, wysłała Grzegorza Brauna do PE, a w mediach coraz częściej reprezentowały ją kobiety – dziś również europosłanki Anna Bryłka i Ewa Zajączkowska-Hernik. Zwłaszcza ta druga zdobyła w prawicowej części internetu sporą popularność, m.in. dzięki tyradom takim, jak ta wygłoszona na inaugurację sesji plenarnej w Strasburgu pod adresem przewodniczącej Ursuli von der Leyen. Można było się śmiać z krzyków i wyrywania kartek, ale ultrasi Konfederacji byli wniebowzięci.

Konfederacja
Fot. Ewa Zajączkowska-Hernik, Wojciech Olkuśnik/East News
Konfederacja

Sojusz narodowców i "wolnościowców" uzyskał w europejskiej elekcji ponad 12 proc. i zajął trzecie miejsce. Sukcesu tego nie można lekceważyć. Zwłaszcza, że w sondażach Konfederacji znów zdarza się okupować podium (12 proc. w ostatnim badaniu dla „Gazety Wyborczej). To wciąż nie musi gwarantować sukcesu np. w wyborach prezydenckich. Tym bardziej, że to wspomniany Mentzen będzie ich kandydatem, zaczynając swoją pre-kampanię niemal rok przed głosowaniem. Znów może się więc skończyć falstartem. Ich kampanię w 2023 roku porównywano zresztą do sportowca, który osiągnął najwyższą formę dwa miesiące przed igrzyskami olimpijskimi.

Szymon Hołownia – "Sejmflix" spowszedniał?

Gdyby ten tekst powstawał pod koniec ubiegłego roku, marszałka Sejmu umieścilibyśmy w gronie wygranych. Przebojem wdarł się do politycznej ekstraklasy, urządzając show na posiedzeniach Sejmu, których oglądalność biła rekordy. Pokazy organizowano nawet w kinach, a to, co działo się w sali plenarnej na Wiejskiej, nazwano "Sejmfliksem". Hołownia rzucał zabawnymi bon motami, ironicznie komentował zachowania posłów, nie dawał się sprowokować paraliżującym pracę izby (wyraźnie niepogodzonym z utratą władzy) politykom PiS i Suwerennej Polski. W sondażach z tamtego okresu liderowi Polski 2050 zdarzało się przekraczać 20 proc., a nawet wchodzić do drugiej tury wyborów prezydenckich. On sam w rozmowie z Onetem przyznał, że prezydentura wciąż pozostaje jego marzeniem.

Jak to zwykle bywa, gdy zaczyna się z wysokiego C, może nas czekać bolesny upadek. Sejmflix spowszedniał, oglądalność spadała, w dodatku sam Hołownia chyba źle zinterpretował to, co się wówczas działo. Uwierzył, że ludzie gremialnie wpatrują się w obrady Sejmu dla niego, a oni – przede wszystkim zwolennicy niedawnej opozycji - po prostu znaleźli wentyl, przez który mogli dać upust swojej euforii po wyborczym zwycięstwie nad PiS. Marszałek, jako jedyny jeszcze wówczas przedstawiciel „nowego”, który pełnił znaczącą funkcję w państwie (rząd Tuska zaprzysiężono dopiero 13 grudnia), niejako uosabiał to, co czuło wtedy 11,5 mln głosujących na „demokratów”.

Hołownia
Fot. Szymon Hołownia w Sejmie, Mateusz Grochocki/East News
Hołownia

Poza tym wiosną i latem i wydarzyło się jeszcze coś, co przypomniało, że były gwiazdor TVN niekoniecznie zmienił swoje konserwatywne poglądy. Przełożenie przez niego sejmowej debaty nad projektami ws. liberalizacji aborcji środowiska lewicowe uznały za tchórzostwo i spolegliwość wobec biskupów. Jego ugrupowanie opowiada się także za referendum ws. przerywania ciąży, co bardziej progresywnej części narodu kojarzy się z zachowawczością i obroną status quo w postaci tzw. kompromisu aborcyjnego. To wszystko – w dodatku z mało korzystnymi sondażami i pikującymi w dół wynikami wyborczymi Trzeciej Drogi - sprawia, że już mało kto na serio rozpatruje Hołownię jako poważnego gracza w prezydenckim wyścigu.

