- Co myślisz o wejściu twojego kraju do NATO? - pytam zagadniętego na dworcu w Turku młodego Fina, który, tak jak ja, czeka na pociąg do Helsinek. - Nie mam swojej opinii na ten temat – odpowiada. Podobne stwierdzenia, jakby się umówili, słyszę potem od kilku kolejnych osób napotkanych już w stolicy Finlandii. Kiedy ich dociskam, słyszę najczęściej że skoro rząd tak zrobił, to na pewno postąpił słusznie. Jakaś zmowa milczenia? - Nie, Finowie tak mają. Po prostu bardzo ufają decyzjom swoich polityków i zdają się na nich – mówi mi mieszkająca w stolicy Polka.
Koniec neutralności
Wyobraź sobie, że od dziesiątek lat żyjesz według określonych zasad, trzymasz się ich i jest ci z tym dobrze. Od podstawowych reguł, jak wyrzucanie zawsze śmieci do kosza czy opłacanie parkingu, po zasadnicze, takie jak neutralność. Taka jest Finlandia. Kraj szczęśliwy swoim wewnętrznym spokojem i ułożeniem. Nie lubiący poważniejszych zmian, trzymający się nieco na uboczu, choć zintegrowany z Europą. Wojna zmienia jednak wszystko, również Finów. 18 maja 2022 roku w siedzibie NATO w Brukseli ambasador tego kraju przy Sojuszu, wraz ze swoim szwedzkim kolegą, oficjalnie złożyli wniosek o członkostwo obu państw w organizacji.
Fińscy politycy nie podjęliby jednak tak radykalnego kroku, jakim jest rezygnacja z trwającej ponad 75 lat neutralności, gdyby nie zmiana opinii publicznej. Przez lata poparcie dla członkostwa Finlandii oscylowało w okolicach 20-25 procent. Dyskusje w Eduskuncie (tutejszym parlamencie) oczywiście co jakiś czas na ten temat się toczyły. Ale ludzie nie widzieli specjalnego sensu ani w drażnieniu Rosji, ani w jeszcze większym zacieśnianiu z Zachodem współpracy innej niż gospodarcza. Choć, co warto zaznaczyć, zarówno fińska, jak i szwedzka armia, brały często udział we wspólnych ćwiczeniach z wojskami krajów członkowskich.
Wojna zmienia wszystko
Kiedy 24 lutego Rosja napadła na Ukrainę, Finowie – jak wszyscy inni Europejczycy – byli w szoku. W ich przypadku chodziło nie tylko o to, że konwencjonalna wojna wkroczyła na nasz kontynent. Ich uwaga od razu zwróciła się w kierunku długiego na ponad 1300 kilometrów pasa, czyli swojej granicy z Rosją. Wielkiego strachu nie było. Ale całkowita zmiana geopolitycznej sytuacji sprawiła, że zaczęto bardzo szybko w publicznej dyskusji i mediach mówić o poprawie bezpieczeństwa. A najprostszym do tego środkiem jest właśnie wstąpienie do NATO.
- My mówiliśmy o tym od szesnastu lat, a niektórzy nasi członkowie jeszcze dłużej – mówi Ville Kaunisto. Jest mierzącym 2 metry i 5 centymetrów wzrostu byłym koszykarzem, posłem do Eduskunty z ramienia partii Kokoomus, u nas znanej jako Partia Koalicji Narodowej. To liberalno-konserwatywne ugrupowanie do niedawna rządziło Finlandią, ale pomimo tego nie odważyło się pójść wbrew opinii publicznej i próbować dołączyć do Sojuszu. Ale społeczeństwo tymczasem, po rosyjskiej napaści, zaczęło myśleć zupełnie inaczej niż do tej pory. Obecne badania wskazują na poparcie członkostwa w NATO na wysokości co najmniej 70 procent. Niewykluczone, że kolejne zbliżą to poparcie nawet do 80 procent.
