`
Recep Tayip Erdoğan
Recep Tayip Erdoğan przemiawia na wiecu
fot: HANDOUT/AFP/East News

Prezydent czy sułtan? "Erdoğan zrobi wszystko, żeby utrzymać się u władzy"

14.07.2022 15:19

Erdoğan, prowadził politykę neoosmańską, jednak po 2016 roku okazało się, że ma o wiele poważniejsze problemy. - Zrobi on wszystko, żeby utrzymać się przy władzy. Czy to będzie dosypanie kilku głosów, czy wyprowadzenie armii na ulicę, jeżeliby przyszłaby taka konieczność. Dlatego tak ważne, żeby opozycja wystawiła na tyle silnego kandydata, by nawet ewentualne fałszerstwa nie podważyły wyniku - mówi Adam Michalski z Ośrodka Studiów Wschodnich.

Jan Wysocki: Ostatni zamach stanu w Turcji miał miejsce w 2016 roku. Był to już czwarty z od czasów wielkich reform Mustafy Kemala Atatürka. Czy ten zamach umocnił władzę Recepa Tayipa Erdoğana i pozwolił mu na aktywniejsze działanie w basenie Morza Śródziemnego?

Adam Michalski: Do więzień trafiło ponad 100 tys. osób, które zostały aresztowane w ramach tego puczu. To były osoby związane nie tylko z turecką polityką. Pucz był "fenomenalnym" pretekstem, by wyczyścić tureckie państwo z elementów antytureckich i antyerdoğanowskich. Aresztowano np. dziennikarzy. Zresztą Turcja jest drugim państwem na świecie co do liczby więzionych dziennikarzy, sędziów, prokuratorów, lekarzy naukowców itp. Do tej grupy Erdoğan też zaliczał Kurdów i starą gwardię kemalistów, ale przede wszystkim jego największego rywala Fethullaha Gülena. Oczywiście to właśnie on został oskarżony o próbę zamachu stanu w 2016, a jego organizacja FETÖ (Organizacja terrorystyczna Fethullah - red.), została oskarżona o przeprowadzenie tego puczu. To, czy jest to prawda, nie ma już dziś zasadniczo większego znaczenia.

Pucz w każdym razie umocnił władzę Erdoğana. Pozbyto się opozycji, Kurdów i organizacji Gülena tj. islamskich współpracowników AKP (Partia Sprawiedliwości i Rozwoju, której liderem jest Erdoğan), którzy w 2010 roku de facto pomogli Erdoğanowi utrzymać władzę i wyczyścić państwo ze starej gwardii kemalistycznej. Potem sami stali się dla Erdoğana zagrożeniem, który chciał mieć jak najwięcej władzy dla siebie a nieformalny obóz Gülena okazywał się zbyt silny.

Od kiedy Erdoğan chciał się pozbyć Gülena?

Od 2011 roku narastał konflikt pomiędzy Gülenem a AKP. Erdoğan obawiał się, że wyczyszczając państwo ze starej gwardii kemalistów i zastępując ich ludźmi Gülena (wtedy jeszcze byli sojusznikami), sam tworzył podwaliny pod utratę własnej władzy.

Turcy na ulicy Anakary
Turcy na ulicy Anakary podczas puczu w 2016 r.
fot. Selahattin Sevi/SIPA/EAST NEWS
Turcy na ulicy Anakary
Fot. Selahattin Sevi/SIPA/EAST NEWS
Turcy na ulicy Anakary podczas puczu w 2016 r.

Ten konflikt narastał, a sam Erdoğan nazwał pucz w 2016 roku "prezentem od Boga". Dał on mu bowiem możliwość oskarżenia swojego rywal politycznego, o próbę odebrania władzy oraz wytworzenia instytucji paralelnych do oficjalnych organów sprawowania władzy (po turecku mówi się na to "głębokie państwo"). Niemniej, tak naprawdę chodziło o to, że ugrupowanie FETÖ coraz bardziej zagrażało władzy AKP, a ludzie Gülena potajemnie przejmowali system polityczny kraju. Stąd Erdoğan obawiał się, że prędzej lub później to właśnie oni mogą pozbawić go władzy, tak jak sprzed 2010 roku ekipa AKP i Güleniści pozbawili władzy poprzednią gwardię Kemalistyczną.

