Tajna akcja białoruskich służb w Polsce. Na celowniku opozycjonista
Służby Alaksandra Łukaszenki przeprowadziły w Polsce tajną akcję, mającą na celu skompromitować jednego z białoruskich opozycjonistów, który uciekł do naszego kraju - ustaliła "Gazeta Wyborcza". Operacja do dziś mogłaby nie wyjść na jaw, gdyby nie błąd pracownika białoruskiej ambasady w Wilnie.
"GW": tajna akcja białoruskich służb w Polsce
Roman Protasiewicz, niezależny białoruski dziennikarz i opozycjonista, uciekł do Polski w 2019 roku. Współpracuje tu m.in. z kanałem internetowym NEXTA, który publikuje nagrania i informacje związane z działaniami reżimu Alaksandra Łukaszenki. W obawie przed represjami do naszego kraju emigrują też rodzice Protasiewicza, którego ekstradycji Mińsk zażądał w 2020 roku. Polskie władze odmówiły, więc do akcji wkroczył białoruski wywiad. Historię operacji, mającej na celu skompromitowanie dziennikarz, opisała "Gazeta Wyborcza".
W tej historii pojawia się dwóch przyjaciół-Ukraińców - Rasim i Mikołaj. Pierwszy mieszka pod Warszawą i posiada firmę transportową, drugi na Węgrzech (ma również tamtejsze obywatelstwo), gdzie także prowadzi biznes. Mikołaj kontaktuje się z Rasimem, ponieważ ma prośbę od innego znajomego, byłego białoruskiego dyplomaty. Ten za pośrednictwem Mikołaja prosi Rasima o zakup niedrogiego używanego samochodu w Polsce. "Oficjalnie: dla chłopaków z Białorusi pracujących w Polsce na budowie" - czytamy w "GW".
W osobnej wiadomości otrzymuje dane z paszportu Romana Protasiewicza, na którego nazwiska ma kupić auto. Rasim niczego nie podejrzewa, a służbom powiem później, że chciał tylko pomóc przyjacielowi, który wcześniej niejednokrotnie pożyczał mu pieniądze. Niedługo potem pojawia się odbiorca auta - mężczyzna mówiący po rosyjski z białoruskim akcentem. Rasim dostaje od Mikołaj dużą sumę pieniędzy wraz z "premią". Ale po jakimś czasie zgłasza się z prośbą o zakup kolejnego samochodu "dla budowlańców z Białorusi.
I tym razem pomaga, kupując starego Peugeota pod Piasecznem. "Sprzedawca, przesłuchiwany potem przez ABW, przypomni sobie, że dane do umowy Rasim spisywał z telefonu. Znów podał nazwisko Romana Protasiewicza i tak się podpisał" - informuje "Wyborcza". Po raz kolejny odbiorcą jest tajemniczy, rosyjskojęzyczny człowiek. Samochód kieruje się na Litwę, a kierowca zostaje uwieczniony fotoradarem za przekroczenie prędkości i ignorowanie znaków drogowych. Ustalenia gazety mówią, że to "funkcjonariusz białoruskich służb specjalnych". Podobnie zaklasyfikowano mężczyznę, który odebrał od Rasima pierwsze auto.
Dwa auta na nazwisko Protasiewicza i błąd pracownika ambasady
Po co służbom Łukaszenki aż dwa pojazdy na nazwisko Protasiewicza? Bo w międzyczasie opozycjonista przeprowadza się na stałe do Wilna, choć wciąż regularnie bywa w Warszawie. Oznacza to, że trzeba go śledzić w dwóch miejscach, a celem operacji ma być skompromitowanie dziennikarza. "Samochodem kupionym na jego nazwisko można np. spowodować wypadek - rozjechać na pasach dziecko i uciec. Można też Protasiewicza upić lub odurzyć w jakimś pubie, a potem wsadzić za kierownicę i powiadomić policję. Albo wykorzystać samochód do innego przestępstwa" - czytamy w artykule.
