Gulbahar Haitiwaji
Gulbahar Haitiwaji
fot: France24/YouTube (screen)

Ocalała z chińskiego gułagu: kiedy mnie uwolniono, nic nie czułam

05.05.2022 20:13

Pamiętam jedną kobietę w obozie. Podczas swojej pierwszej nocy w areszcie powiedziała: uff, w końcu mogę spać spokojnie, nie bojąc się, kiedy po mnie przyjdą - mówi Ujgurka Gulbahar Haitiwaji. Kobieta spędziła prawie trzy lata w tzw. obozie reedukacyjnym we wschodnich Chinach. Pod pełnym nazwiskiem opowiada o cierpieniu własnym i swojego narodu.

To nie może być nic złego - pomyślała Gulbahar Haitiwaji, kiedy w 2016 r. dostała telefon z Chin. Po drugiej stronie słuchawki był mężczyzna, który podawał się za pracownika firmy przemysłowej, gdzie kiedyś pracowała. - Musi się pani stawić osobiście, aby podpisać papiery emerytalne - mówił ostry głos w słuchawce. Kiedy Gulbahar tłumaczyła, że ktoś z rodziny może przekazać podpisane pełnomocnictwo, mężczyzna stanowczo odmawiał.

Ujgurka, która od dziesięciu lat mieszkała we Francji z mężem i dwoma córkami, miała chwilę zawahania. Pamiętała represje w rodzinnym Sincjangu, prowincji w zachodnich Chinach, której rdzenną ludnością są muzułmańscy Ujgurzy. Przed prześladowaniami ze strony ludności Han (stanowią większość mieszkańców Chin) i komunistycznych władz najpierw uciekł jej mąż, a później dołączyła do niego Gulbahar z córkami. W odróżnieniu od małżonka nie lubiła rozmawiać o polityce. W ogóle ją nie interesowała. W przeciwieństwie do innych Ujgurów mieszkających na obczyźnie nie chodziła na protesty przeciwko chińskim represjom. Od sporów publicznych wolała spokój domowego ogniska i zajmowanie się życiem rodzinnym. 

W końcu poleciała do Chin. Zamiast dwóch tygodni została tam prawie trzy lata. Gdy chciała odebrać paszport zabrany przez miejscową policję, zatrzymano ją. Śledczy wymachiwali jej przed oczami zdjęciem z demonstracji Ujgurów w Paryżu, na którym miała być córka Gulbahar. Jej zaprzeczenia, że nie ma nic z tym wspólnego, nie pomogły. Na kilka miesięcy trafiła do aresztu i przez 20 dni była przykuta do pryczy łańcuchami. Następnie przetransportowano ją do tzw. obozu reedukacyjnego. Tak propaganda chińska nazywa system ośrodków odosobnienia dla około miliona Ujgurów (niektóre źródła mówią o kilkuset tysiącach), czyli 1/12 całej populacji tej mniejszości w Sincjangu. W większości przypadków jedyną winą tych ludzi był sam fakt ich pochodzenia. Na obozy, w których dochodzi do tortur, pracy przymusowej i sterylizacji, są skazywani za “winy” członków rodziny, praktykowanie modlitw muzułmańskich czy wyjazd za granicę.

Władze w Pekinie mają jeden cel - stłumić wszelki opór Ujgórów w ich regionie, który obfity jest w złoża naturalne. Głównym elementem systemu opresji jest permanentne pranie mózgu o wielkości Partii Komunistycznej Chin i jej lidera Xi Jinpinga. Zdaniem organizacji pozarządowych to on osobiście odpowiada za rozbudowę aparatu represji wobec Ujgurów. O swojej gehennie i o tym, czy na wolności czuje się bezpiecznie, Gulbahar Haitiwaji opowiedziała w książce “Ocalała z chińskiego gułagu” (Wydawnictwo WAB).                

Piotr Drabik: Co dla pani oznacza wolność?