Erdoğan nazwał pucz w 2016 roku "prezentem od Boga". Dał on mu bowiem możliwość oskarżenia swojego rywal politycznego, o próbę odebrania władzy

Mam wrażenie, że Erdoğan odszedł, w sposób znaczący, od nazwijmy to umownie „świeckiej Turcji”. Armia w teorii stała tutaj na straży tej świeckości. Symbolicznym faktem może być przekształcenie Hagi Sophii z muzeum w ponownie w meczet. Czy od tego puczu i pozbyciu się przeciwników politycznych podejście islamistyczne w Turcji jest bardziej wyraźne?

Ja bym odwrócił to pytanie. Pucz z 2016 roku nie jest wynikiem polityki, którą często określa się jako neoosmańską. Tak naprawdę ta polityka zrodziła się za czasów wiosny arabskiej (2011 rok - red.). To wtedy Turcja, kiedy jeszcze była stosunkowo demokratycznym państwem, rozmawiała z UE na temat akcesji, przygotowywała się do rozmów pokojowych z Kurdami, oraz posługiwała się narracją, że jako zwierzchnik Imperium Osmańskiego pozasiadała "softpower" w regionie Bliskiego Wschodu. W momencie, gdy państwa arabskie przeszły przez rewolucje polityczne i znalazły się w procesie poszukiwania nowych systemów politycznych, wszystkie drogi miały prowadzić do tak zwanego "modelu tureckiego" tj. pokojowego i sprawnego połączenia islamu z liberalizmem. Turcja była przykładem dla świata muzułmańskiego, że można być islamskim, progresywnym, demokratycznym i na dodatek wolnym krajem.

Okres 2010-2016 rzeczywiście kreował Turcję jako lidera państw muzułmańskich, uznając siebie za przykład godny naśladowania przez państwa wiosny arabskiej. Jednak po 2016 roku okazało się, że Erdoğan ma o wiele poważniejsze problemy niż prowadzenie polityki neoosmańskiej. Przetrwał pucz, wyczyścił armię z oficerów do takiego stopnia, że nawet nie wiadomo było, czy ma wystarczającą liczbę pilotów, aby samoloty F-16 obsadzić. Pokłosiem czystek, była pierwsza inwazja turecka w Syrii pod koniec 2016 roku, gdyż Erdoğan chciał pokazać, że armia turecka pomimo czystek nadal była sprawna i silna.

Po 2016 ukazał się też dodatkowy szereg problemów i wyzwań dla AKP. W 2017 miało miejsce referendum o zmianie systemu politycznego państwa z parlamentarnego na prezydencki. Tak naprawdę wtedy dyskusja już nie była o neosmanizmie, a o wewnętrznych wyzwaniach. Na dodatek w 2018 roku na poważnie rozpoczął się też kryzys gospodarczy.

Erdoğan zmienił zdanie?

Skądże. Po prostu sytuacja polityczna zmusiła go do zajmowania się sprawami wewnętrznymi, przez co agenda zagraniczna również się zmieniła. Musiał on zareagować na szereg problemów. Gdy dzisiaj patrzę na Erdoğana, to szczerze nie widzę w nim już tej polityki islamskiej tak za czasów jego pierwszych dwóch rządów (ok. 2002-2011 - red.). Społeczeństwo tureckie - zarazem ta głęboko wierząca część oraz mocno sekularyzowana elita - po dwóch dekadach rządów AKP przyzwyczaiła się, że Erdoğan wyciągnął islam na agendę polityczną państwa w taki sposób, że stał się on częścią tureckiego pejzażu i dyskursu politycznego. W tym też w dużej mierze przestał być elementem stygmatyzującym i dzielącym tureckie społeczeństwo. Na dodatek, cała ta polityka otwierania meczetów, a w tym przywrócenie Hagii Sophii statusu meczetu, która została dostrzeżona przez część elektoratu muzułmańskiego jako poważny gest, została przyćmiona innymi sprawami.

