Wojna w Ukrainie trwa już ponad 50 dni. O tym, co może się wydarzyć w najbliższych dniach bądź tygodniach oraz jakie długofalowe plany i ambicje ma Władimir Putin, opowiadał Miłosz Wiatrowski. Politolog, analityk, publicysta, prowadzący też obserwowane przez ponad 160 tys. osób konto "Miłosz.Nie.Wszystko.Wybaczy" na Instagramie, był gościem najnowszego odcinka podcastu "Machina Władzy".
„Rosja przelicytowała w Ukrainie”
- Na to, by stwierdzić, jak ta wojna się dalej potoczy i jaki będzie jej ostateczny rezultat, jest zdecydowanie za wcześnie. Na razie zakończyła się rosyjska ofensywa, która miała na celu obalenie rządu w Kijowie i ustanowienie tam marionetkowych władz. To na razie Ukrainie nie grozi, udało się ukraińskim wojskom odeprzeć atak - mówił.
Popularne w magazynie
W jego opinii "Rosja przelicytowała". - Dochodzą do nas informacje, że prowadzone przez wiele lat działania, mające na celu przygotowanie w Ukrainie prorosyjskiej piątej kolumny, kompletnie spaliły na panewce – przyznał. Podkreślił, że niedawno pojawiły się doniesienia o zatrzymaniu Władysława Surkowa, przez lata bliskiego współpracownika Putina i jednego z architektów polityki Moskwy. - Putin był przekonany, że w Ukrainie jest bardzo duża liczba wykształconych, przygotowywanych od lat urzędników i polityków, którzy mogą w każdej chwili przejąć władzę w ukraińskich miastach i prowadzić politykę sterowaną z Kremla. Nic takiego się jednak nie stało - ocenił.
Co w takim razie może wydarzyć się na froncie w najbliższych dniach bądź tygodniach? - To, co wiemy, to że na pewno dojdzie do ofensywy rosyjskiej z okolic Charkowa i prawdopodobnie będą próbowali otoczyć wojska ukraińskie znajdujące się w Donbasie. Jeśli to się uda przeprowadzić wystarczająco szybko, to prawdopodobnie przesuną się na południe, w stronę Odessy, Mikołajowa, Zaporoża - odpowiedział Wiatrowski.
- Pojawiają się głosy, że dojdzie wówczas także do ponownej próby ruszenia na Kijów. Ale twierdzenie, że Rosjanie szybko zajmą Donbas opiera się raczej na wierze, że nagle zacznie im w tej wojnie iść lepiej niż do tej pory. Ta armia ma przede wszystkim problemy strukturalne i systemowe - dodał.
„Milionowa armia Rosji to mit”
Czy Rosjanie mają wszechpotężną armię o nieskończonych ludzkich zasobach? Powszechnie funkcjonuje taki pogląd, ale zdaniem Wiatrowskiego to mit. - Pierwsza liczba, która przychodzi do głowy, to milion, czyli druga pod względem liczebności armia świata. Na razie wysłano do Ukrainy ok. 160 tys. żołnierzy, do tego ponad 30 tys. separatystów. Wciąż więc zostaje ok. 800 tys., co sprawia, że pojawiają się głosy, iż Rosja wysłała tam w pierwszej kolejności "mięso armatnie" - opisywał politolog.
Zwrócił przy tym uwagę, że spora część z tego miliona, to żołnierze lotnictwa, marynarki wojennej, sił kosmicznych, a także kontyngenty stacjonujące w Syrii czy na Dalekim Wschodzie, które trudno byłoby bezpośrednio i krótkim czasie przerzucić na Ukrainę.
Dodatkowo - co również precyzował rozmówca "Machiny" - duża liczba żołnierzy wysłanych na front ukraiński, przebywa tam od kilkunastu tygodni. Cześć z nich uczestniczyła wcześniej w intensywnych ćwiczeniach na poligonie. Oznacza to więc zarówno niskie morale, jak i zwyczajnie przemęczenie.
- Oddziały, które biły się w Kijowie, Czernihowie czy Sumach, po 30-35 dniach bardzo wyczerpujących walk i poniesieniu ogromnych strat raczej nie powinny być przerzucane na nowy front. W normalnych warunkach ci żołnierze przeczekaliby miesiąc, zrekonstruowano by ich bataliony, a oni sami by odpoczęli.
"Ta data może być przekleństwem"
Czy do 9 maja, czyli do defilady z okazji rosyjskiego Dnia Zwycięstwa, Putin będzie chciał odnieść i ogłosić jakieś wymierny sukces? Spekuluje o tym coraz więcej ekspertów, zwracając uwagę na fakt przerzucenia wojsk do Donbasu i podjęcie próby podporządkowania sobie wschodu i południa Ukrainy, co ma być znacznie łatwiejsze niż np. zdobycie Kijowa.
- W momencie, gdy dowódcy wyznaczają żołnierzom konkretny termin, do którego ma się coś wydarzyć, to jest to pierwszy krok do porażki. To sytuacja na froncie powinna determinować przebieg wojny, a nie jakieś losowe daty - przekonywał Wiatrowski.
Dodał, że poddani presji politycznej rosyjscy dowódcy mogą zacząć podejmować działania, które "mogą przynieść Rosji ogromne straty i mało sukcesów". - Ta data może być swego rodzaju przekleństwem dla Rosji - oświadczył.
„Wszystko zależy od Berlina”
Podczas rozmowy pojawił się również wątek embarga na rosyjskie surowce energetyczne. Europarlament przyjął niedawno niewiążącą rezolucję, wzywającą do zaprzestania importu gazu bądź ropy z kraju agresora. Jak jednak zauważył Wiatrowski, "głównym rozgrywającym i blokującym w tej sprawie jest Berlin".
- Presja na rząd niemiecki jest ogromna, zwłaszcza ze strony krajów tzw. Południa, które strofowane przed laty przez Angelę Merkel, musiały wprowadzać radykalne cięcia budżetowe i reformy gospodarcze. Wtedy dominowała narracja, że terapia szokowa jest konieczna. Teraz ten argument jest używany wobec Niemiec, które zgadzają się, że trzeba odejść od rosyjskich surowców, ale chcą to zrobić wolniej. Na co pojawiają się głosy, że "może jednak szybciej, sami nas tego uczyliście" - tłumaczył analityk.
- Co ciekawe, niemiecka opinia publiczna w większości popiera zdecydowane embargo. To pokazuje nadmierną ostrożność klasy politycznej. Kanclerz Olaf Scholz twierdzi, że nie mogą sobie na to pozwolić, bo koszty będą wysokie i odbije się to na społeczeństwie. Ale społeczeństwo w sondażach mówi przecież: jesteśmy gotowi - dodał. Skomentował również reakcję Zachodu na działania Kremla.
Niemiecka opinia publiczna zdecydowanie popiera zdecydowane embargo. To pokazuje nadmierną ostrożność klasy politycznej
- Zachód wykazuje większą determinację, niż można się było spodziewać. Putinowi udało się osiągnąć wszystko, czego się bał: zjednoczenie Zachodu, wzmocnienie NATO, wzmocnienie współpracy Unii Europejskiej z USA, pomoc dla Ukrainy, na czele z obietnicą rychłego przyjęcia do UE - wymieniał, zaznaczając jednak, że "zintegrowanie Ukrainy ze światem zachodnim, zwłaszcza po zniszczeniach wojennych, to bardzo trudny proces".
„Putin miał carte blanche"
Prezydent Rosji przez lata sprawiał wrażenie "złego", aczkolwiek w hierarchii autokratów plasował się za powszechnie uważanymi za niebezpiecznych i antydemokratycznych przywódcami Korei Północnej, Białorusi czy Wenezueli. Czy Zachód uległ jego urokowi?
- Trzeba rozróżnić fazy rządów Putina, bo jego retoryka nie była zawsze tak antyzachodnia, jak teraz. To sprawiło, że przez długi czas funkcjonowała pewna wiara, że polityka zbliżenia Putina z Europą i Stanami, choćby na poziomie interesów gospodarczych, będzie działała łagodząco na jego ambicje terytorialne i polityczne - wyjaśniał gość "Machiny Władzy".
Putin podczas propagandowego koncertu w Moskwie z okazji 8. rocznicy aneksji Krymu
Przypomniał, że przez lata żyliśmy w epoce, w której "porządek świata był w jakimś stopniu negocjowany między USA a Związkiem Radzieckim, którego upadek Putin do dziś uważa za największą tragedię XX wieku". - Rosja przez dekady była uważana za kraj, którego po prostu nie da się obejść. Jedno z wielkich mocarstw, także atomowych. Dominowało podejście: "możemy się nie lubić, ale musimy rozmawiać" – stwierdził. Zauważył, że podobną dynamikę mają np. obecne relacje świata zachodniego z Chinami.
- Tylko że to, co Zachód rozumiał jako "możemy rozmawiać", Putin traktował jako carte blanche do prowadzenia coraz bardziej agresywnej i brutalnej polityki, także zewnętrznej, czego apogeum mieliśmy zarówno w 2014 roku (atak na Donbas i aneksja Krymu - red.), jak i teraz. Maski po prostu opadły - ocenił.
"Chce obrzydzić nam Zachód"
Wiatrowski wspomniał również o swojej książce, która ukaże się jesienią. Jednym z jej istotnych wątków będzie starcie cywilizacyjne między światem zachodnim a Rosją Putina. - On rozumie, że jego praktycznie totalitarny reżim nie może jednocześnie współistnieć z demokratycznym Zachodem, który pokazuje Rosji, że możliwa jest inna przyszłość i wolności obywatelskie.
Jego zdaniem, Putin od lat prowadzi swoistą kampanię, "mającą na cele obrzydzenia Rosjanom Zachodu, pokazanie, że te wszystkie wartości są tak naprawdę puste, że to hipokryzja narracyjna Zachodu i że tak naprawdę żadnej wolności tam nie ma".
- Długofalowy pan zakłada nie tylko przemianę Rosji, ale też nas, szeroko pojęty Zachód, w ustrój przypominający rosyjski. Żeby Rosjanie czuli, że nie istnieje żadna alternatywa - stwierdził, argumentując to m.in. silną propagandą poza granicami swojego państwa (w czym przodują media takie jak Russia Today), działaniami dezinformacyjnymi, a nawet próbą ingerencji w wyniki wyborów w państwach demokratycznych, czego dowodem były wybory prezydenckie w USA w 2016 oraz referendum ws. brexitu.
Przypomniał też o istnieniu tzw. armii trolli. - Widzimy, że w mediach społecznościowych są konta, które jeszcze do niedawna były antyszczepionkowe w treści, a teraz rozpowszechniają rosyjską propagandę. To pokazuje, że stworzono coś na kształt infrastruktury dezinformacji, wykorzystującej wszelkie możliwe kryzysy, żeby przekonać nas, że lepsza przyszłość nie jest możliwa - powiedział.