Maciej Okraszewski
Maciej Okraszewski ze swoim psem Sadełkiem
fot: Dział zagraniczny/Facebook
POLSKIEGO CZYTELNIKA TO NIE INTERESUJE

Problemy Brazylijczyków są podobne do tych, z którymi mierzą się Polacy

10.02.2022 15:11

Od ponad dwóch lat prowadzi podcast „Dział zagraniczny”, w którym w fascynujący sposób razem z zaproszonymi gośćmi mówi o świecie: Ameryce Południowej, Afryce i Azji. Maciej Okraszewski, bo o nim mowa, opowiedział m.in. o kulisach powstawania swojego projektu. - W moim podcaście zawsze poruszam tematy nieoczywiste, z dużym rozstrzałem tematycznym – tłumaczy dziennikarz.

Sylwia Wamej: „Polskiego czytelnika to nie interesuje”. Takie słowa słyszałeś w redakcjach, gdy chciałeś poruszać zagraniczne tematy. Tak brzmi również podtytuł twojego podcastu, który odniósł ogromny sukces. W czym tkwi jego siła?

Maciej Okraszewski: Jak słyszę, że na przykład coś się nie klika w dużych portalach, to ja to rozumiem. Tam się szuka masowego odbiorcy i taki temat z zagranicy zwyczajnie może „nie zażreć” Natomiast jeżeli mówimy o mediach, które się wypozycjonowały jako ambitne: „Gazecie Wyborczej”, tygodniku „Polityka” czy radiu Tok FM, to dla mnie absurdalne jest to, że zagranicznych tematów jest tam tak mało. Znam media zachodnie i cały czas je czytam, w kilku różnych językach. Tam zdobywa się czytelników najbardziej prestiżowymi treściami, które są inne od wszystkich. A odnosząc się do mojego podcastu, uważam, że jego popularność wynika z kilku różnych czynników. Na pewno jest bardzo duża grup osób; kilkuset tysięcy osób potencjalnie, interesujących się światem, chcących wiedzieć coś więcej o miejscach, które odwiedzają na wakacjach i mogą dowiedzieć się o nich coś ciekawszego, niż tylko to, co przeczytają w przewodnikach.

Z drugiej strony myślę, że siłą „Działu zagranicznego” jest ta inność i nowość. Mimo wielu podcastów poświęconych światu, mój jest na tyle unikalny, gdyż mieści się w nim duży rozstrzał tematyczny, m.in. sport, ekologia czy prawa kobiet. W moim podcaście zawsze poruszam tematy nieoczywiste. Choć w Polsce są one niszowe, dla osób z Zachodu często są one oczywiste. Jako autor czasem sobie myślę, robiąc dany temat w odcinku, że on już jest oklepany. Tymczasem później słuchacze masowo udostępniają go w mediach społecznościowych i staje się on wiralem. Większość moich odbiorców nie czyta „Gazety Wyborczej” czy tygodnika „Polityka”. Nie dlatego, że są ideologicznie przeciwne tym mediom. Oni inaczej konsumują media. I w to się wbił też podcast, jako nowa forma medialna. Mam więcej słuchaczy, niż tygodniki mają czytelników. Ale jeśli patrzymy na mój projekt w sakli internetu, bo moje dziennikarstwo to działalność internetowa, to jest to skala mikro. Influencerzy i influencerki w konkretnych dziedzinach mają o wiele większe dotarcie, niż ja. Ale na szczęście to się cały czas rozwija i rośnie.

Na pewno jest bardzo duża grup osób; kilkuset tysięcy osób potencjalnie, interesujących się światem, chcących wiedzieć coś więcej o miejscach, które odwiedzają na wakacjach

Przez wiele lat pisałeś teksty do rozmaitych magazynów. Założyłeś też bloga „Dział zagraniczny”, aż wreszcie przyszedł czas na podcast. Skąd ten pomysł?

Podcast zacząłem robić przypadkiem. To miało być coś tworzonego po godzinach. Nowe otwarcie się na coś, co robiłem przez lata pracy dziennikarskiej. W momencie gdy zacząłem robić podcast, w Polsce zaczęły one zyskiwać popularność i ludzie się na nie otworzyli. Miałem wiele lat bloga, pisałem różne teksty do gazet i trochę mnie ta forma już męczyła. Moja dziewczyna powtarzała mi często, żebym zrobił podcast. W końcu po jej namowach postanowiłem, że go zrobię. Sam wtedy dużo słuchałem zagranicznych audycji.

Na początku myślałem, że będę tworzył wideo podcast na YouTube. W pewnym momencie wydało mi się to bardzo cringowe (żenujące – przyp. red). że będę opowiadał na YouTube o świecie, będąc na miejscu w Warszawie. Więc podcast wydał mi się ciekawszy. Na początku postanowiłem, że razem z zaproszonymi gośćmi będę dyskutował o Kanadzie, Tajlandii, czy Korei Południowej. Tak jak już wspominałem, wtedy ta forma podcastu w Polsce była taka nowa i niezagospodarowana. Początkowo dzwoniąc do kogoś z prośbą o rozmowę czy pisząc maila tłumaczyłem, czym jest podcast. Zacząłem więc go tworzyć, bez grubszego przemyślenia. To miała być kontynuacja mojego bloga w nowej postaci, ale bez żadnych planów czy założeń. Takie odświeżenie, coś nowego, co sprawi mnie satysfakcję. Okazuje się, że po dwóch i pół roku pracy przy podcaście, to najlepsza decyzja, jaką podjąłem w życiu.

Specjalizujesz się w tematach m.in. Ameryki Łacińskiej, Afryki czy Azji. Dlaczego akurat opowiadasz o wydarzeniach z tych części świata?

Od dawna interesowałem się światem, a najbardziej fascynowała mnie zawsze Afryka i Ameryka Południowa. Czytałem książki Wojciecha Jagielskiego i dział zagraniczny w „Gazecie Wyborczej”. Ciekawiło mnie zawsze wszystko, co inne. Początkowo myślałem, że zajmę się zawodowo Afryką. To właśnie ten kontynent absorbował mnie najbardziej. W 2005 roku pojechałem na trzy miesiące do Tanzanii. Będąc na miejscu nauczyłem się języka Kiswahili. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że nie jestem w stanie w tym języku wszędzie się dogadać. Pojechałem kiedyś pod Kigomę nad jeziorem Tanganika. Tam byłem w takim miejscu, gdzie ludzie nawet słabo w tym Kiswahili mówili. Angielskiego w ogóle nie znali. Wtedy to był dla mnie wtedy taki znak, że może być trudno.

Miałem też inne przemyślenia. Jeśli będę mówić w języku Kiswahili, to mogę relacjonować wydarzenia tylko z Afryki Wschodniej. Żeby opowiadać o Afryce Zachodniej musiałbym nauczyć się języka hausa. Przede wszystkim odstawałabym tam. Jako biały człowiek w Afryce zawsze będę z zewnątrz. Z kolei w Ameryce Południowej, a dokładniej w Brazylii, mam rodzinę, więc wiedziałem, że tam to wszystko wygląda zupełnie inaczej. Nawet ktoś taki jak ja, może sprawiać wrażenie miejscowego. Może nie w Paragwaju, czy Boliwii, ale na przykład w Argentynie, Brazylii, Kolumbii, spokojnie mógłbym uchodzić za tubylca. Znam też język hiszpański i portugalski, co jest dużo łatwiejsze w porozumiewaniu się tam na miejscu. Co by się nie wydarzyło, można przeskakiwać z jednego języka na drugi. I tak stwierdziłem więc, że zawodowo Afryka nie jest dla mnie, bo spędzę mnóstwo czasu na naukę afrykańskich języków, a i tak to nie pozwoli mi robić materiałów w taki sposób, w jaki ja chcę je tworzyć: czyli wchodzić w dane środowisko i opowiadać o nim.

Maciej Okraszewski
fot. Dział zagraniczny/Facebook
Fot. Dział zagraniczny/Facebook
Maciej Okraszewski

Będąc w Ameryce Południowej robiłeś właśnie w taki sposób swoje teksty i reportaże?

Większość materiałów tworzyłem tak, że miejscowi mnie zagarniali. Robiłem kiedyś taki reportaż w Brazylii o grafficiarzach z Sao Paulo. Trochę trudno było wejść do tego środowiska, ale mnie wprowadził tam były chłopak mojej koleżanki. Jednak musiałem spędzić trochę czasu, imprezując z tymi grafficiarzami, zanim zdecydowali się mnie zabrać na malowanie. Gdy chodziłem z nimi po mieście, mogłem wtopić się w tłum. Z kolei w Tanzanii mógłbym mieć problem, bo za bardzo wyróżniałbym się, jako ten biały człowiek z Europy.

Zdarzyły ci się niebezpieczne sytuacje za granicą, podczas tworzenia dziennikarskich materiałów?

Miałem kilkukrotnie takie niebezpieczne akcje. W Argentynie groził mi bronią diler narkotykowy, ponieważ wbrew wcześniejszej umowie zrobiłem zdjęcia. Robiłem materiał w jednym ze slumsów, zaraz przy głównym dworcu autobusowym w Buenos Aires. To dzielnica, której mieszkańcami pogardzają wszyscy inni żyjący w Buenos Aires. Realizowałem reportaż o dziewczynach grających w piłkę nożną, co miało wymiar rewolucyjny jak na tamto miejsce, bo piłka nożna w Argentynie jest religią.

Zresztą to widać na przykładzie Diego Maradony. Gdy zmarł, histeria, która ogarnęła ten kraj, była niesamowita, porównywalna jedynie ze śmiercią papieża w Polsce. Wracając do kobiet: One nie mogą grać tam w piłkę nożną. Dopiero od niedawna mają tam swoją ligę profesjonalną. Kiedyś robiłem fotoreportaż dziewczynom grającym w piłkę nożną. Któregoś razu one się spóźniały, a je czekałem na nie na boisku. W pewnym momencie przez murawę, a w zasadzie przez klepisko przenoszono figurę Matki Boskiej. Pomyślałem sobie, że to super scena i pobiegłem szybko ją sfotografować. Potem podszedł do mnie wspomniany diler, wyciągnął pistolet i powiedział, żebym skasował zdjęcia i nie robił ich, gdy na boisku nie ma dziewczyn. Nie wycelował we mnie, lecz to wystarczyło, żebym oblał się potem. Nie wiem, czy w tej figurze Matki Boskiej były ukryte narkotyki, czy coś w tle się działo, a ja mogłem to przypadkowo sfotografować.

Z kolei gdy robiłem wspomniany już materiał o grafficiarzach, również zdarzyła mi się niebezpieczna sytuacja. Któregoś razu bohaterowie mojego reportażu wspinali się po budynku, by jak najwyżej go otagować. To była noc, a ja czekając na nich, stałem z boku, na ulicy. Nagle podszedł do mnie do mnie chłopak, diler narkotykowy. Uznał, że ja jestem na jego terenie i zaczął się awanturować. Na szczęście jeden z grafficiarzy szybko zszedł z budynku i powiedział mu, że ja jestem z nimi. Wstawił się za mną.

Problemy mieszkańców Brazylii czy Argentyny bardzo różnią się od tych, z którymi borykamy się na co dzień w Polsce?

Te problemy są naprawdę bardzo często przekładalne na nasz kraj. Próbuję to oddać w insta stories, które nagrywam każdego ranka na Instagramie. Na przykład w danym kraju ministerstwo edukacji próbuje walczyć z ideologią gender w szkołach, a w innym państwie kobietom rząd chce zabronić aborcji, nawet w przypadku gwałtu. To są często takie sytuacje, które bardzo łatwo można odnieść do naszej rzeczywistości. Non stop dostaję wiadomości od osób, które śledzą mojego Instagrama, że na przykład za chwilę tak będzie w Polsce, lub dokładnie tak samo jest w Polsce. Ja oczywiście nie wybieram na stories takich wiadomości specjalnie. Po prostu jak widzę, że coś takiego się dzieje za granicą, mówię o nich, bo moim zdaniem są bliższe codziennego życia. Natomiast nie chcę nawiązywać celowo do Polski.

W twoich podcastach subtelnie da się usłyszeć, jakie masz poglądy dotyczące m.in. praw kobiet, czy mniejszości seksualnych. Jednak na Instagramie „Działu zagranicznego” nie zobaczymy Maćka Okraszewskiego na zdjęciu z protestu. Widać, że bardzo dbasz o swoją prywatność w mediach społecznościowych.