W podobny sposób koniec swój ujrzała też polityka neoosmanizmu. Dziś największym problemem jest kryzys gospodarczy oraz wybory, które przykrywają wyżej opisywaną politykę godnościową i tożsamościową. W dużym skrócie Erdoğan odszedł od swojej polityki islamistycznej, a po ponad dwóch dekadach jego rządów społeczeństwo przyzwyczaiło się do tej agendy, traktując ją jako chleb powszedni. Oczywiście nie oznacza to, że islam i neoosmanizm zupełnie zniknął z agendy politycznej.

Warto też dodać, że sama wiosna arabska zakończyła się totalną klęską. Miała ona odsunąć autorytarne reżimy, a jak było, tak zostało. W takim klimacie politycznym nie ma już sensu dzisiaj promować "modelu tureckiego". Żaden kraj Na Bliskim Wschodzie nie jest zainteresowany wprowadzaniem jakiegoś liberalizmu, zwłaszcza opartego o opisywany wyżej "model turecki". Alegorycznie po 2016 roku sam stał się systemem autorytarnym i w dużej mierze zaprzeczeniem samego siebie.

Jak się to ma w takim razie do polityki zagranicznej? Można odnieść wrażenie, że Erdoğan stara się odbudowywać "Imperium Osmańskie". Mamy interwencje w Syrii, jest wspieranie generała Haftara w Libii, ostatnio napięcia z Grecją. W przestrzeni publicznej to tu wskazuje się właśnie, że Erdoğan prowadzi politykę neoosmańską, a pana zdaniem już w 2016 ona zaczynała wygasać. Jak to się wszystko łączy?

Przede wszystkim musimy ustalić, jak my widzimy politykę neoosmańską. Bo to, że Turcja prowadzi politykę regionalną, nie musi oznaczać, że prowadzi politykę neoosmańską. Turcja walczy o swoje interesy i nie chce być już przedmiotem polityki wielkich mocarstw i sojuszy, tylko chce sama ją kreować. Bardzo dużo inwestuje w region. Jednak moim zdaniem te działania są wręcz wymuszone sytuacją.

Wymuszone?

Skąd się wzięło tureckie zaangażowanie w Libii? Ponieważ powstawał EastMed. Był to projekt gazociągu, który miał transportować izraelski i cypryjski gaz przez Cypr do Grecji i Europy, który akurat przechodził przez turecką strefę ekonomiczną, ale nie włączał ich proces przesyłu i wydobycia gazu. Do tego doszedł też nierozwiązany konflikt o granicę morską z Grecją i Republika Cypryjską tworząc z tego jeden wielki polityczny sztorm.

Turcja walczyła o swój interes narodowy, a nie o politykę neoosmańską. Stąd się wzięła osobna umowa turecko-libijska o stworzeniu własnej strefy ekonomicznej, która miała przeciąć Morze Śródziemne oraz gazociąg EastMed na pół i nie pozwolić, żeby doszło do jego realizacji.

To może Górski Karabach?

Górski Karabach, jak już mamy go określać jakimś terminem, to prędzej tutaj pasuje polityka panturecka, niż neosmańska. Ilham Alijew (prezydent Azerbejdżanu - red.), dostał dużą pomoc logistyczną i militarną od Turcji podczas wojny w Karabachu (2020 r. - red.). Dzięki temu udało mu się ją wygrać. Co ciekawe Alijew zobaczył, że partnerem do rozwiązania konfliktu w Karabachu może być Ankara, a nie Moskwa. O dziwo konflikt, który trwał od dekad, nagle przy wsparciu Turcji udało się rozwiązać w parę lat i to na korzyść Azerbejdżanu. Tylko znowu chciałbym zaznaczyć, że to nie ma nic wspólnego z neoosmanizmem. Jest to po prostu twarda gra o interesy polityczne. Efektem tej polityki jest zaangażowanie się Turcji na Kaukazie, a ostatnio skutkiem tego było otwarcie granicy turecko-ormiańskiej dla osób trzecich (czyli np. turystów) lub, po wieloletniej przerwie przywrócenie lotów Cargo pomiędzy tymi dwoma państwami.