Co ciekawe jednak, żadna z maszyn nie zostaje ostatecznie użyta, bo "rodzi się lepszy plan". W maju 2021 roku Protasiewicz wraca samolotem z Aten do Wilna. Maszyna przelatuje na Białorusią, gdzie tamtejszy kontroler lotów przekazuje załodze samolotu fałszywą informację o bombie na pokładzie i zmusza do lądowania w Mińsku. Na lotnisku dochodzi do zatrzymania dziennikarza.
"Wyborcza" ustaliła, że plan A nigdy nie wyszedłby na jaw, gdyby nie błąd jednego z pracowników białoruskiej ambasady w Wilnie, który po akcji na lotnisku wystawia na sprzedaż w internecie peugeota kupionego w Polsce. Dowiadują się o tym litewskie służby, które przeprowadzają "zakup kontrolowany", o czym białoruskie dyplomata nie ma pojęcia. Gdy kontrwywiad przejmuje auto, rozpoczyna się drobiazgowa analiza m.in. śladów DNA. Poinformowane zostaje również polskie ABW.
Polskie służby docierają do wspomnianego na początku Rasima, który idzie na współpracę. Ujawnia, że oprócz peugeota sprzedał "budowlańcom z Białorusi" jeszcze jedno auto, które - choć zostało kupione na nazwisko Protasiewicza - nie zostało nigdy przerejestrowane, przez co to poprzedni właściciele otrzymują mandat za złe parkowanie. Opel Astra zostaje porzucony przez białoruski wywiad na Alei Lotników na warszawskim Mokotowie. Konieczne jest zamknięcie ulicy oraz akcja z udziałem m.in. pirotechników, bo nie było wiadomo, czy w samochodzie nie zamontowano ładunku wybuchowego.
"Protasiewicz był obiektem rozpracowania białoruskich służb na terenie Polski"
Dlaczego ta sprawa trafiła do mediów dopiero teraz? Jak podaje "GW", w zeszłym miesiącu prokuratura zakończyła śledztwo przeciw Rasimowi. Dzięki współpracy z policją może liczyć na wyrok więzienia w zawieszenia, choć na decyzję sądu wciąż czeka. Czy nie domyślił się, że jego mieszkający na Węgrzech przyjaciel - świadomie bądź nie - wplątuje go w akcję z udziałem białoruskich dyplomatów i oficerów wywiadu Łukaszenki? - Nie chcę o tym rozmawiać, to dla mnie przykra historia - przyznał dziennikarzom biznesmen. Sprawa Mikołaja zaś wciąż jest w toku.
- Ta sprawa potwierdza, że Protasiewicz był obiektem rozpracowania białoruskich służb na terenie Polski - stwierdził w rozmowie z "Wyborczą" płk. rez. Maciej Matysiak, b. wiceszef Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Jego zdaniem cała akcja nie zaczęła się w momencie zakupu dwóch aut, a ostateczny plan mógł zakładać nawet zabicie opozycjonisty. - Posłużenie się podstawionymi osobami - pośrednikiem z Węgier, który prosi o pomoc przyjaciela w Polsce - też jest charakterystyczne dla wschodnich służb - mówił. W jego opinii należy zwrócić szczególną uwagę na działalność białoruskich służb w Polsce, zwłaszcza z powodu sąsiedztwa obu państw oraz faktu, iż Polska to jeden z głównym celów emigracji zarobkowej i politycznej Białorusinów.
Co zaś z samym Protasiewiczem? Po zatrzymaniu poszedł na współpracę z białoruską bezpieką: udzielał wywiadów i oskarżał tamtejszą opozycją o działalność antypaństwową. Nie ma wątpliwości, że został do tego zmuszony szantażem. W maju 2023 roku skazano go na 8 lat więzienia za m.in. "organizację zamieszek, publiczne nawoływanie do terroryzmu i kierowanie ekstremistyczną grupą przestępczą". Krótko potem został ułaskawiony przez Łukaszenkę. Dziś nie wiadomo dokładnie, co się z nim dzieje.
Źródło: Radio ZET/wyborcza.pl
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET