Polak walczący w Ukrainie
Bolek, czyli Polak walczący w Ukrainie
fot: arch. prywatne

Polak walczący w Ukrainie: odłamki rakiety spadły na moje plecy

Piotr Drabik
Piotr Drabik Redaktor Radia Zet
19.05.2022 13:51

Serce i rozum mówiły, żeby jechać. Kupił mundur i wstąpił do Międzynarodowego Legionu. Spotkał tam takich jak on - byłych wojskowych - i totalnych amatorów. Opowiedział o kulisach ukraińskiego frontu.

13 marca. Baza wojskowa w Jaworowie, obwód lwowski. Bolek (imię zmienione) jest jednym z około tysiąca zagranicznych ochotników, którzy na oddalonym o 20 kilometrów od granicy z Polską poligonie szykowali się na front. Ludzi z wielu krajów, różnym doświadczeniem wojskowym (lub jego brakiem) i motywacją połączyła walka z Rosją. Trzy dni po rozpoczęciu inwazji przez wojska Putina, prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski powołał Międzynarodowy Legion Obrony Terytorialnej Ukrainy. Jaworów był nieoficjalną bazą nowej, ochotniczej formacji. Nic dziwnego, że znalazła się ona na celowniku sołdatów. 

- W tę noc, o czwartej nad ranem, był pierwszy alarm. Z wyra wyskoczyłem od razu do lasu. Nic się nie działo, wróciliśmy po pół godziny. Tak za dwie szósta był kolejny alarm. Zapaliłem światło w pokoju, zdążyłem tylko zabrać buty. Chciałem jeszcze ubrać spodnie, ale intuicja podpowiedziała, że nie ma na to czasu - wspomina Bolek.

Tego poranka w kierunku Jaworowa Rosjanie wystrzelili około 30 pocisków z Morza Czarnego i Azowskiego. Kilka z nich zestrzeliła ukraińska obrona powietrzna. Reszta pocisków uderzyła w wyznaczony cel. Dodatkowo w kierunku bazy skierowano myśliwce.   

Baza w Jaworowie po rosyjskim ataku, 13 marca 2022 r.
fot. Dattalion.com

- Jak zacząłem biec do lasu, wybuchła pierwsza balistyczna rakieta. Część odłamków spadła mi na plecy. W lesie zostaliśmy przez dłuższy czas, bo nad głowami latały rosyjskie myśliwce Su. Po wystrzeleniu rakiet znów nadlatywały. Jak było bezpiecznie, wróciłem do mojego pokoju. Na łóżku leżało wybite okno. Gdybym został w bazie, pewnie by mnie już nie było - wspomina Bolek.

Wystarczył mundur i email

Pochodzi ze Śląska, obecnie mieszka w Niemczech. Przed wybuchem pełnoskalowej wojny w Ukrainie był hydraulikiem. - Moja żona zmarła w grudniu ubiegłego roku. Mam jeszcze trójkę dzieci i dwoje wnuków. Z jednej strony dzieci nie były zadowolone, jak się dowiedziały o moim wyjeździe, ale z drugiej strony chyba są dumne z tego. Lepiej, że ja pojechałem, bo oni nie byli w wojsku, a ja coś tam się znam na rzeczy - wtrąca Bolek. 

W wojsku był na początku lat 90.. Wzięto go z poboru po zakończeniu technikum. Chciał dostać się do czerwonych beretów, tak potocznie nazywa się wojska powietrznodesantowe, ale nie było wtedy naboru do tej jednostki. Po półtora roku służby zasadniczej wrócił do cywila. - Szkoda, że wtedy wojsko nie było zawodowe, to bym został - stwierdza.  

Kiedy Putin zaczął gromadzić coraz więcej wojsk przy granicy z Ukrainą, Bolek był pewien, że Rosja zdecyduje się na inwazję. - Najpierw auto zapełniłem darami, które zawiozłem do Jarosławia, gdzie mam znajomych. Jak tylko dowiedziałem się, że powstał Międzynarodowy Legion, napisałem do nich maila, potem odebrali mnie na granicy - tłumaczy. Wcześniej kupił w Polsce mundur, choć ciężko było go dostać. Po 24 lutego wszelki sprzęt wojskowy rozchodził się jak świeże bułeczki.  

Wylicza, że w Międzynarodowym Legionie spotkał około 100 Polaków. Niektórzy po Afganistanie i Legii Cudzoziemskiej. - Dużo było też takich, którzy nie byli w wojsku. Serce im podpowiadało, żeby jechać. Oni, jeśli już dostali szansę, zostawali na tyłach i chronili jakieś obiekty. Wiele ludzi przyjeżdżało tylko po to, żeby sobie zrobić zdjęcia na Facebooka i Instagrama. Preferowane były jednak osoby z doświadczeniem wojskowym - dodaje Bolek. 

Rosyjski atak na Jaworów pokrzyżował plany formowania batalionu ochotników. - Po tym bombardowaniu pozbieraliśmy swoje rzeczy i przenieśliśmy się do lasu. Wykopaliśmy ziemianki i spaliśmy tam dwa dni. Nasi niby oficerowie, którzy nie byli zawodowymi żołnierzami, uciekli z tego miejsca. Tam był jeden pluton różnych narodowości, gdzie było dużo Polaków. Oni mieli broń i inne wyposażenie, to chyba zostali. Prawdopodobnie od kilku tygodni są już w Charkowie - mówi Bolek.

Wiele ludzi przyjeżdżało tylko po to, żeby sobie zrobić zdjęcia na Facebooka i Instagrama

Wspomina, że Polacy w Jaworowie prosili ukraińskie dowództwo o utworzenie batalionów językowych. Postawiono jednak na wielonarodowe grupy bojowe. - Podstawowym językiem był angielski, którego nie znam - wspomina.

Oni zabijają wszystkich

Po ukrywaniu się w lesie Bolek i jego koledzy z drużyny usłyszeli niejasne rozkazy. Zrezygnowali z legionu i skierowali się do Lwowa. - Próbowaliśmy się dostać do 24. brygady ukraińskiej armii, gdzie dużo chłopaków mówi po polsku. Byliśmy w sztabie, ale wtedy tam był straszny bałagan. Nie było wiadomo, co zrobić z takimi ludźmi jak my. Po pierwsze nie mamy ukraińskiego pochodzenia, po drugie długo sprawdzali nasze dokumenty. Nic z tego nie wyszło - opowiada. 

Bolek pojechał do Kijowa. W stolicy szukał sposobu, by dołączyć do walk po stronie ukraińskiej. - Z 18 naszych kolegów, którym się udało dostać na front, czterech zginęło, ośmiu zostało rannych - dodaje. Po kolejnych nieudanych próbach wrócił na chwilę do Polski. Przygotował kolejny transport darów. U znajomych w Polsce i Niemczech zebrał w sumie 10 tys. euro. - Teraz jestem trochę spłukany, ale warto było. Zostawiliśmy sobie z kolegą tylko po jednym hełmie i kamizelce. Resztę, jak kuchenki gazowe i pasy wojskowe, oddaliśmy - mówi.

Z 18 naszych kolegów, którym się udało dostać na front, czterech zginęło, ośmiu zostało rannych

Przez prawie trzy miesiące, które Bolek spędził w Ukrainie, widział mnóstwo dowodów rosyjskich zbrodni na cywilach. - Jak byliśmy w Kijowie, załapaliśmy się na pomoc, która dowoziła jedzenie do Buczy. Byliśmy tam po półtora dnia od momentu, kiedy wycofali się Rosjanie. Zdjęcia, które publikowano w mediach, nie oddawały w ogóle tego, co tam wtedy zobaczyliśmy. Oni zabijali wszystkich, nawet dopiero co urodzone pieski. Po tym wszystkim musieliśmy przez dwa dni psychicznie odpocząć, znieczulić się alkoholem. 

Więzienie zamiast medali

Ilu dokładnie ochotników z zagranicy walczy po stronie ukraińskiej? |Nie wiadomo. Na początku marca szef ukraińskiej dyplomacji Dmytro Kułeba mówił o 20 tys. z 52 krajów. “Nie możemy komentować dokładnej liczby ochotników i krajów ich pochodzenia” - odpowiada na nasze pytania dowództwo Międzynarodowego Legionu. Dodaje, że proces aplikacyjny rozpoczyna się w ambasadzie Ukrainy w kraju ojczystym ochotnika. “Tam sprawdzane są dokumenty potwierdzające wcześniejsze doświadczenia bojowe i przeszłość kandydata. To tylko proces przedaplikacyjny, a ostateczną decyzję podejmują nasi rekruterzy w Ukrainie” - wyjaśnia. 1 kwietnia w ogóle wstrzymano rekrutację celem sprawdzenia doświadczenia wojskowego już przyjętych kandydatów. 

Międzynarodowy Legion jest de facto kontynuacją grupy bojowej ochotników, która powstała w 2014 roku po aneksji Krymu i rozpoczęciu walk w Donbasie. Najpierw swoje oddziały wolontariuszy sformowali Czeczeni i Gruzini, potem dołączyły kolejne narodowości. Obecnie legion jest wielokrotnie większy od dotychczasowych grup ochotników w Donbasie. Przeciwko Rosji walczą Białorusini (we własnym Batalionie im. Kastusia Kalinouskiego, od nazwiska XIX-wiecznego powstańca), Amerykanie, Gruzini, Kanadyjczycy, Brytyjczycy czy Rosjanie, którzy marzą o obaleniu Putina. Większość z nich znajduje się pod ukraińskim dowództwem i wcale nie liczy na taryfę ulgową. Na froncie zginął między innymi 22-letni Willy Joseph Cancel z USA oraz 55-letni Ron Vogelaar z Holandii. Ci, którzy wrócą z pola walki do swoich ojczyzn, muszą liczyć się nawet z aresztem. W większości państw europejskich zakazany jest udział obywateli w obcych formacjach zbrojnych.

Zagraniczni ochotnicy w okolicach Kijowa 7 marca 2022 r. Na zdjęciu są m.in. Amerykanie, Brytyjczycy i Meksykanie
fot. Ukrainer.net (autor nieznany)

Dr Marcin Łukowski, specjalizujący się w tematyce prywatyzacji bezpieczeństwa, tłumaczy: - Państwo przede wszystkim musi sobie zapewnić uzupełnianie kadr wojskowych. Zaangażowanie obywateli w służbach innego państwa utrudnia realizację tego celu na przykład z tego prostego powodu, że obywatele nie są obecni w swojej ojczyźnie, a zatem ich mobilizacja nie jest możliwa. W skrajnych przypadkach masowy udział obywateli w zagranicznym konflikcie mógłby narazić państwo na wplątanie się w ten konflikt. 

Według Kodeksu karnego za służbę w obcej formacji zbrojnej, bez uzyskania odpowiedniej zgody od resortu obrony (przed wejściem w życie ustawy o obronności ojczyzny takie wnioski rozpatrywało Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji), można trafić do więzienia od trzech miesięcy aż do pięciu lat. Do tej pory MON otrzymał tylko 12 formalnych wniosków od byłych żołnierzy o zgodę na udział w walkach w Ukrainie. Jedna osoba ją dostała, cztery zgłoszenia są analizowane, jednej osobie odmówiono, a resztę wniosków skierowano do uzupełnienia braków w dokumentacji. Wcześniej do MSWiA wpłynęło 29 próśb, z czego siedem rozpatrzono pozytywnie. 

- Na pewno część ochotników nie przywiązuje wagi do kwestii formalnych. Cieszą się, kiedy uda im się przeżyć i wrócić całymi i zdrowymi - zwraca uwagę gen. Roman Polko, były dowódca jednostki specjalnej GROM. Podkreśla, że w normalnych warunkach proces rekrutacji żołnierzy trwa wystarczająco długo, aby wyłonić najlepszych i uniknąć przyjęcia dywersanta. - To nie może być zbieranina. Ponadto do Międzynarodowego Legionu nie szuka się oficerów, ponieważ musi być jednolite ukraińskie dowództwo - komentuje. Z inicjatywy senatorów powstał projekt ustawy, który znosi odpowiedzialność karną z ochotników, którzy wyjechali walczyć po stronie ukraińskiej. Propozycja utknęła w zamrażarce sejmowej.     

Ochotników, którzy dołączyli do Międzynarodowego Legionu, nie można nazwać najemnikami z głównego powodu: nie otrzymują za swoje usługi wynagrodzenia, które przewyższa żołd ukraińskich żołnierzy. Jeden z brytyjskich rekrutów w rozmowie z tygodnikiem “The Economist” sugerował, że kontrakt proponowany ochotnikom opiewa na 7 tys. hrywien (ok. 1050 zł) miesięcznie. Dla porównania, na początku marca prezydent Ukrainy zdecydował o wyznaczeniu żołdu dla czynnych członków formacji zbrojnych na 10 tys. hrywien (ok. 1500 zł). 

- Ponadto Ukraina traktuje Międzynarodowy Legion jako część swoich sił zbrojnych, został on do nich inkorporowany. Z ich punktu widzenia jego członkowie są żołnierzami, a nie najemnikami - tłumaczy dr Łukowski. Bliżej definicji najemnika są członkowie Grupy Wagnera, prywatnej firmy militarnej, która wykonuje niewygodne dla Kremla operacje wojskowe. Jednak zdaniem dra Łukowskiego są oni częścią rosyjskiej machiny wojennej pod dowództwem armii Putina, więc ciężko nawet ich traktować jako klasycznych najemników.

Serce byśmy oddali

Bolek w Ukrainie spędził prawie trzy miesiące. Wrócił do Niemiec, żeby zaopiekować się chorą teściową. Do Ukrainy chce jeszcze pojechać. Zdaje sobie sprawę z konsekwencji. Opowiada, że jego znajomy po broni nie ma już powrotu do swojej ojczyzny przez walkę w obcej formacji. Bolek (czy ten kolega?) myślami wciąż jest nad Dnieprem. - Jeśli Rosjanie zdobędą Donbas i otoczą ukraińskie pułki, mogą wykorzystać Białoruś do natarcia na Lwów i odcięcia kompletnego Ukraińców od reszty kraju. Z nieoficjalnych informacji wiem, że dwa rosyjskie bataliony przeszły totalnie na stronę ukraińską. Jeśli Białoruś zostanie zmuszona do walki, ich żołnierze mogą postąpić podobnie - mówi Bolek. 

Jeśli Rosjanie zdobędą Donbas i otoczą ukraińskie pułki, mogą wykorzystać Białoruś do natarcia na Lwów

Przekonuje, że jak Rosjanie zdobędą Ukrainę, to przyjdą do Polski. Prędzej czy później. Dodaje: - Prawnie walka w obcym państwie jest nielegalna, ale dla mnie walczyć to słuszna rzecz. Dużo ludzi tak samo myśli. My, Ślązacy i Polacy, za naszą ziemię serce byśmy oddali. 

Piotr Drabik
Piotr Drabik

Dziennikarz bez specjalizacji, ale z otwartą głową. Wcześniej związany m.in. z redakcją "Dziennika Polskiego", TVN24 i "Press". Obecnie redaktor działu Wiadomości w serwisie RadioZET.pl. Interesuje się polityką krajową, jak i międzynarodową. Najlepiej realizuje się w reportażach i dłuższych artykułach. Po pracy miłośnik astronautyki i fotografii analogowej. Twitter: @piotrdrabik. E-mail: piotr.drabik@eurozet.pl

logo Tu się dzieje