Syria? Znowu żaden neoosmanizm, tylko zagrożenie dla bezpieczeństwa i integralności terytorialnej Turcji. W ramach wojny domowej Syrii tuż przy granicy tureckiej powstawała autonomia kurdyjska (Rożawa - red.), która jest dla Anakry była i jest śmiertelnym zagrożeniem. Zwłaszcza że Baszar al-Asad od czasu wybuchu wojny domowej potrzebował Kurdów do zwalczania rebeliantów i był gotów dać im jakąś polityczną autonomię północnej Syrii w ramach spłaty politycznego długu. Turcja bała się, że konflikt z Syrii w ten sposób wzmocnieni Kurdów i kurdyjskie organizacje terrorystyczne i przeleje się do wewnątrz kraju, co zresztą stało się w 2015 roku. ISIS zaczęło wysadzać budynki w Turcji, co też robili potem radykalni Kurdowie (organizacja terrorystyczna PKK - red.).

To czym jest neoosmanizm?

Te wszystkie wydarzenia wskazują po prostu na niemalże mocarstwową grę Turcji o swoje interesy, jak i aktywizację swojej polityki zagranicznej, jako odpowiedź na zaistniałą sytuacją wzdłuż jej granic. Stąd trudno to wszystko opisać jako neoosmanizm.

Według mojej definicji neoosmanizm to przede wszystkim polityka tożsamościowa, która wykorzystywała zbieżność historii z dziedzictwem Turcji (tj. Imperium Osmańskim) w celu zdobywania przychylności graczy regionalnych oraz prowadzenia polityki zagranicznej mającej wykorzystać sentymenty pro-osmańskie jako narzędzia do szerzenia interesów narodowych, oraz promocji Turcji w regionie Bliskiego Wschodu (handel, dyplomacja, kultura itp.).

Gwarantuje, że gdyby Ankara dalej prowadziła politykę neoosmańską, to do dziś relacje z tymi państwami Zatoki Perskiej nadal byłyby zamrożone.

To jak oceniać działania Turcji? Czy nie jest ona jednak dwojaka a nakład, jaki poczyniono, jest nieadekwatny do sukcesów?

Jak bywa z wojną, państwa wchodzą z ogromnym optymizmem, że będzie szybko i obędzie się bez większych wydatków. Problem w tym, że jak zwykle wychodzi długo i kosztownie. Wsparcie Baszara al-Asada przez Rosję uniemożliwiło zakończenie konfliktu. Turcja chciała Syrię doprowadzić do stołu negocjacyjnego, co się nie wydarzyło. Wojna trwa, ale to nie oznacza, że Turcja nie osiągnęła korzyści ze swojej interwencji w północnej Syrii. Kontrolują tę część tego kraju, tworząc bufor, w którym budowane są wielkie osiedla mieszkaniowe dla uchodźców uciekających przed reżimem Assada. Jest to jednak połączone z polityką wewnątrz kraju. Przy rosnących antyuchodźczych sentymentach w Turcji, zwłaszcza wśród wyborców AKP, (Syryjczyków w Turcji jest ok. 3,6 mln - red.) okazuje się, że Ankara musi coś z nimi zrobić. Z braku podejmowania konkretnych decyzji przez rząd narastają presje społeczne. Właśnie te strefy buforowe - powstałe w wyniku tureckich interwencji zbrojnych w Północnej Syrii - są "idealnym" miejscem na ich relokację.