Ville Kaunisto
Następujące po sobie tygodnie wojny zaczęły przynosić przełomy i kolejnych polityków, coraz głośniej mówiących o tym, że przed Rosją trzeba się lepiej zabezpieczyć. Najdłużej na wyrażenie swojego zdania czekała sama Sanna Marin, premierka Finlandii. Oficjalnie potwierdziła ona chęć wejścia do Sojuszu dopiero w pierwszej połowie maja, po przekonaniu do tego swojej Socjaldemokratycznej Partii Finlandii. – Wiemy, że pani premier ma za sobą trudne rozmowy w partii. Ale nie zamierzamy teraz biegać po parlamencie i mówić kolegom: a nie mówiliśmy? To nie ten czas, musimy przejść przez to razem, potrzebujemy jedności. Bo to ona zawsze była kluczem do sukcesu Finlandii. I zawsze będzie – zaznacza Ville Kaunisto.
Kiedy odwiedzam siedzibę największego fińskiego dziennika „Helsingin Sanomat”, Jussi Pullinen jest w czasie najintensywniejszej pracy swojej redakcji od lat. Znajduje jednak dla mnie chwilę, pomimo tego że właśnie ma dziać się historia. Rozmawiamy w chwili, kiedy kończy się debata w Eduskuncie poświęcona wnioskowi Finlandii o dołączenie do NATO (dyskusja długa, bo trwająca półtora dnia, ale zdominowana przez pozytywne opinie posłów na temat tego ruchu). Skończy się głosowaniem, w którym za będzie 188 posłów, a przeciw zaledwie 8. Jussi, choć zna doskonale fińską politykę i gospodarkę, przed wojną również nie miał wyrobionego zdania na temat tego, czy dołączać do Sojuszu czy też nie. 24 lutego zmienił jednak wszystko.
Jussi Pullinen
Cofnijmy się zatem do tego pamiętnego dnia, kiedy pierwsze rosyjskie rakiety spadły na ukraińskie miasta. – Wszystkim nam towarzyszyło ogromne poczucie solidarności z Ukraińcami. Od razu na wielu instytucjach zawisły flagi tego kraju (wiszą do dziś – red.). Ludzie zaczęli wysyłać tam pomoc, sami zaczęli jeździć przez Szwecję, Danię i Niemcy do Polski na granicę, by okazać wsparcie, przywieźć zapasy i zabrać część ludzi do siebie – wspomina pierwsze dni po wojnie Jussi Pullinen. Potem stało się to, co w innych krajach, czyli napływać zaczęli uchodźcy, których Finlandia od początku przyjmowała z otwartymi ramionami. Kiedy sytuacja jednak w miarę się uspokoiła i ludzie nieco okrzepli, przyszedł czas by zadbać również o swoje bezpieczeństwo.
Wojna w Ukrainie jak wojna zimowa?
Finowie wojnę w Ukrainie postrzegają pod jednym szczególnym względem. Jako wydarzenie na swój sposób podobne do wojny zimowej, jaką toczyli ze Związkiem Radzieckim w latach 1939-1940. Tam też na początku Rosjanie wystosowali dyplomatyczne postulaty dotyczące terytoriów, które chcieliby zająć. Chodziło o przesunięcie granicy ZSRR o mniej więcej 30 kilometrów na zachód, oddanie półwyspu Hanko i wysp Koivisto, Suursari, Lavansarri i Tytarsaari. Gdy usłyszeli odpowiedź odmowną, ruszyli do natarcia. Wtedy to też miało wydarzyć się coś na kształt szybkiej „operacji specjalnej”. Zaplanowano ją na dwa tygodnie, wysyłając na daleką północ aż 600 tysięcy żołnierzy Armii Czerwonej. Co mogło pójść nie tak? A jednak. Tak, jak dziś w Ukrainie, coś poszło nie tak.
Popularne w magazynie
Finowie postanowili zaciekle bronić swojego terytorium. Wykorzystując perfekcyjną znajomość swojego otoczenia zaszywali się w lasach, by dziesiątkować napastniczą armię między innymi za pomocą oddziałów snajperskich. To, co miało zająć najwyżej kilka tygodni, zaczęło się przeciągać. Rosjanie dorzucali kolejne wojska (łącznie było to około miliona żołnierzy), które nijak jednak nie były w stanie przebić się przez heroiczną obronę liczącej nieco ponad 300 tysięcy żołnierzy armii Finów. Ostatecznie, po 104 dniach, podpisano pokój. Finlandia co prawda straciła część ziem na rzecz ZSRR (około 10 procent terytorium), ale utrzymała niepodległość. Do dziś przykład wojny zimowej jest jednym z narodowych mitów założycielskich. Który powrócił po tym jak okazało się, że Ukraińcy przed nowym zbrodniczym obliczem Rosji bronią się podobnie.