Lewica – wojenki i groźba rozpadu

Ktoś wyjątkowo nieprzychylny Lewicy mógłby stwierdzić” „ciszej nad tą trumną”, ale patrząc poważnie: jest kiepsko i nie zanosi się na poprawę. W zeszłorocznych wyborach wynik 8,62 proc. został uznany za porażkę. W kolejnych elekcjach – samorządowej i parlamentarnej – było jeszcze gorzej, bo Lewica uzyskiwała ok. 6 proc. Mniej posłów na Sejm, mniej radnych wszystkich szczebli, mniej eurodeputowanych – sojusz dawnego SLD, Wiosny (czyli Nowej Lewicy) i Razem przystąpił do nowych kadencji ciał ustawodawczych poobijany i ogołocony z zasobów ludzkich. Nie przypudrowało tego nawet relatywnie niezłe poparcie dla startującej na prezydentkę Warszawy Magdaleny Biejat (prawie 13 proc., choć bez drugiej tury) czy wygrana Krzysztofa Kukuckiego w wyścigu o fotel prezydenta Włocławka.

Lewicą wstrząsają konflikty. Od dawna słychać głosy, że Czarzastego i Biedronia mają już tam dość. Wyjściem z koalicyjnego klubu parlamentarnego szantażuje także Partia Razem, która w przeciwieństwie do pozostałych elementów tego politycznego kolektywu nie jest częścią koalicji rządowej. Rozpad lewicowego sojuszu groziłby w konsekwencji pozbawieniem się zdolności do wpływania na politykę i rozbiciem się o próg wyborczy obydwu sił, które by się w ten sposób zmaterializowały.

Lewica
Fot. Od lewej: Adrian Zandberg, Robert Biedroń, Włodzimierz Czarzasty, Magdalena Biejat, Mateusz Grochocki/Eas News
Lewica

Gdzieś w tle majaczą historie sporów personalnych: media donosiły o tym, że Biedroń nie rozmawia np. z senatorem z Katowic Maciejem Kopcem, który wszedł na Wiejską z zaciągu dawnej Wiosny. Groteskowo wygląda afera z posłanką Pauliną Matysiak, najpierw za plecami kierownictwa zakładającą stowarzyszenie z posłem PiS Marcinem Horałą, a następnie dwukrotnie zawieszoną przez to w prawach członkini klubu. Największym problemem jest jednak gniew elektoratu. Zwolennicy żadnej innej siły politycznej nie są chyba tak krytyczni i wymagający wobec swoich reprezentantów. Od miesięcy zadają pytania w stylu „po co ta Lewica tkwi w rządzie liberałów w PO?”, rozczarowani faktem, że żadnego z progresywnych postulatów, takich jak związki partnerskie czy choćby dekryminalizacja aborcji, nie udało się zrealizować. Choć idzie to na konto całej koalicji i jako „hamulcowe” wskazuje się głównie PSL, to jednak rykoszetem dostaje Lewica jako siła, która nie potrafi zawalczyć o ważne dla siebie wartości.

Lewica stanęła więc przed poważnym dylematem, czy i kogo wystawiać w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Mówiło się o twarzy rozpoznawalnej, z potencjałem (najlepiej kobiecie), która poprawi katastrofalny wynik Biedronia (2,21 proc.) sprzed kilku lat. Giełda nazwisk obejmuje wspomnianą Biejat, ministry: Katarzynę Kotulę i Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk (to najpoważniejsza kandydatura), a ostatnio popularnego w social mediach posła Łukasza Litewkę, który w wyborach do Sejmu wyprzedził na sosnowieckiej liście samego Czarzastego. Czy to rozbije bank? Druga tura będzie raczej nieosiągalna, ale Lewica nie będzie w tych wyborach grała o zwycięstwo, tylko o jak najlepszą pozycję negocjacyjną w ramach walki o swoją agendę w koalicji.

