`

"Wyłam z bólu". Pomógł cierpiącej żonie, urzędnicy nałożyli karę

6 min. czytania
29.09.2025 06:53
Obserwuj nas na Google

600 tysięcy złotych - taki rachunek wystawił Narodowy Fundusz Zdrowia lekarzowi za to, że przepisywał swojej walczącej z nowotworem żonie przeciwbólowy lek zawierający fentanyl. – Nie wiem, czy ktokolwiek jest w stanie wyobrazić sobie taki ból, przez który ma się ochotę wyskoczyć z okna - mówi Radiu ZET pani Dorota. Jednak zdaniem urzędników pan Sławomir, chcąc jej pomóc, złamał przepisy o refundacji i dlatego musi oddać całą kwotę, co do złotówki. - Nie mamy takich pieniędzy - odpowiada małżeństwo.

Lekarz i jego żona
fot. Tomasz Kubat

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jakie problemy zdrowotne miała pani Dorota i jak je przezwyciężyła.
  • Dlaczego NFZ nałożył karę na pana Sławomira za przepisywanie leków.
  • Które aspekty przepisów refundacyjnych NFZ nie zostały spełnione w tym przypadku.
  • Co planuje zrobić rodzina, aby odwołać się od decyzji NFZ.

Pomógł cierpiącej żonie, urzędnicy nałożyli karę

Państwo Dorota i Sławomir długo walczyli z kolejnymi nowotworami w rodzinie. Jak przyznają w rozmowie z reporterem Radia ZET, nie spodziewali się, że kiedy zaczną wygrywać, otrzymają cios od Narodowego Funduszu Zdrowia. Na prośbę obojga zmieniamy ich imiona i nie podajemy dokładnego miejsca zamieszkania. Na potrzeby tej historii możemy jedynie przekazać, że mieszkają w niewielkim mieście w Wielkopolsce.

Pierwszą niepokojącą diagnozę pani Dorota usłyszała niemal 10 lat temu. Miała wtedy 38 lat. W 2016 roku nowotwór stwierdzono w jednej piersi, w 2022 roku - w drugiej. W międzyczasie jeszcze pojawiła się ostra białaczka szpikowa. Bezpieczny i przewidywalny dotąd świat aktywnej i zawsze z optymizmem patrzącej w przyszłość kobiety rozpadł się w pył. Ze wsparciem męża Sławomira, lekarza podstawowej opieki zdrowotnej oraz dwojga nastoletnich dzieci rozpoczęła długą i wyczerpującą walkę z nowotworem.

Po przeszczepie szpiku, który pomógł wygrać z białaczką, pojawiły się okropne bóle. Najpierw nogi, potem pleców. - W skali od 1 do 10 to było 11! - przyznaje pani Dorota. - Niestety, nacieki białaczkowe wyrządziły taką szkodę, że nie potrafiłam wytrzymać. Wyłam z tego bólu. Nie wiem, czy ktokolwiek jest w stanie wyobrazić sobie taki ból, przez który ma się ochotę wyskoczyć z okna - wspomina.

Zwiększone dawki, czerwona lampka w NFZ

W pewnym momencie nie mogła już nawet wstawać z łóżka. Do tego doszła depresja. Najpierw jedni lekarze, a potem także jej mąż, przepisywali jej rozmaite preparaty mające uśmierzyć cierpienie. Pani Dorota dostawała także środki opioidowe w plastrach. Jak mówi, niewiele pomagały, a jednocześnie dawały silne objawy uboczne. Musiała dodatkowo zmagać się z alergiami skórnymi i pokarmowymi. Najlepsze efekty przynosił wziewny preparat zawierający fentanyl. Działał szybko i zapewniał ulgę.

- Po dziesięciu, piętnastu minutach zaczynał działać. Byłam wręcz zachwycona, że ból, który mi tak doskwierał, przez który nie mogłam spać, nie mogłam funkcjonować, po prostu na chwilę odchodzi. Postawił mnie na nogi. Mogłam znowu wrócić do własnego życia. Trwało to może pół roku, ale z każdym dniem było lepiej - opowiada pani Dorota.

Preparat przepisywał jej mąż. Wystawiał recepty, zaznaczając, że jest to lek w pełni refundowany, opłacany przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Pani Dorota raz używała go częściej, innym razem rzadziej. Ale jej organizm powoli przyzwyczajał się do silnej substancji. Aby wciąż działała, trzeba było zwiększać dawki. To musiało zapalić w NFZ alarmową lampkę. Po ok. półtora roku od pierwszej refundowanej recepty na lek dla pani Doroty w przychodni pana Sławomira pojawiła się kontrola.

Rachunek na 600 tysięcy złotych

- Dokumentacja, którą prowadziłem, była nad wyraz skrupulatna. I jestem zaskoczony, że NFZ mimo moich obszernych wyjaśnień na ten temat po prostu je zignorował. Podawanie leku wziewnego, donosowego w tym przypadku, niwelowało skutki uboczne stosowania plastra przeciwbólowego jako podstawowego leczenia. Natomiast leki oparte na przykład na tramadolu dawały objawy uboczne, a nie przynosiły efektu przeciwbólowego - tłumaczy.

Jak przyznaje, jest zszokowany, że mimo odwołań i tłumaczeń przychodnia, w której pracuje, musi zwrócić do NFZ dokładnie 597 tysięcy złotych, z czego 70 tysięcy to zaległe odsetki. - Nie mam pojęcia, skąd miałbym teraz wziąć takie pieniądze, by oddać je swojemu pracodawcy - przyznaje. Ale nie żałuje swoich decyzji. Powtarza z pełnym przekonaniem, że czynił słusznie i gdyby ponownie stanął przed takim wyborem, zachowałby się identycznie.

Redakcja poleca

– Nie rozumiem, że można decydować z góry, że taka ilość leku będzie refundowana, a kolejna już nie będzie. To mnie, jako lekarza, stawia w sytuacji, kiedy muszę powiedzieć pacjentce: wie pani co, to w takim razie, bo tu już się zbliżamy do granicy tabelki, przepiszę pani lek, który pewnie nie zadziała, ale odczekamy dwa, trzy tygodnie i wjedziemy w nowy okres, i będziemy mogli znów wypisać lek, który działa - mówi pan Sławomir i podkreśla: - To jest nieetyczne, niemoralne i niezgodne z kodeksem etyki lekarskiej.

Działanie Narodowego Funduszu Zdrowia rozumie jako chęć poszukiwania za wszelką cenę pieniędzy do łatania systemu ochrony zdrowia. Co - jak twierdzi - jest łatwe, bo system refundacyjny jest tak skomplikowany i pełen pułapek, że łatwo popełnić błąd, który będzie słono kosztował.

Trzy z pięciu warunków refundacji

Urzędnicy NFZ, których pytamy o sprawę, mają nietęgie miny. W rozmowie z reporterem Radia ZET zasłaniają się obowiązującą ich tajemnicą medyczną i nie chcą szczegółowo odpowiadać na konkretne zarzuty. Słyszymy więc dużo o tym, że takie są przepisy, że urzędnicy mają związane ręce i nie mają innej możliwości niż żądać zwrotu całej refundacji za lek z fentanylem przepisany pani Dorocie. Przyznają, że sytuacja jest delikatna, że będzie im trudno z niej wybrnąć, ale takie jest prawo.

Krzysztof Urban, zastępca dyrektora departamentu kontroli NFZ, rozkłada ręce. - Narodowy Fundusz Zdrowia jako publiczny płatnik musi zachować dbałość o wydatkowanie środków publicznych pod postacią refundacji - tłumaczy i odsyła nas do przepisów, które wyraźnie określają warunki, kiedy na lek przysługuje pacjentowi refundacja. - Nie były spełnione wszystkie elementy wskazania refundacyjnego w obwieszczeniu ministra zdrowia. Tylko kiedy spełnione są wszystkie te elementy, można wpisać poziom odpłatności ryczałtowej -mówi.