Po II wojnie światowej, na skutek tak zwanej „finlandyzacji”, Finlandia stała się państwem neutralnym. Nie z własnej woli, bo wymusił to nie kto inny, jak Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. Finowie jednak nie chcieli skazywać się na to, by w razie kolejnej inwazji oddać swoje terytorium bez walki. Konsekwentnie zaczęli inwestować w armię. W 2022 roku mogą pochwalić się zawodową formacją liczącą ponad 30 tysięcy żołnierzy i rezerwową, która po ewentualnej mobilizacji liczyłaby blisko 300 tysięcy osób. Razem to mniej więcej tyle, ile wystarczyło na odparcie rosyjskiego najeźdźcy w 1940 roku.
Duża armia i sieć schronów
Powszechna obowiązkowa służba wojskowa to coś, co w Polsce kojarzymy jako relikt przeszłości. Tymczasem w Finlandii jest to norma. - To jest przyjmowane jako taka oczywistość. Po zakończeniu liceum albo osiągnięciu pewnego wieku młodzi ludzie uznają, że po prostu taka jest kolej rzeczy i że muszą iść do wojska, ewentualnie do służby cywilnej. Jest też wielu Finów, którzy do wojska dołączają jako ochotnicy – opowiada mi Aleksandra Michta-Juntunen, mieszkająca w Helsinkach Polka, która szefuje PTOK-owi, Polonijnemu Towarzystwu Oświatowo-Kulturalnemu. Sama bardzo chętnie opowiada o Finlandii, popularyzuje jej kulturę, pisze bloga i ma na koncie książkę „Finlandia. Sisu, sauna i salmiakki”.
Aleksandrę pytam też o inną rzecz charakterystyczną dla obronności Finlandii. Czyli o niezwykle rozbudowaną sieć schronów przeciwlotniczych. – To prawda, mamy ich mnóstwo. W każdym bloku jest obowiązek posiadania takiego schronu. Na co dzień służy on oczywiście do innych celów, na przykład jako piwnica. Ale administrator budynku, na wypadek zagrożenia, ma obowiązek szybko opróżnić to pomieszczenie, by mogło dać schronienie ludziom – mówi Aleksandra Michta-Juntunen. Schronów jest tak dużo, że są w stanie pomieścić łącznie ponad 4 miliony ludzi.
Aleksandra Michta-Juntunen
Odmienną kategorią są schrony, nazwijmy to, masowe. Czyli duże pomieszczenia, w których – tak jak w czasie obecnie trwającej wojny dzieje się to w ukraińskim metrze – mogą ukryć się osoby zaskoczone nagle na ulicy alarmem przeciwlotniczym. W Helsinkach są to również stacje metra czy parkingi podziemne. Ale nie tylko. We wschodniej części miasta pod ziemią działa… basen, który w razie ataku może zostać zamieniony na schron. Gdzie indziej jest podziemny plac zabaw dla dzieci, również o podwójnej funkcji. Przykłady można mnożyć – potencjalnymi schronami są siłownie, boiska czy kawiarnie. Mało kto jednak w Finlandii wierzy, że w przyszłości będzie trzeba wykorzystywać ich jako schronienie. Ale przezorny Fin zawsze ubezpieczony.
Właśnie według tej maksymy, a może według innej „chcesz pokoju, szykuj się na wojnę”, Finlandia od lat dba o to, by mieć dobrą armię. Dlatego, jak podkreśla Jussi Pullinen z Helsingin Sanomat, ten kraj wniesie do NATO więcej niż wielu się spodziewa. – Mamy jedną z najsilniejszych artylerii w Europie. Właśnie jesteśmy w trakcie zakupu nowoczesnych myśliwców F-35 ze Stanów Zjednoczonych. Dołączą one do naszych dotychczasowych F-18. Do tego świetnie wyszkolona armia i ogromny potencjał rezerwistów – wylicza dziennikarz. Ale też marynarka wojenna, która wraz ze szwedzką flotą (posiadającą przede wszystkim kluczowe dla nas okręty podwodne) pomoże zapewnić bałtyckie bezpieczeństwo również Polsce.
Rosja spokojna, Turcja wierzga
Kiedy Finlandia i Szwecja równolegle ogłaszały złożenie wniosku o członkostwo w NATO, uważnie obserwowano reakcję Rosji na ten fakt. Była ona zaskakująco spokojna. Co prawda najpierw Władimir Putin w rozmowie z fińskim prezydentem Sauli Niinistö mówił, że popełnia on błąd. Ale niedługo potem rosyjski prezydent oświadczył, że dla jego kraju ta zmiana to właściwie niewielki problem.
Dlaczego Rosja jest wycofana? - Być może dlatego, że nie chcą skupiać na tym zbyt dużej uwagi, bo to może pokazać społeczeństwu oczywisty fakt, że Finlandia i Szwecja w NATO to dla Rosji co najmniej wpadka. Być może nie mają też teraz zdolności, by w tym momencie jakoś mocno odpowiedzieć, bo są zbyt skupieni na Ukrainie - mówi Matti Pesu, analityk Fińskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych FIIA.
Matti Pesu
Poseł Kokoomus Ville Kaunisto liczy, że do Bożego Narodzenia procedura akcesyjna może zostać zakończona. Tak faktycznie może być, o ile żaden z 30 członków NATO nie okaże się przeciwny tej inicjatywie. Póki co jest jeden kandydat do tego. To turecki prezydent Recep Tayyip Erdogan, który nagle ogłosił, że nie chce nawet słyszeć o dołączeniu do sojuszu Szwecji i Finlandii. Od razu jednak zaczął to uzasadniać kwestiami Kurdów (zaciekłych wrogów tureckiego prezydenta, walczących o niepodległość dla swojego narodu) żyjących w Skandynawii. Wygląda więc na to, że chce coś dla siebie na tej sprawie ugrać. Matti Pesu z FIIA, kiedy pytam go o ten wątek, nieco się krzywi. - Turcja chce być usłyszana. Z naszej perspektywy jednak to, co robi, jest zupełnie niepotrzebne i niefortunne. Szczególnie, że nieco wcześniej nikt w Turcji nie mówił o żadnych wątpliwościach. Wierzę, że nasza dyplomacja to załatwi – przekonuje analityk.
Putin dokonał niemożliwego
Spacerując po stolicy Finlandii, spotykam parę Ukraińców. Sergiej i Nadia nie są uchodźcami, bo w Helsinkach mieszkają już od roku. Natomiast praktycznie od 24 lutego angażują się w to, żeby Finowie o rosyjskiej napaści nie zapomnieli. Każdego dnia po południu organizują mały milczący protest w pobliżu dworca (większe manifestacje proukraińskie odbywają się tu co kilka dni). Pytam ich o zdanie na temat wejścia Finlandii i Szwecji do NATO.
– Putin dokonał czegoś niemożliwego. Przecież oni przez tyle lat byli neutralni. Jak abstrakcyjnie to brzmi, że ktoś wywołuje wojnę w Ukrainie po to, żeby NATO nie zbliżyło się do jego kraju, po czym ów sojusz niedługo potem wydłuża swoją granicę z Rosją i to o 1300 kilometrów – mówi Nadia.
Nadia i Siergiej
Gdy w Eduskuncie trwało głosowanie nad tym, czy Finlandia chce czy też nie chce wstępować do NATO, Helsinki żyły swoim życiem. Przed parlamentem zgromadziła się co prawda niewielka grupka przeciwników dołączenia do sojuszu, ale ich liczebność nie przebiła nawet setki. Nie było też euforii na ulicach czy świętowania tej okazji. Nie te okoliczności, nie to państwo, nie to społeczeństwo. W Polsce wejście do Sojuszu traktowaliśmy jako wyczekiwane od lat zaproszenie do wspólnoty Zachodu. Finlandia to zaproszenie miała schowane w biurku od lat, ale nie otwierała nawet koperty. W 2022 roku przyszedł czas, by do niej zajrzeć i z zaproszenia wreszcie skorzystać.