Nie czuję się swobodnie w wyrażaniu moich poglądów w mediach społecznościowych. Na moim prywatnym Instagramie nie wrzuciłem żadnego zdjęcia od czterech lat. Z Facebooka korzystam tylko informacyjne, na przykład sprawdzam posty osób, które są związane z tematyką latynoską. „Dział zagraniczny” to moja działalność zawodowa, moja praca, nawet gdy wykonywałem ją pro publico bono, gdzie nie było w niej żadnych pieniędzy.

Dla mnie to bardzo ważne, żeby utrzymać Instagrama w stylu, jaki jest do tej pory. Na wallu przedstawiam swoich gości i zajawiam temat odcinka podcastu. Nie chcę, żeby to był kanał „Maciej Okraszewski na siłowni”. Nagrywam te insta stories o piątej rano, bo o szóstej jestem na treningu. Najpierw mam godzinę ju-jitsu, a później godzinny trening na siłowni. Mógłbym nagrywać sparingi i informować, ile w tym tygodniu udało mi się zrobić przysiadów. Ja chcę, żeby ludzie przychodzili do „Działu Zagranicznego” po to, aby dowiadywać się czegoś o świecie. Zdaję sobie sprawę z tego, że media działają obecnie w taki sposób, że ta marka osobista jest bardzo ważna. Nie ukrywam, że chodzę na protesty od 2003 roku, od momentu, gdy przeprowadziłem się z Łodzi do Warszawy. Nie robię z tego tajemnicy i mogę spokojnie opowiedzieć na przykład w wywiadzie, jakie są moje poglądy na temat uprawnienia, mniejszości seksualnych, osób trans, Europy czy religii. Akurat mam poglądy antyklerykalne, co nie znaczy, ze w gdy mówię o religii w podcaście, nie traktuję tego tematu z szacunkiem. Widzę, jak ważna jest religia dla mieszkańców wielu krajów.

Natomiast nie jest moim zadaniem jako dziennikarza, agitowanie za czymkolwiek, bo wtedy zamienię się w aktywistę, a w najgorszym przypadku polityka, co mam nadzieję, nigdy się nie stanie. Każdy ma prawo do swoich poglądów i jako obywatel może występować w innej roli. Ja chodzę na protesty jako obywatel. Podpisałem petycję o liberalizacji ustawy antyaborcyjnej, bo w pełni zgadzam się z takim projektem. Ale zrobiłem to jako obywatel, a nie jako Maciej Okraszewski, prowadzący „Dział zagraniczny”. 

Nie jest moim zadaniem jako dziennikarza, agitowanie za czymkolwiek, bo wtedy zamienię się w aktywistę, a w najgorszym przypadku polityka

Wróćmy do twojego podcastu. W odcinkach poruszasz bardzo wiele rozmaitych zagadnień. Jak selekcjonujesz informacje i przygotowujesz się do danego tematu?

Jeszcze przed założeniem podcastu, wymyśliłem sobie system, w którym mam pozbierane adresy RSS gazet, stacji radiowych, serwisów informacyjnych (RSS to mowna rodzina języków znacznikowych do przesyłania nagłówków wiadomości i nowości na wybranych przez użytkownika RSS stronach. Zresztą teraz technologia pozwala na zaciąganie aktualności ze stron, które nawet nie podają tego RSS. Mam je pogrupowanie tematycznie na na kontynenty i języki. One wysyłają mi oczywiście kilka tysięcy wiadomości dziennie. To wszystko jest trudne do ogarnięcia, ale powiedzmy, że mam taką korową grupę, którą sprawdzam codziennie lub co dwa dni.

Ja czytam bardzo dużo wiadomości, jednak wystarczy, że zerknę na tytuł i lead, żeby wiedzieć co się dzieje. Pomiędzy tymi materiałami wskakują też czasem reportaże, lub krótkie depesze z nietypową tematyką lub z czymś, co jest zaskakujące. Wtedy zapisuję je sobie w archiwum, które prowadzę już od dziesięciu lat. Mam je podzielone na kontynenty i kraje. Dany temat zapisuję datami, żeby wiedzieć, co było wcześniej, a co później. Wybierając zagadnienia w podcaście, dane wydarzenie nie musi być aktualnością, ale staram się selekcjonować informacje tak, aby to było coś, co zdarzyło się w ciągu ostatnich trzech miesięcy.

Wtedy robię research i to jest ta część, która zabiera mi najwięcej czasu. Z reguły trwa około tygodnia i polega na gromadzeniu wszystkich materiałów, jakie mogę znaleźć na dany temat. Jak już ma to wszystko przygotowane, to układam sobie w głowie, jak mogłaby wyglądać taka rozmowa z zaproszonym gościem. Wtedy sobie notatki, wyciągam poszczególne dane oraz nazwiska i układam to wszystko w osobnym pliku. Na koniec tworzę scenariusz i myślę, jak dla osoby, dla której to jest temat zupełnie nowy i na przykład nic nie wie o kraju Eswatini - jak powiedzieć taką historię, żeby ją zainteresowała i nie znudziła. Ta opowieść musi być informacyjna dla kogoś, kto nic nie wie o o tym kraju, ale również dla kogoś, kto ma o nim pojęcie. Więc po to jest ten scenariusz, który ma logiczne rozpoczęcie i zakończenie. Dopiero na tym etapie szukam kogoś do rozmowy. Sprawdzam, kto się na tym zna, kto się tym zajmuje i ma na przykład publikacje naukowe na dany temat.

Podróżnik Roman Husarski (z lewej) podczas nagrywania odcinka podcastu z Maciejem Okraszewskim (z prawej)
fot. Dział zagraniczny/Facebook
Fot. Dział zagraniczny/Facebook
Podróżnik Roman Husarski (z lewej) podczas nagrywania odcinka podcastu z Maciejem Okraszewskim (z prawej)

Trzeba przyznać, że goście są ogromną siłą twojego formatu. Zdarzyły ci się sytuacje, gdy zaproszona do podcastu osoba zawiodła?

Tak, oczywiście, goście są siłą „Działu zagranicznego”, jednak podkreślę, że w Polsce nie ma specjalistów od wielu krajów. Są też osoby, które badają je w taki sposób, że na przykład mogą opowiedzieć o literaturze XVI wieku w danym państwie, ale nie o tym, czym interesują się współcześni mieszkańcy. Jeśli nie ma odniesienia do aktualnych czasów, to mnie to nie interesuje.

Zdarzają mi się też takie sytuacje, że potrafię do kogoś wysłać scenariusz odcinka, umówić się na rozmowę, a później taka osoba mnie zwodzi. Orientuje się, że dany temat wymaga bardzo dużo czasu i przygotowania. I przekłada rozmowę na za dwa tygodnie, cztery czy sześć. Czasem muszę po prostu dać sobie spokój i zrezygnować z rozmowy. Z kolei jeśli potencjalny gość mówi mi, że dany temat jest ciekawy, ale na przykład nie da rady się do niego odpowiednio przygotować, bo ma za dużo innych obowiązków, to ja to rozumiem.

Pamiętam też osobę, która nie chciała w podcaście wystąpić, bo podejrzewam, że nie chciało się jej przygotować do wywiadu. Wtedy też nie bardzo rozumiała, czym jest podcast. Natomiast, gdy „Dział zagraniczny” stał się popularny, to ta osoba sama się do mnie zgłosiła. Może i bym z tą nią porozmawiał, natomiast za pierwszym razem potraktowała mnie kompletnie bez szacunku. Mam uraz i nie mógłbym z takim człowiekiem dobrze rozmawiać w programie.

Natomiast jeśli chodzi o samo spotykanie się z gośćmi i nagrywanie z nimi rozmów, to nigdy nie robię tego przez internetowe komunikatory. Jeżdżę do nich z całym sprzętem i nagrywamy rozmowę. Zdarza się, że pytam, czy gość będzie w najbliższych dwóch czy trzech miesiącach w Warszawie. Niestety, teraz kilka zaproszonych osób wypadło mi z powodu koronawirusa.

Który odcinek twojego podcast poniósł się najbardziej w sieci, a który najmniej?

Najwięcej odsłuchań miał pierwszy odcinek z Joanną Gierak-Onoszko, pt. „Jak Kanada przetrąciła życie setkom tysięcy dzieci”. Do tej pory to najpopularniejszy. Dużo ludzi chce po prostu wysłuchać pierwszego odcinka. Poza tym najlepiej słuchają się odcinki o tematyce przestępczej i moje solowe. Z kolei najsłabiej słuchają się te sportowe. Nie wiem, z czego to wynika, jednak ja wciąż je realizuję. Uważam, że sport też jest formą opowiadania o świecie.

Wciąż rozwijasz swój podcast. Oprócz rozmów z gośćmi i odcinków solowych, realizujesz też reportaże zagraniczne, jak na przykład ten o tym, dlaczego w Szkocji przedawkowuje najwięcej ludzi w Europie. Docelowo chcesz robić więcej wyjazdowych materiałów?

Zagraniczne reportaże powstają oczywiście dzięki wsparciu odbiorców w serwisie Patronite. Gdy zobaczyłem, że te pieniądze zaczynają rosnąć, zastanowiłem się, co ja chciałbym najbardziej robić. Nie chcę być panem od wywiadów, choć owszem to ciekawa praca, bo poznaję ciekawych ludzi i robię interesujące tematy. Ludzie mi mówią, że bardzo dobrze przeprowadzam te rozmowy, jednak to nie jest coś, w czym ja do końca się spełniam.

Pomyślałem więc, że chcę jeździć za granicę, bo jestem dziennikarzem zagranicy i chcę pokazywać, jak funkcjonuje świat. Tego się nie da robić zza biurka. Więc jak w pewnym momencie pieniądze na Patronite zaczęły rosnąć, zacząłem je odkładać. Gdy już zaszczepiłem się drugą dawką, pojechałem robić reportaż do Szkocji o uzależnieniach. Później wyruszyłem na Litwę, robić materiał o neopoganach. Byłem też w Hiszpanii, gdzie stworzyłem reportaż o ekologii. Mam nadzieję, że w lutym go opublikuję. 

Mam też kilka krajów na liście, które chciałbym odwiedzić w celach zawodowych. Konkretne tematy do konkretnych krajów mam rozpisane. Na razie wszystkie są w Europie, póki sprawa covidowa jest, jaka jest. Chciałbym pojechać też do Kolumbii i zrobić tam trzy materiały. Miałem plan, aby wrócić do relacjonowania z granicą: cel został osiągnięty.

Mając pieniądze na wyjazdy, mogę też zabrać ze sobą kamerzystę. Teraz chciałem zacząć kolejny projekt w ramach „Działu Zagranicznego”, ale jeszcze nie mogę o nim mówić. Natomiast docelowo chcę przedstawiać w podcaście tylko materiały z zagranicy. Te wywiady, które robię w moim programie są jego korową częścią i to jest super. Jednak reportaż z zagranicy ma dla mnie trzy razy większą wartość, niż rozmowa w Warszawie. Uważam, że dla dziennikarstwa zagranicznego solą tego zawodu jest pojechanie na miejsce, zobaczenie, opisanie. I to jest model, do którego będę dążył. Żeby było jak najwięcej materiałów z miejsca, ze źródła.

Reportaż z zagranicy ma dla mnie trzy razy większą wartość, niż rozmowa w Warszawie

Masz 2430 patronów w serwisie Patronite i naprawdę spore zasoby finansowe na realizowanie dziennikarstwa, takiego, jakie chcesz. Co sprawia, ze osoby wspierające twoją działalność, ufają ci?

Wydaje mi się, że mój format jest bardzo unikalny. Oczywiście są w Polsce audycje o świecie, tak jak popularny podcast Dariusza Rosiaka „Raport o stanie świata”. Darek robi coś jednak zupełni innego, niż ja. Bliżej tego, co ja tworzę, jest na przykład podcast Pawła Drozda – „Brzmienie Świata z lotu Drozda”. Wracając do twojego pytania. Ci, który mnie wspierają finansowo, ale też ci, który mnie po prostu słuchają, piszą do mnie z dobrym słowem, podkreślając, że słychać, że bardzo dużo pracy zostało włożonej w ten format. To nie jest tak, że ja sobie biorę 30 tysięcy do kieszeni z Patronite, wydając na swoje przyjemności. Moi patroni widzą, że te pieniądze idą na rozwój tego projektu.

Co byś poradził komuś, kto chce tworzyć podcast, lecz nie wie, jak zacząć?

Podcasty to jest super prosta forma, dużo łatwiejsza niż YouTube. Poza tym jest na fali wznoszącej. Algorytmy też sprzyjają. Jak się pojawiają nowe podcasty i zdobywają popularność, to algorytmy sztucznie podbijają je do góry. Czyli na wyższych miejscach potrafią się nagle znaleźć materiały, które wcale nie są słuchane tak mocno, jak te podcasty, które zawsze są w pierwszej 20-tce. Pojawiają się w niej nowe rzeczy, które tam się utrzymują, a potem spadają, na przykład po miesiącu. Okazuje się, że one nie mają takiej słuchalności, ale algorytm je podbija.

Oglądaj

W związku z czym to jest moim zdaniem dobry pomysł, bo inaczej nigdy by się nic nowego nie przebiło. Więc to jest zachęcające. Warto dodać, że lepiej przebijają się podcasty robione przez ludzi, którzy mają duży zasięg w mediach społecznościowych. Ale warto próbować. Natomiast moja rada jest taka: po pierwsze robić, a nie myśleć. W trakcie tworzenia na bieżąco można się uczyć i to jest dobre. Warto szukać swojego pomysłu, a nie próbować kopiować innych. Teraz wszyscy próbują robić to, co co inni. Jak były dwa czy trzy podcasty true crime, to teraz jest ich pięćdziesiąt. Podcast Joanny Okuniewskiej był jeden, potem pojawiły się inne, bardzo do niego podobne. Tak samo jest z formatami o zdrowiu psychicznym, których teraz jest bardzo dużo.

Trzeba szukać własnego pomysłu, a nie próbować kopiować. Na przykład z podcastów o świecie są takie, które koncentrują się na danym kraju. „Mao powiedziane”, to format poświęcony Chinom. Warto zastanowić się, czego bym chciał, chciała posłuchać, a tego nie ma i to po prostu zrobić. Albo pomyśleć sobie tak, że mogę zrobić podcast , który jest już poświęcony jakiemuś tematowi, ale można zrobić go inaczej: bardziej ciekawie i interesująco.

Jeśli ktoś chce zrobić podcasty, to niech zaczyna z myślą, że zrobi to z pasji, a nie dla pieniędzy. Tak było ze mną. Ja nie zakładałem, że to będzie model finansowy, który się sprawdzi. To wyszło samo. Gdybym założył, że będę na tym zarabiał, to przez pierwsze dziewięć miesięcy dałbym sobie spokój W jaki sposób dany podcast będzie rozwijać się, to często jest wypadkowa i przypadek.

Czy podcasty mogą wyprzeć tradycyjne reportaże? A może się uzupełniają?

Reportaże i podcasty ewoluują, uzupełniają się. Zresztą w Polsce brakuje dobrych podcastów dziennikarskich. Przyjęło się, że to po prostu wywiad, a to nie o to chodzi. Brakuje świeżych formatów, choć one oczywiście powstają. Ja bym to porównał do sytuacji sprzed lat, jak to było z reportażem książkowym. W 2005 roku reportaż książkowy był raczkujący, a potem zrobił się na nie prawdziwy boom. Teraz mam wrażenie, że wręcz jest przesyt. Tak samo może być z podcastem. Będzie rósł przez następne kilka lat. Wydaje mi się, że będzie więcej formatów rozrywkowych, komercyjnych, niż tych dziennikarskich. Te oczywiście będą też powstawały. Pojawią się nowe formy i kolejne, inne. Być może dziennikarstwo przeniesie się na Tik Toka. Dziś wydaje się, że jest to niemożliwe, lecz za pięć lat może to być naturalne i przykładowo na Tik Toku znajdą się wywiady, czy nawet publicystyka.

Maciej Okraszewski - Dziennikarz najbardziej związany z tematyką latynoską. Publikował do "Polityki", "Wprost", "Gazety Wyborczej", "Newsweeka" oraz "National Geographic". Regularnie opowiada o Hiszpanii oraz Ameryce Łacińskiej na antenach radia Tok FM i Polskiego Radia, a także przed kamerami TVN24 i Polsat News. Od 2019 roku autor podcastu "Dział zagraniczny". Porusza w nim tematy, o których w polskich mediach słychać niewiele lub wcale.

logo Tu się dzieje