Gulbahar Haitiwaji: Jest dla mnie naprawdę ważna. To znacznie więcej niż wolność wypowiedzi, krytykowanie autorytetów i wyrażanie myśli bez obaw. Ujgurzy każdego dnia żyją z tysiącami punktów kontrolnych i nie mogą nawet podróżować za granicę, ponieważ boją się represji.

Jak wyglądało pani życie w Sinciangu przed wyjazdem do Francji w 2006 r.?

Wówczas dyskryminacja nie była tak oczywista, nawet jeśli istniała od początku kolonizacji Sinciangu przez ludność Han. Wcześniej prześladowanie było nieco bardziej nieśmiałe niż obecnie. Pamiętam wydarzenia z 5 lipca 2009 r. (największe zamieszki na tle etnicznym, w których zginęło co najmniej 200 osób, spowodowały one większe represje ze strony Pekinu - red.) i widziałam wszędzie punkty kontrolne w Urumczi i innych miastach. To było bardzo trudne dla nas. Oczywiście tylko Ujgurowie byli sprawdzani przez służby. Nigdy nie podejrzewano o nic ludności Han. Powiedziałabym, że Ujgurowie przyzwyczaili się do życia w ciągłym strachu. Niestety, oznacza to przyzwyczajenie się do wszechobecnych punktów kontrolnych i oskarżania przez rząd o wszystko. Pamiętam jedną kobietę w obozie, która podczas swojej pierwszej nocy w areszcie powiedziała: uff, w końcu mogę spać spokojnie, nie bojąc się, kiedy po mnie przyjdą.

Ujgurowie przyzwyczaili się do życia w ciągłym strachu

Jeden telefon w 2016 r. odmienił pani życie na zawsze. Czy wydawał się wtedy podejrzany?

Nie, ponieważ nigdy nie zrobiłam nic przeciwko Chinom, nie dopuściłam się też żadnej innej nielegalnej rzeczy w moim życiu. To była dla mnie normalna rozmowa.

Czy w momencie wyjazdu z Francji spodziewała się pani szybkiego powrotu do swojej rodziny w Europie?

Właściwie to miała być dwutygodniowa podróż. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że spędzę tam aż trzy lata.

Jaki był oficjalny powód pani aresztowania w Sinciangu?

W pierwszej chwili nie mieli dowodu mojej winy i w sądzie powiedzieli, że “spowodowałam zamieszki publiczne”. Potem oskarżyli mnie o prowokowanie ataków terrorystycznych, ich organizowanie, udział w takim ataku lub kontakt z terrorystami. To były różne nazwy dla czegoś, czego nigdy nie zrobiłam. Na koniec, podczas tak zwanego procesu, oskarżyli mnie o szaleństwo i nieopowiadanie Chinom o działalności mojego męża i córki, którzy są “terrorystami”, a ja ich chronię. I to była cała moja “wina”.

Czyli dla chińskiego rządu wszyscy, którzy mają inne zdanie lub są tylko Ujgurami, są terrorystami?

Tak. Dla Chin, jeśli nie myślisz jak oficjalne stanowisko partii komunistycznej, jeśli masz jakieś inne zdanie lub opinię krytyczną na temat rządu, jesteś zagrożeniem. Aresztowanie ludzi, torturowanie i reedukacja w Chinach są naprawdę powszechne. Ale z Ujgurami jest inaczej, bo jesteśmy inni. Zawsze domagamy się naszej niezależności. Dlatego jest nam jeszcze trudniej.

Oprócz naszego bólu musimy również liczyć się z przyszywaniem nam łatki islamskich terrorystów. Po atakach z 11 września 2001 r. Chiny promowały coś w rodzaju walki z islamskimi terrorystami. Musimy udowadniać na każdym kroku, że nie jesteśmy terrorystami, a islam jest w naszym kraju naprawdę umiarkowany.

Podczas protestu przeciwko prześladowaniu Ujgurów w Stambule, 25 marca 2021 r.
fot. AP Photo/Emrah Gurel/East News
Fot. AP Photo/Emrah Gurel/East News
Podczas protestu przeciwko prześladowaniu Ujgurów w Stambule, 25 marca 2021 r.

Czy miała pani szansę bronić się w sądzie?

Po 10 minutach spędzonych na mojej sprawie każdemu z nas dali po 3 minuty na własne stanowisko, ale nie po to, by się bronić. To jest zabronione, podobnie jak niezgadzanie się z wyrokiem. Możemy tylko powiedzieć, że żałujemy tego, co zrobiliśmy. A teraz będziemy lepszymi ludźmi, poprawimy się itp. W moim przypadku powiedziałam, że w całej sprawie były błędy administracyjne, na które zwróciłam uwagę.

Jakie było pani pierwsze wrażenie po transporcie do tzw. obozu reedukacyjnego?

Kiedy przyjechaliśmy, dali nam wszystkim takie same mundury jak w więzieniu, i paczkę przedmiotów codziennego użytku jak szczoteczka do zębów i ręczniki. Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłem celę. Było tam okno, ale zawsze z metalowymi kratami na zewnątrz. Nawet przy kratach umieścili metalowe panele z naprawdę małymi otworami, żebyśmy tylko wiedzieli, czy jest dzień. Brakowało nam powietrza. Pamiętam, że przed wejściem do swojej celi mijałam 11 metalowych drzwi prowadzących do innych cel.

Czy może pani opowiedzieć coś więcej o szkole reedukacji w obozie? Władze w Pekinie przekonują, że te ośrodki bardziej przypominają uniwersytety niż więzienia.

To nie jest ośrodek edukacji zawodowej, jak utrzymują Chiny. Nikt z osadzonych nie potrzebował profesjonalnego wykształcenia. To było bardziej jak więzienie, ponieważ przed jedzeniem i wczesnymi zajęciami musieliśmy wyrazić podziękowania dla chińskiego rządu, partii komunistycznej i Xi Jinpinga. Unikaliśmy ze sobą kontaktu wzrokowego, przechodząc między celami nawet podczas chodzenia do toalety. Mieliśmy jedną toaletę dla kobiet, a było nas około 30 osób. Gdy jedna z niej wyszła, kolejna szła za nią. Nigdy nie spotykaliśmy się w tym samym momencie w toalecie. Nawet jeśli spojrzeliśmy na siebie na korytarzu, to od razu trzeba było zwrócić wzrok na podłogę. Zabronione jest też mówienie w języku ujgurskim.

To był intensywny system prania mózgu. Dla obozów przygotowano specjalny program nauczania, mieliśmy 11 godzin zajęć z chińskiego prawa i historii. Cóż, to była kupa kłamstw na temat naszej historii. Musimy słuchać i uczyć się wszystkiego na pamięć, bo w każdy piątek mieliśmy testy, które musieliśmy zdać. W przeciwnym razie mówiono nam, że nigdy nie wydostaniemy się z obozów i zostaniemy w nich na zawsze.

Nawet jeśli spojrzeliśmy na siebie na korytarzu, to od razu trzeba było zwrócić wzrok na podłogę. Zabronione jest też mówienie w języku ujgurskim

Co tydzień musieliśmy się uczyć na pamięć jednej nowej komunistycznej pieśni patriotycznej, która miała być śpiewana przed wszystkimi w klasie. Ponadto każdego wieczoru oglądaliśmy ogólnokrajowe wiadomości propagandowe w języku chińskim. Po tym zadawali nam pytania, na przykład co czujesz po ich obejrzeniu. Musieliśmy odpowiedzieć, że Chiny to wielki kraj, najbardziej rozwinięty na świecie i że jesteśmy naprawdę dumni z bycia Chińczykami i wdzięczni za ten system edukacji.

Jaka była zasadnicza różnica między obozami dla kobiet i mężczyzn?

Podczas mojego pobytu w obozie nigdy nie spotkałam żadnego więźnia płci męskiej. Ale przypomniałam sobie innego ocalałego, który mieszka teraz w Holandii. Powiedział między innymi, że śledczy w każdy paznokieć wkładają metalowe kawałki.