PiS – bolesne zderzenie z rzeczywistością

PiS to partia paradoksów. Wygrali wybory, ale stracili władzę. Od miesięcy w sondażach oglądają plecy rywali z KO, ale nadal cieszą się poparciem ok. 30 proc. Polaków. Mieli, pozbawieni kroplówki ze spółek Skarbu Państwa i tuby propagandowej TVP, zejść na poziom 20 proc., a przy korzystnych wiatrach (potencjalnie wysoki wynik Konfederacji, niski, a nawet podprogowy Lewicy czy Trzeciej Drogi) mogliby marzyć o ponownym współtworzeniu rządu, gdyby dziś obywatele poszli do urn.

Nawet jeśli uznamy tę ostatnią hipotezę za dalece ryzykowną, to sam fakt, że pojawiają się takie korzystne dla byłych rządzących symulacje podziału mandatów, świadczy o tym, że składanie PiS do grobu było przedwczesne. I choć w zgodnej opinii ekspertów żaden przedstawiciel Nowogrodzkiej nie ma w szans na wejście w sierpniu przyszłego roku do Pałacu Prezydenckiego, to proces wyboru kandydata w żadnej innej partii nie cieszy się taką uwagą opinii publicznej ani medialną ekspozycją, jak w przypadku dworu Jarosława Kaczyńskiego. Nawet poszukiwanie idealnego selekcjonera dla piłkarskiej reprezentacji nie wywoływało aż takich emocji.

PiS
Fot. Jacek Domiński/REPORTER
PiS

PiS boleśnie zderzyło się z nową rzeczywistością. Okupowanie sejmowej mównicy, bronienie niczym Reytan gmachów TVP na Woronicza i Powstańców Warszawy w obecności „dziennikarzy” pokroju Adamczyka czy Pereiry (ktoś miał na tym etapie wątpliwości, co do obiektywizmu tamtej ekipy?), przekonywanie, że koalicja KO/Lewica/Trzecia Droga wygrała „przez pomyłkę”, bo „młodzi potraktowali wybory, jak imprezę”, a także uruchomienie całego arsenału obsesyjno-retorycznego, mającego nas zapewnić o „końcu demokracji”, który zgotowała nam „koalicja 13 grudnia” pod przewodnictwem „niemieckiego agenta Tuska” – to wszystko obserwowaliśmy przez ostatnie miesiące. Bicie w najwyższe tony nie wyglądało na nic ponad rekonstrukcję marszów Komitetu Obrony Demokracji z początków rządów Kaczyńskiego. PiS wyglądało i czuło się, jak PO w 2016 roku - wkurzone, ale bezradne i pełne desperacji.

Dziś jeszcze niedawno oglądający świat zza okien SOP-owskich limuzyn ministrowie bez obstawy pojawiają się w studiach radiowych i telewizyjnych. Za to po część dawnych beneficjentów systemu ręce wyciąga już wymiar sprawiedliwości. Były szef Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych Michał K. siedzi w londyńskim areszcie i przynajmniej do lutego poczeka na zakończenie procedury ekstradycyjnej. Niedawny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro ścigany jest przez komisję śledczą ds. wykorzystywania przeciw poprzedniej opozycji inwigilującego oprogramowania Pegasus. Jego zastępca Marcin Romanowski usłyszał już 11 zarzutów ws. nieprawidłowości i oszustw w nadzorowanym przez siebie Funduszu Sprawiedliwości. Prokuratura postawiła również zarzuty Ryszardowi Czarneckiego, byłemu europosłowi z 20-letnim stażem. Jeśli na poważnie brać zapowiedzi przedstawicieli obecnej koalicji, „rozliczanie rządów PiS dopiero się zaczyna”. To oraz brak wpływu na rzeczywistość sprawia, że Kaczyński będzie musiał wymyślić całkowicie na nowo sposób, w jakim jego partia ma funkcjonować na scenie politycznej. Inaczej on i jego akolici będą musieli zaprzyjaźnić się z niewygodnymi dla nikogo opozycyjnymi ławami.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET