Ukraina od pierwszych dni wojny przegrywała nie w bezpośrednich starciach z Rosją, ale w sile artylerii i rakiet. Sytuacja zmieniła się wraz z dostawami z Zachodu. Gdy na front trafiły polskie armatohaubice, szwedzkie działa i amerykańskie systemy HIMARS, kontrofensywa przestała być tylko marzeniem, ale realnym do spełnienia planem. W dwa tygodnie z okupowanych terenów wyparowało ponad 50 rosyjskich składów amunicji i kilkudziesięciu wysoko postawionych rosyjskich wojskowych.
– Jeśli sprzętu będzie więcej, odbicie południa, będzie kwestią dni – mówi mi Rusłan, dowódca jednego z oddziałów artylerzystów działających w okolicach Chersonia. – Teraz wygrywamy z orkami sprytem i umiejętnościami. Oni mają tyle amunicji, że mogą ostrzeliwać „po kwadracie” praktycznie cały teren. My najpierw rozpoznajemy teren, dokładnie określamy ich pozycje i wtedy strzelamy. Ale celniej – opowiada mi żołnierz.
Artyleria, nie kałasznikow
Dzięki temu ukraińska armia przesuwa się kilometr po kilometrze, wieś po wsi, w stronę Chersonia. – To bitwy, których nie wygra się kałasznikowem. Tylko artylerią – dodaje. Tuż przed powrotem na front zapewnia, że już wkrótce spotkamy się w Chersoniu, a nie na drodze, gdzieś pod Mikołajowem.
– Jeśli nie dziś, to jutro. Jeśli nie jutro, to za tydzień. Albo i miesiąc. Ale orków już tu nie będzie. To samo mówi mi Artur, medyk pola walki, z którym rozmawiam w Mikołajowie. Batalion, w którym służy od kilku dni, jest ciężko ostrzeliwany. W jego jednostce pomagają paramedycy z Polski i USA. Każdego dnia wyjeżdżają na pierwszą linię ognia, ewakuować rannych w boju żołnierzy.
Zniszczona przez rosyjski atak siedziba administracji w Mikołajowie
– Ostatnio pracy jest trochę więcej, orki trochę więcej strzelają, ale to tylko dlatego, że posuwamy się naprzód – opowiada mi praktycznie godzinę po tym, jak zjechał z pozycji. Pytam, czy czegoś im potrzeba, czy nie brakuje im leków. – Nie, tylko samochody często się psują.
Rannych z pola walki wywożą cywilnymi pickupami czy SUV-ami. – Jeden popsuł się jeszcze w drodze na front, drugi ostatni ostrzelali ruscy. A na polu walki liczy się każda sekunda, by odebrać rannego i przetransportować go do szpitala – podkreśla Artur.
Kilka godzin po tym, dokładnie w miejscu, w którym rozmawialiśmy, spada rosyjska rakieta. Kolejna uderza w mikołajowski szpital. Tak właśnie dzieje się za każdym razem, gdy ukraińska armia zlikwiduje magazyn broni czy zniszczy rosyjskie pozycje dowodzenia. Okupanci mszczą się, odpowiadając ogniem. Ostrzeliwują jednak nie tylko żołnierzy, ale cywili. Bomby co kilka dni spadają na Odessę czy Mikołajów.
Ludzie jednak zmęczeni wojną, coraz częściej ignorują alarmy. Gdy słyszą syreny, nie biegną do schronów, a nawet nie schodzą z ulic. Co mniej frasobliwi, wychodzą nawet w Odessie na zaminowane na wypadek desantu plaże. Kara za złamanie zakazu to kilkanaście tysięcy hrywien albo bilet na front. Najgorszą jednak karą może być śmierć po wejściu na minę, albo wybuchu rosyjskiej rakiety.
Dlatego władze Ukrainy wciąż apelują do mieszkańców, żeby ci nie lekceważyli alarmów, a mieszkańców okupowanych terenów, proszą o jak najszybsze wyjechanie z miast czy wsi. Tyle że wyjazd z Chersonia czy Berdiańska jest bardzo trudny.
Papierosy i alkohol
Maksowi, którego spotykam w Odessie, udało się to dopiero za którymś razem. Ponad dwa miesiące żył w zajętym przez Rosjan Chersoniu. Żołnierze zajęli dom naprzeciwko jego mieszkania. – Pili, gwałcili i zabijali, a miasto w ciągu kilku tygodni cofnęli w czasie o kilkadziesiąt lat – opowiada mi, siedząc przy stole w koszulce z polską flagą. Gdy był mały, mieszkał tuż przy polskiej granicy, dlatego nauczył się polskiego i ma przyjaciół w naszym kraju.
Popularne w magazynie
Z Chersonia nie mógł wyjechać, bo nie miał dokumentów. Gdy tylko udało mu się je wyrobić, od razu pojechał w stronę Odessy. Po drodze musiał przejechać ponad 60 tzw. blockpostów. – Kontrolowali mnie 25 razy. Za każdym razem sprawdzali, czy nie mam patriotycznych tatuaży, czy w telefonie nie mam zdjęć żołnierzy i podejrzanych kontaktów w książce adresowej – opowiada. – Jednemu z żołnierzy nie spodobały się numery rejestracyjne mojego samochodu, inny powiedział mi, że nie wyjadę, bo w telefonie zobaczył zdjęcia z Chersonia.
Żeby wyjechać z miasta, musiał przekupywać stojących na posterunkach wojskowych papierosami i alkoholem. – Do samego końca nie wierzyłem, że uda się uciec.
Reporter Radia ZET Miłosz Gocłowski (z lewej) z wolontariuszami - Maksem i Andriejem
Udało się. Teraz Maks pomaga żołnierzom, dostarczając im samochody i mundury z Polski. Na swoim instagramowym koncie prowadzi zbiórkę pieniędzy. Dzięki wpłatom, między innymi od Polaków, udało się już kupić dwa pickupy i kilkadziesiąt ton sprzętu.
Rozmawiamy przez kilka godzin, gdy odwożę go do Odessy, po jednej z jego wypraw z pomocą dla Chersonia. – Fajne to wasze radio. Tylko nazwa taka sobie, jak na tę wojnę – mówi mi na pożegnanie.