Jak wygląda typowy dzień w obozie?

Przypomina życie wojskowe. Budziłyśmy się o 6 rano i musiałyśmy pościelić prycze precyzyjnie jak w wojsku, jeśli nie chciałyśmy być ukarane. Stałyśmy prosto, bez ruchu, czekając na swoją kolej w celi. Na poranną toaletę miałyśmy tylko 10 minut. Potem wracałyśmy do celi i prawą ręką wystawiałyśmy kubek na wodę. Jeśli strażnicy uznali, że jest to dzień prawej ręki, każda musiała go trzymać prawą ręką. Jeśli zdecydowali, że jednak lewą ręką, to zawsze musiałyśmy wyciągać lewą. Następnie szłyśmy na śniadanie, ale nie mogłyśmy usiąść od razu. Stałyśmy na wprost stołu i czekałyśmy, aż jakiś strażnik powie nam: możesz usiąść. Następnie trzykrotnie dziękowałyśmy chińskiemu rządowi, partii komunistycznej i Xi Jinpingowi. Na śniadanie przeznaczano kwadrans. W klasie spędzałyśmy 11 godzin dziennie z godzinną przerwą na obiad. Niektórzy dawali nam czas na małą drzemkę, ale to zależało od nauczycieli. Większość z nich była naprawdę niemiła i zmuszała nas do oglądania filmów dokumentalnych o chińskim rządzie.

Na koniec dnia jadłyśmy posiłek. Dostawałyśmy zwykłą zupę jarzynową, która nie dawała żadnej energii. Do toalety mogłyśmy chodzić tylko pięć razy dziennie. Nawet w weekendy musiałyśmy znosić program prania mózgu, przez cały dzień śpiewając piosenki, albo oglądając propagandowe filmy dokumentalne.

Mapa pokazująca dotychczas odkryte lokacje tzw. obozów reedukacyjnych w Sinciangu
fot. Buzzfeednews.com (screenshot)
Fot. Buzzfeednews.com (screenshot)
Mapa pokazująca dotychczas odkryte lokacje tzw. obozów reedukacyjnych w Sinciangu

Dodatkowo w każdy poniedziałek rano, po śniadaniu, trzeba było iść asystować przy ceremonii podnoszenia chińskiej flagi. Za każdym razem stałyśmy jak w wojsku przez 20 lub 30 minut. Dwa razy w tygodniu kazali nam wyjść na spacer. Nawet jeśli było naprawdę zimno, musiałyśmy stać na zewnątrz. W lecie momentami było naprawdę dziwacznie. Zmusili nas do wyjścia na zewnątrz i tańczenia. Włączali muzykę ujgurską i kazali tańczyć jak w ludzkim zoo. Do ludzi takich jak ja, którzy nie potrafią tańczyć, kierowane były groźby.

Co pani czuła, gdy jeden ze strażników podszedł do pani i powiedział: jesteś teraz wolna?

Nic. Nawet jak policjant musiał się powtarzać, bo myślał, że nie rozumiem jego słów. Powiedział: słyszałaś mnie? Mówię ci, że dziś wychodzisz na wolność. Powiedziałam: tak, słyszałam cię, ale to nic nie znaczy, bo dla mnie wyjście z obozu i mieszkanie w Sinciangu było tym samym. Po prostu inny rodzaj więzienia, ale na zewnątrz.

Włączali muzykę ujgurską i kazali tańczyć jak w ludzkim zoo. Do ludzi takich jak ja, którzy nie potrafią tańczyć, kierowane były groźby

Czy od razu wróciła pani do Francji?

Wyszłam z obozu 12 marca 2019 r. Nie ważyłam wtedy nawet 50 kilogramów. Myślę, że jeśli wypuścili mnie wtedy i pozwolili jechać bezpośrednio do Francji, to było to dowodem na wielkie kłamstwo na temat tak zwanej profesjonalnej edukacji w obozach. Na kilka miesięcy umieścili mnie w mieszkaniu z 11 policjantami. Obserwowali mnie, ale dopóki nie opuściłam Chin 21 sierpnia, zawsze mnie pytali, co robię. Zawsze był ktoś obok.

Jest pani bohaterską osobą, która otrzymała niesamowite wsparcie od rodziny i francuskiego rządu. Co z tymi, których przetrzymywano w Sinciangu i umieszczano w obozach?

Kiedy byłam w obozie, spotkałam tam jedną osobę, która była na wolności i znów ją wsadzono. Kogoś, kto wyszedł i wrócił, bo zrobił coś „nie tak”. Ale nie wiemy, jak właściwie działa ten system. Nie jest jasno sprecyzowane, jak długo będziesz osadzony. To dla mnie najgorsza część tej gehenny. Nie ma żadnej zasady więzienia na przykład rok lub dwa lata. To znaczy, że na końcu po prostu tracisz nadzieję.

Czy obwinia pani kogoś za te okropne wspomnienia i więzienie?

Tylko chiński rząd za represje wobec mojego narodu.

Czy czuje się pani teraz bezpiecznie we Francji? W książce opublikowała pani swoje prawdziwe nazwisko, a chińskie władze wykorzystują przecież diasporę ujgurską do szpiegowania przeciwników politycznych.

Odkąd moja książka została opublikowana we Francji w styczniu ubiegłego roku, zostałam oficjalnie nazwana przez Chiny terrorystą. Wszyscy członkowie mojej rodziny zerwali ze mną kontakt. Zablokowali mnie w mediach społecznościowych z powodu presji chińskiej policji. W tej chwili nie mam od nich żadnych wiadomości. We Francji nie boję się, ale jestem po prostu ostrożna. Rozglądam się, kiedy idę ulicą i staram się nie być sama.

Książka "Ocalała z chińskiego gułagu"
fot. mat. prasowe/Wydawnictwo WAB
Fot.

Co chce pani powiedzieć zwykłym Chińczykom?

Przede wszystkim proszę ich, aby rozpowszechniali świadomość o prześladowaniu Ujgurów w każdy możliwy sposób, w tym za pomocą mediów społecznościowych. Pomóżcie nam w naszej walce i bólu. Proszę również o sprowokowanie rządów w krajach zachodnich do wywierania większej presji na Chiny. Oni mogą zamknąć obozy i uwolnić wszystkich Ujgurów i przywrócić coś tak prostego jak wolność, wolność kontaktu z naszymi rodzinami, przyjaciółmi i otrzymywania od nich wiadomości. W tej chwili nie mamy żadnych wiadomości o członkach rodziny. Chciałabym móc ich jeszcze zobaczyć, mieć znów po prostu normalne życie.

Gulbahar Haitiwaji - członkini muzułmańskiej i tureckojęzycznej mniejszości etnicznej Ujgurów. Pochodzi z prowincji Sinciang w zachodnich Chinach. W 2016 roku, po dziesięciu latach życia we Francji, została wezwana z powrotem do Chin po pozorem podpisania papierów emerytalnych. Na miejscu została aresztowana i internowana na prawie trzy lata w tzw. obozie reedukacyjnym. W 2019 r. została wypuszczona na wolność i wróciła do Francji. W 2021 r., wraz z francuską Rozenn Morgat, opublikowała swoje wspomnienia w książce “Ocalała z chińskiego gułagu”.

Piotr Drabik
Piotr Drabik

Dziennikarz bez specjalizacji, ale z otwartą głową. Wcześniej związany m.in. z redakcją "Dziennika Polskiego", TVN24 i "Press". Obecnie redaktor działu Wiadomości w serwisie RadioZET.pl. Interesuje się polityką krajową, jak i międzynarodową. Najlepiej realizuje się w reportażach i dłuższych artykułach. Po pracy miłośnik astronautyki i fotografii analogowej. Twitter: @piotrdrabik. E-mail: piotr.drabik@eurozet.pl

logo Tu się dzieje