Turcja chciała Syrię doprowadzić do stołu negocjacyjnego, co się nie wydarzyło. Wojna trwa

Co do konfliktu z Grecją, to on już trwa tak długo, że trudno zaliczyć go jako nowy element tureckiej polityki zagranicznej. W tej części świata istnieje tak dużo wysp, o które toczy się permanentny konflikt. W zależności, jakie konwencje się uznaje, Turcja i Grecja stosują inne interpretacje. Grecja uważa, że granice morskie na morzu liczy się od każdego terytorium należącego do Grecji, czyli od każdej z wysp. Turcja zaś twierdzi, że granice morskie mierzy się jedynie od szelfu kontynentalnego (ma nawet doktrynę o nazwie "Błękitna Ojczyzna", która uznaje połowę wysp greckich za tureckie).

Ankara tym samym uważa, że granica pomiędzy Turcją a Grecją przebiega pośrodku Morza Egejskiego. Do tego wyspy Dodekanezu podlegają traktatowi z Lozanny (1923 r. - red.). Tutaj znowu jest kwestia interpretacji, na jakiej podstawie wyspy zostały przekazane Grecji. Stąd konflikt jest nie dość, że długi to jeszcze skomplikowany, a na przestrzeni dekad mało się w nim zmieniło.

Zatrzymam się przy tych kosztach. Wspominałeś, że przykładowo w Syrii co prawda nie udało się szybko zakończyć wojny, ale jednak dzięki tej interwencji Turcja ma pole do przesiedleń uchodźców, abstrahując już od kwestii moralnej tych działań. To czy te koszty nie są za duże? 

Kryzys gospodarczy w pewnym stopniu ogranicza działania Ankary. W zeszłym roku w grudniu Turcja zapowiadała już nową operację zbrojną przeciwko organizacjom terrorystycznym w północnej Syrii. Natomiast w grudniu rozpoczął się kolejny etap kryzysu gospodarczego w Turcji i ogromny krach liry tureckiej wraz z gwałtownym wzrostem inflacji. To spowodowało, że do tej operacji w końcu nie doszło. Dopiero teraz podczas dyskusji o dołączeniu Finlandii i Szwecji do NATO, temat ponownej akcji przeciwko kurdyjskim ugrupowaniom terrorystycznym w Syrii znowu wrócił na agendę Ankary.

Ostatnio Erdoğan dużo mówi o tej operacji, ale póki co nadal jej nie ma. Kryzys gospodarczy najprawdopodobniej jest temu winny, ale także polityczne rozgrywki między Turcją, Rosją oraz Zachodem. Nie powiedziałbym jednak, że taki stan rzeczy paraliżuje tureckie państwo i możliwości zbrojne Ankary. Turcja nadal wykazuje głęboką gotowość i sprawność militarną. Deklarują np. oczyszczenie Odessy z min (w ramach korytarza pszenicznego na Morzu Czarnym), co samo w sobie jest przecież bardzo kosztowne. Niemniej jest to mały koszt w porównaniu do wielkich operacji zbrojnych Syrii, których moim zdaniem nie będziemy w najbliższym czasie widzieć.

Mam wrażenie, że ustępstwa Finlandii i Szwecji w kwestii kurdyjskiej wobec Turcji są płynne i zasadniczo nie zmieniają za wiele. Czy twoim zdaniem jest to większy sukces Skandynawów, że mimo nacisków udało im się trochę wykręcić, czy jednak ich zobowiązania przeciwko Kurdom są na tyle duże, że można mówić o zwycięstwie Erdoğana?

Jeżeli miałbym to memorandum jakoś ocenić, to nie nazwałbym tego kompromisem. To zmiana pozycji Finlandii i Szwecji, i tak naprawdę akceptacja wielu postulatów Turcji. Określiłbym to jako zwycięstwo Ankary. Jednakże całokształt tego porozumienia można też uznać za "win-win" dla obu stron.

Przede wszystkim memorandum nie jest wiążące. Napisano tam bardzo dużo, ale zarazem bardzo mało. Na przykład w punkcie 5. memorandum ujęte zostało, że Szwecja i Finlandia będą się rozprawiały na ich terytorium z organizacją terrorystyczną PKK i z ich siostrzanymi rozgałęzieniami, o których imiennie nie wspomniano. NATO i UE zaś od dawna uznają walkę Turcji z PKK za słuszną. Finlandia i Szwecją, które są członkami UE, nie zobowiązały się więc do zmiany swojego stanowiska, lecz jedynie potwierdziły to, co już potwierdzały od lat na forum wspólnoty Europejskiej. Co ciekawe w 4. punkcie memorandum wymienione zostały partie siostrzane PKK: PYD, YPG oraz organizacja Gülena (FETÖ). Sęk w tym, że w punkcie 4 nie stwierdzono, że to są organizacje terrorystyczne, tak jak formułuje to Ankara. Użyto tylko eufemistycznego sformułowania, że Szwecja i Finlandia nie będą wspierać tych "organizacji". Memorandum tak naprawdę daje więc możliwość wykręcenia się ze wszystkiego, co jest tam napisane Szwecji i Finlandii.

Czyli Szwecja i Finlandia wyszły z twarzą?

Pamiętajmy, że to nie jest to dokument wiążący. To bardziej akt dobrej woli. Oczywiście widnieją tam podpisy ministrów spraw zagranicznych, no ale to nie jest dokument prawny. On nie może dyktować warunków członkostwa Szwecji i Finlandii w NATO.

Natomiast Turcja osiągnęła też bardzo dużo. Na agendę NATO-wską wprowadziła temat terroryzmu kurdyjskiego, który wykracza poza dotychczasowe sformułowania o PKK i rozszerza go o wyżej wymienione partie siostrzane. Mimo to, że to jedynie jest memorandum, to jednak przez cały miesiąc przed szczytem w Madrycie, media światowe rozmawiały o niczym tylko o terroryzmie w Turcji, a sam sekretarz generalny NATO był zmuszony, aby przyznać rację Turcji co do jej obaw w sprawie terroryzmu kurdyjskiego.

Warto dodać, że Ankara od wielu lat żaliła się, iż pomimo bycia drugą armią w NATO, nikt jej nie traktował na Zachodzie poważnie. Dlatego tutaj byłaby też możliwość zaznaczenia pozycji Turcji oraz pryncypialność i wagi, jaką Ankara odgrywa w walce z terroryzmem.

Jak zaznaczałeś mimo bycia autorytarnym państwem, Erdoğan musi bardziej się liczyć z opinią publiczną niż np. Putin w Rosji. Nadchodzą wybory parlamentarne. Czy twoim zdaniem wobec sytuacji wewnętrznej i zewnętrznej Erdoğan ma szanse przegrać? Czy jest jakaś siła, która może mu zagrozić?

Erdoğan zrobi wszystko, żeby utrzymać się przy władzy. Nie oznacza, że to będzie wystarczająco dużo, aby tę władzę zagwarantować. Jest możliwość, że wybory mogą pójść nie po jego myśli. Jednak pamiętajmy, że w Turcji mamy system prezydencki, gdzie Erdoğan de facto rządzi dekretami. Dlatego nadchodzące wybory parlamentarne w sumie niewiele będą mogły zmienić.

Erdoğan zrobi wszystko, żeby utrzymać się przy władzy

Turcja to proto-dyktatura, a parlament to w większości marionetki polityczne AKP. Instytucje są całkowicie zdominowane przez ludzi Erdoğana, a po puczu w 2016 roku państwo wyczyszczono z jakichkolwiek elementów antytureckich i antyrządowych. Wszędzie gdzie się dało, Erdoğan powsadzał swoich ludzi do wykonywania jego rozkazów. Policjanci, dyrektorzy szpitali, rektorzy uniwersytetów - wszystko dzisiaj wyznacza Erdoğan. Nawet jeśli opozycja wygra wybory parlamentarne, to nic się nie zmieni, dopóki Erdoğan nadal będzie prezydentem. Tak jak wspomniałem, to on mianuje ludzi na pozycje ministerialne i ma wpływ na różne urzędy. Stoi też na czele armii.

Czyli Erdoğan będzie wieczny?

Faktycznym zagrożeniem są natomiast wybory prezydenckie. Jest taki kandydat, Mansur Yavaş – mer Ankary, który według wielu sondaży, prowadzi nad Erdoğanem aż o 20 proc. Pytanie jest o resztę tureckiej opozycji, która składa się z sojuszu 6 partii. Czy oni będą w stanie wyłonić najlepszego kandydata, który pokona Erdoğana, czy jednak wyłonią tego, który chce najbardziej startować wyborach prezydenckich, ale nie koniecznie ma szanse odebrać Erdoğanowi władzę? Kemal Kılıçdaroğlu, lider największej partii opozycyjnej, jest taką osobą. Nie ma największego poparcia w badaniach, lecz ogólnie wygrywa z Erdoğanem, niemniej tylko kilkoma procentami. Natomiast Mansur Yavaş według sondaży wygrywa znacząco.

Jeżeli przegra z Kemalem Kılıçdaroğlu kilkoma procentami, to jestem przekonany, że Erdoğan dosypie te parę procent głosów, żeby wygrać. Dlatego tak ważne jest dla opozycji, żeby wygrać wyraźnie i bezdyskusyjnie. Erdoğan wciąż musi się liczyć z opinią społeczeństwa i gdy różnica faktycznie będzie tak duża (np. 20 proc.), to już tak łatwo nie będzie mu udawać, że wygrał.

Niestety po stronie opozycji trwa polityczna wojna, gdzie każdy chce być kandydatem na prezydenta. Wygląda na to, że osoba, która na daną chwilę faktycznie ma szansę zostać kandydatem wyżej wymienionych 6 partii opozycyjnych, to Kemal Kılıçdaroğlu - czyli ktoś, kto ma najmniejsze szanse na wysoki wynik wyborczy przeciwko Erdoğanowi. To dobrze nie wróży na przyszłość.

Adam Michalski
Adam Michalski
fot. arch. prywatne
Adam Michalski
Fot. arch. prywatne
Adam Michalski

Erdoğan przegrywa, oddaje władzę i mamy "happy end"?

Wtedy dopiero dla opozycji zaczną się schody. Nawet, jeśli opozycja wygra wybory prezydenckie i parlamentarne, to nadal będzie miała związane ręce. Oczyszczenie instytucji z ludzi Erdoğana może według mnie potrwać nawet ze dwie dekady. Czyli tyle ile islamistom z AKP zajęło wyczyszczenie instytucji z kemalistów i Gülenistów.

W każdym razie do oddania władzy przez Erdoğana droga bardzo daleka. Erdoğan jak mówiłem, zrobi wszystko, by utrzymać władzę. Pytanie, co to oznacza? Czy dosypanie kilka głosów, czy wyprowadzi armię na ulicę, jeżeliby przyszłaby taka konieczność? Erdoğan będzie robił wszystko by utrzymać się na fotelu prezydenta, a to najprawdopodobniej jeszcze bardziej pobudzi jego autorytaryzm. Delegalizacja partii, zamykanie opozycjonistów, rozpisywanie nowych wyborów… opcji ma bardzo dużo. Trzeba jednak mieć gdzieś z tyłu głowy, że każdy może się przeszacować w swoich kalkulacjach, a sam Erdoğan może się zmierzyć z wyzwaniem, którego się nie spodziewa.

Adam Michalski - analityk ds. Turcji w Ośrodku Studiów Wschodnich; absolwent University College London (MSc Security Studies) i The London School of Economics and Political Science (MSc International Relations); zdobywał doświadczenie analityczne w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji (MSWIA), Wise Men Centre for Strategic Studies (BILGESAM) i ostatecznie w Istanbul Policy Centre (IPC).

logo Tu się dzieje