Decyzję o wyjeździe ze Lwowa podjąłem późnym popołudniem w piątek. Dzień wcześniej potwierdzono informację o bombardowaniach kilku celów wojskowych oddalonych zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od miasta. Dla wielu mieszkańców i turystów był to sygnał, że należy uciekać ze Lwowa. Obserwując coraz większy exodus z miasta i sytuację przy polsko-ukraińskich przejściach, chciałem zrobić zapasy żywności na podróż, ale było już na to za późno. Lwów o zmroku przypominał miasto-widmo.
Jedyne osoby, które spotkałem wieczorową pora na ulicach, to te które z walizkami czekały na transport w stronę granicy. Ze względu na godzinę policyjną, markety i restauracje były już zamknięte. Nawet popularne fast-foody pozamykano na cztery spusty. W jedynym otwartym punkcie – kebabie – usłyszałem, że przed chwilą skończyło się im już mięso. Wyjazd z miasta przełożyłem zatem na sobotni poranek.
Żołnierze patrolujący ulice Lwowa
O 5:14 lokalnego czasu – już trzeci dzień z rzędu – usłyszałem syreny alarmowe informujące o alarmie bombowym w mieście. To sygnał dla wszystkich, aby błyskawicznie zbiec do schronów. Kiedy podobny sygnał budził mieszkańców i turystów w poprzednich dniach, część osób zdawała się ignorować wezwania o ukrycie się. Tego poranka było inaczej. Kilkadziesiąt sekund po uruchomieniu syren w mieście, odebrałem telefon z recepcji, że mam natychmiast zbiec na dół.
Wszyscy do schronu
W hotelu, w którym się zatrzymałem, za schron służy podziemna stołówka. Zameldowali się tam wszyscy hotelowi goście. Wśród nich matki karmiące dzieci piersią. Wiele osób do schronu zbiegło w kurtkach i z bagażami w obawie, że zostaniemy tam na wiele godzin. Na szczęście, po 40 minutach otrzymaliśmy informacje, że możemy wyjść.
Podziemna stołówka posłużyła za schron podczas alarmu we Lwowie
Po godzinie 9:00 w sobotę zrobiłem zapasy żywności na drogę w jednym z niewielu otwartych sklepów w mojej okolicy i wyruszyłem samochodem w stronę polsko-ukraińskiego przejścia granicznego Rawa Ruska-Hrebenne. W normalnych warunkach przejazd tą trasą zajmuje niespełna 2 godziny. W moim przypadku podróż trwała prawie dwie doby – dokładnie 44 godziny. Przy wyjeździe ze Lwowa zatrzymałem się na stacji paliw, by uzupełnić braki w baku. Jeszcze przed wjazdem na Ukrainę, zatankowałem samochód do pełna. Kupiłem zaledwie 10 litrów benzyny, by w miarę spokojnie dotrzeć na granicę.
Popularne w magazynie
Miałem szczęście, bo paliwo jest teraz reglamentowane i na stacjach można zatankować max. 20 litrów, a to może nie wystarczyć na dziesiątki godzin spędzonych w przygranicznych korkach. Na 70 km odcinku pomiędzy Lwowem a Rawą Ruską, byłem kontrolowany 3 razy przez żołnierzy ukraińskiej obrony terytorialnej. Wspomagali ich mieszkańcy z małych wiosek z długa bronią na ramieniu. Stacjonowali w prowizorycznych punktach kontrolnych stworzonych z zasieków i worków z piaskiem przy wyjeździe z miasta. Przy niektórych z tych punktów, obok ukraińskich flag, powiewały również te banderowskie.
W tych miejscach zatrzymywane są wszystkie samochody. Żołnierze legitymują wszystkich pasażerów, pytają o cel podróży oraz przeszukują bagażniki. Wszystko po to, żeby zidentyfikować rosyjskich dywersantów. Według mera Lwowa, grasują oni po mieście od wielu tygodni, namierzając strategiczną infrastrukturę przed planowanym atakiem. W kilku miejscach po drodze widziałem też czołgi ukraińskiej armii.
Do przejścia granicznego teoretycznie prowadzi kilka alternatywnych dróg. Kiedy próbowałem w ten sposób ominąć gigantyczny korek, zostałem zatrzymany przez cywilów z bronią, którzy w żołnierskich słowach kazali mi zawrócić i przemieszczać się główną drogą.
Przed godziną 12:00 w sobotę dojechałem do miejscowości Moszczana. To 20 km od przejścia granicznego. Tutaj kończył się sznur ponad 4 tysięcy aut, które czekały w kolejce do przekroczenia granicy. Kolejka posuwała się w żółwim tempie dosłownie o kilka metrów co 15 minut. Była to okazja do rozmów z ludźmi, którzy utknęli w gigantycznym korku. Tatiana -Ukrainka, która była w aucie przede mną, uciekała z Kijowa z mężem i dwójką dzieci. Decyzję o ewakuacji z kraju podjęli chwilę po tym, jak w swoim mieszkaniu w stolicy Ukrainy usłyszeli pierwsze wybuchy. Kobieta może opuścić kraj razem z mężem, ponieważ jest on obywatelem Turcji. Gdyby był Ukraińcem, nie zostałby przepuszczony przez granicę z powodu powszechnej mobilizacji. Takich dramatów obserwowałem tutaj dziesiątki. Mężowie starają się zawieźć swoje żony i dzieci jak najbliżej granicy, by potem pokonały one granicy pieszo.
Sznur samochodów w kierunku polskiej granicy
Co kilka minut mój samochód mijały grupy kobiet, które w jednej ręce trzymały bagaż, a w drugiej –dłoń swojej córki lub syna. Wiele matek do granicy pchało też wózki z małymi dziećmi. Kiedy proponowałem im transport samochodem, z ogromna wdzięcznością. ale jednak odmawiały. Przekonywały, że szybciej dotrą do granicy na piechotę. I miały rację.
W korku mijają mi kolejne godziny, powoli zapada zmrok, do granicy przybliżyłem się może 300 metrów. Do celu pozostało prawie 20 kilometrów. Wiem, że mnie i kilka tysięcy ludzi zmierzających w tym samym kierunku, czeka noc spędzona w samochodzie. Trudno mówić o próbie jakiegokolwiek snu, bo mimo że kolumna samochodów niemal nie drgnie, to jednak co kilkanaście minut posuwa się o kilka metrów, więc trzeba zachować czujność, żeby nie stracić miejsca w kolejce. Wielu kierowców w podróży jest już od kilku dni. Nawarstwiające się przemęczenie i brak snu powodują, że w nocy mimowolnie zasypiają za kółkiem. Wtedy kierowcy z aut z tyłu trąbią albo pukaniem w okno starają się ich obudzić.
Wielogodzinnej ewakuacji i oczekiwaniu na przekroczenie granicy nie sprzyja też pogoda. Mimo, że w ciągu dnia świeciło słońce i temperatura była na plusie, w nocy termometry pokazywały -3 stopnie. Nad ranem padał też śnieg. Uchodźcy, którzy do granicy wędrowali pieszo ratowali się rozpaleniem przydrożnego ogniska i okryciem się kocem. Osoby w samochodach odpalały w samochodach silniki, żeby się ogrzać, ale trzeba to było robić z głową. Każdy miał świadomość, że praca silnika przez kilkadziesiąt godzin bez przerwy może wyczerpać paliwo, a w pobliżu nie było widać żadnej stacji. Dlatego większość kierowców ogrzewanie w samochodzie włączała w nocy raptem kilka razy i to na kilka minut.
Reporter Radia ZET w drodze do polskiej granicy
Nastaje niedzielny poranek. Na poboczu widzę muzułmanów rozkładających dywany i rozpoczynających modlitwy. Obok nich także liczna grupa czarnoskórych uchodźców, którzy ewidentnie po ukraińskiej stronie są traktowani gorzej niż pozostali. Pogranicznicy zatrzymują ich co kilka kilometrów i rozkazują czekać, bez podania konkretnego powodu. Wśród wszystkich oczekujących na przekroczenie granicy rośnie ogromna frustracja. Także po stronie kierowców.
Co kilka minut wielu z nich opuszcza samochodową kolumnę i lewym pasem – pod prąd – stara się ominąć gigantyczny korek, by zbliżyć się do granicy. To rodzi ogromną agresję pozostałych kierowców. Dochodzi do przepychanek. Niektórzy oczekujący w korku specjalnie zajeżdżają drogę wyprzedzającym samochodom. Jeśli to nie przynosi oczekiwanego efektu, kierowcy gromadzą na poboczach gałęzie, tworząc prowizoryczne zapory uniemożliwiające jazdę tą drogą.
Wielu osobom zmierzającym w stronę granicy powoli kończą się zapasy żywności, których nie ma możliwości uzupełnić. Najbliższy sklep jest w Rawie Ruskiej, aż 15 km stąd. Dojechać można tam tylko stojąc w korku. Na szczęście, im bliżej granicy, tym więcej gromadzi się tam wolontariuszy. Także z Polski. Spotykam grupę sióstr zakonnych, które przekroczyły granicę tylko po to, żeby dokarmiać oczekujących w kolejce do przejścia. Na poboczu gotują zupę i w plastikowych talerzach wręczają ją chętnym. Dla wielu to pierwsza szansa na ciepły posiłek od kilkudziesięciu godzin. Na pożegnanie każdemu wręczają też tabliczkę czekolady.
Mijają kolejne godziny spędzone w kolejce do granicy. Przede mną widzę dzieci stłoczone w bagażnikach samochodów. Choć na chwilę starają się zapomnieć o trudach wojny. Układają kostkę Rubika i rysują na kartkach. Wiele osób uciekając w popłochu ze swoich domów, nie zapomniało o czworonożnych przyjaciołach. Przy poboczu widzę masę psów. Ich właściciele, jak co rano, wyprowadzają je na spacer. Chociaż tym razem, to spacer w wyjątkowych okolicznościach.
Po 44 godzinach spędzonych w kolejce, w poniedziałek rano udaję mi się dotrzeć do granicy i wjechać do Polski. To właśnie nasz kraj staje się miejscem schronienia dla największej liczby wojennych uchodźców z Ukrainy. Także ze względu na najlepiej rozwiniętą sieć dróg w stronę granicy z Polską. Od początku rosyjskiej inwazji, do naszego kraju z Ukrainy przyjechało ponad 450 tysięcy osób. Na Węgry skierowało się blisko 100 tysięcy uchodźców. Ponad 30 tysięcy ludzi z Ukrainy ewakuowało się do każdego z pozostałych sąsiednich krajów: Mołdawii, Rumunii i Słowacji.
Wcześniej, w kolejce do przejścia granicznego, spotykam Pawła. To dekarz z Lubelszczyzny i pasjonat górskich wspinaczek. Na Ukrainę pojechał po rodzinę swojego przyjaciela.
Paweł, który wraz z rodziną uciekł z Ukrainy do Polski
- To rodzina mojego przyjaciela Michaiła, który od lat pracuje tutaj ze mną w Polsce. Dziewczynki to 5-letnie Arina i Angelina. Żona nazywa się Walentyna. Jeszcze przed wybuchem wojny rozmawialiśmy, że jak będzie trzeba to pojadę po nich i zabiorę je do siebie. Michaił zadzwonił do mnie w piątek rano, żebym przyjechał po jego rodzinę. Najtrudniej było przekonać jego żonę, żeby zostawiła męża, rzuciła wszystko i wyjechała do Polski. Ostatecznie się udało nakłonić ją do wyjazdu, więc wsiadłem w auto i ruszyłem po nich do Iwano – Frankowska.
„Dziewczynki tęskniły za tatą”
Paweł opowiada o trudach podróży i dramatycznym rozstaniu dzieci i żony z mężem, który musiał zostać na ogarniętej wojną Ukrainie. Rozmawiam z nim już po przekroczeniu granicy, kiedy są już bezpieczni w Polsce.
- Dziewczynkom staraliśmy się tłumaczyć, że jadą do nas w gości, że tata później przyjedzie, bo musi coś pozałatwiać na Ukrainie. One jeszcze do końca nie rozumieją, że jest wojna, że tam giną ludzie. Cały czas płakały za tatą. Mówiły, że chcą wracać do swoich piesków i zabawek. W trakcie podróży cały czas staraliśmy się zając im czas, ale nie było to łatwe, bo spędziliśmy dwie doby w samochodzie. Dla nas dorosłych to było ciężkie, a co dopiero dla dzieci. Psychicznie przeprawa przez granice była dla mnie trudniejsza niż wejście na Mont Blanc. Dantejskie sceny się tam dzieją. Ludzka tragedia, kilkanaście kilometrów kolejki.
Po ponad 48-godzinnej przeprawie przez przejście graniczne Rawa Ruska-Hrebenne, Walentyna wraz z córkami Ariną i Angeliką zamieszkały w domu Pawła pod Łukowem.
- Dziewczyny dobrze się czują. Wszystko jest dla nich nowe. Od rodziny mamy pomoc, każdy przynosi zabawki, żeby dziewczyny na chwilę zapomniały o tej trudnej rozłące. Już załatwiamy dla nich przedszkole tutaj w okolicy. Chodzi o to, żeby miały też zajęcie, bo siedząc tylko w domu roznosi ich energia. Staramy się też znaleźć pracę dla Walentyny – relacjonuje Paweł.
Cały czas są w kontakcie z ojcem Michaiłem. W tej chwili jest bezpieczny na zachodzie Ukrainy, ale jego żona zdaje sobie sprawę, że Arina i Angelika mogą już nigdy nie zobaczyć taty.