Zdaniem Urbana w konkretnym przypadku pani Doroty wypełnione były trzy z pięciu warunków. Lek na bazie fentanylu może być bowiem podawany tylko jako wspomagający inne preparaty, zapisywane i stosowane jako podstawowe. Przekładając to z teorii na praktykę, pan Sławomir powinien leczyć żonę np. plastrami przeciwbólowymi i nie mógł traktować wziewnego środka z fentanylem jako głównego leku. Dlatego taki preparat nie mógł podlegać refundacji - twierdzi wiceszef departamentu kontroli.

To stanowisko zdecydowanie popiera doktor hab. nauk medycznych Jarosław Woroń, członek zarządu Polskiego Towarzystwa Badania Bólu. Według niego stosowanie silnego środka na bazie fentanylu w sposób, jaki robił to pan Sławomir, to duży błąd w sztuce lekarskiej. I jawne złamanie przepisów, które każdy lekarz znać powinien.

– Skazujemy takiego pacjenta na częste używanie takiego leku. Do leczenia bólu podstawowego służą analgetyki opioidowe, najczęściej o kontrolowanym uwalnianiu - tłumaczy doktor Woroń. Zaznacza, że lek donosowy, tak silnie działający, można podać pacjentowi dodatkowo, w przypadku wystąpienia tak zwanego bólu przebijającego. Jego zdaniem da się zrozumieć argumenty, że w konkretnych przypadkach może zdarzyć się odstępstwo od reguł, ale nie można oczekiwać zrozumienia, gdy lekarz nie postępuje według obowiązujących wszystkich lekarzy zasad. Dlatego płatnik musi domagać się zwrotu wydanych na refundację pieniędzy – twierdzi.

"Jesteśmy pod ścianą, nie mamy takich pieniędzy"

Co na to doktor Sławomir i jego żona? Są rozżaleni takimi opiniami.  Nie można kierować się wyłącznie tabelkami i wytycznymi. Pewna schematyczność ułatwia pracę lekarzom, ale nie można do tego podchodzić w ten sposób. Byłem uczony na studiach, że medycyna to nie jest układ zero-jedynkowy i nie jest czarno-biała. Trzeba umieć podejść do konkretnego pacjenta, w konkretnym przypadku - odpowiada mężczyzna. Podkreśla, że przez terapię, którą prowadził, jego żona ani razu nie była hospitalizowana, nie miała też powikłań. Przekonuje, że NFZ wręcz zaoszczędził na tym sporo pieniędzy.

Co więc zrobi z rachunkiem wystawionym przez Fundusz? - Jesteśmy pod ścianą - przyznaje ze smutkiem. - Nie mamy takich pieniędzy - dodaje pani Dorota. - Żyjemy jak większość społeczeństwa, na kredytach. Mamy dwoje dzieci, córka jest w klasie maturalnej, syn za rok będzie w klasie maturalnej. Chcemy ich wykształcić. Nigdy nie chcieliśmy niczego więcej od życia, niż uczciwie pracować - mówi. Zaznacza, że dzieci motywowały ją w najtrudniejszych chwilach choroby i motywują wciąż, by walczyć o siebie, ale teraz boi się, że marzenia o zapewnieniu im edukacji legną w gruzach.

Oboje liczą jednak na to, że może uda się znaleźć sprawiedliwość w sądzie. Prawnik rodziny zapowiedział kolejne odwołania od decyzji NFZ. Pani Dorota ciągle dostaje leki przeciwbólowe, choć już inne. Teraz są to substancje na bazie marihuany. Nie zapisuje ich już pan Sławomir, tylko poradnia specjalizująca się w leczeniu bólu. Pani Dorota jest wciąż schorowana, ale od niedawna czuje się nieco lepiej. Nadzieja, że uda się to wszystko przetrwać i wyjść na prostą, wciąż nie pozwala im zwątpić i poddać się losowi.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET