Hennrich Himmler
Hennrich Himmler
fot: AKG Images/East News

"Spowiedź" Himmlera. „Musieli szykować do zagazowania najbliższą rodzinę”

03.11.2022 09:58

Heinrich Himmler, twórca obozów koncentracyjnych, przez wiele lat prowadził dzienniki, w których skrzętnie zapisywał wszystko, co działo się w jego życiu. Jednak dotychczas nikt nie miał pojęcia o tym, że kilka dni przed jego śmiercią odbyła się rozmowa, w trakcie której wyjawił prawdę o swojej biografii i zbrodniczej działalności, nie unikając mało znanych szczegółów. 

Do stenogramu tej rozmowy dotarł Christopher Macht, autor bestsellerowej serii „spowiedzi” Hitlera i innych nazistowskich dygnitarzy. Prezentujemy fragmenty jego najnowszej książki.

Sonderkommando. Co to takiego?

Himmler był wyraźnie zdziwiony, że takie pytanie padło. Nie ukrył tego na swojej twarzy, przybierając wyraźnie zaskoczoną minę. Morrison był zadowolony. Wiedza brytyjskiego wywiadu o obozach koncentracyjnych była znacznie bardziej rozległa, niż przypuszczał Himmler. Teraz westchnął ciężko i kontynuował: 

– Sonderkommando to specjalne oddziały, czyli komanda złożone z młodych więźniów, które były tworzone do realizowania, nazwijmy to, pewnych zadań specjalnych. Byli to ludzie mający na swoim koncie gwałty, grabieże, morderstwa, często nadużywający alkoholu. Jednym słowem, był to zbiór kryminalistów pracujących pod kontrolą esesmanów. Musieli to być rośli, silni i zdrowi mężczyźni, będący w stanie sprostać ciężkiej pracy. Byli ulokowani w osobnych barakach otoczonych wysokim murem, by nie mogli rozmawiać z innymi obozowiczami.

Czym oni się zajmowali?

Wszystkim, co było potrzebne w danej chwili. Chociażby obsługą krematoriów czy komór gazowych. To właśnie oni nadzorowali moment, w którym więźniowie się rozbierali, zanim byli wpychani do komór gazowych. Chyba nie było dla nich zadań, których by się nie podjęli.

Zaraz, zaraz. Jak to więźniowie się rozbierali?

To pan nie wie, o co chodzi?

Nie do końca… Chciałbym to usłyszeć z pana ust.

Właściwie to nie ma się co dziwić, że można o tym nie wiedzieć… Nigdzie publicznie się tym nie chwaliłem. Mianowicie, komory gazowe przypominały łaźnie z prysznicami. Dlatego przed wejściem do nich nakazywano więźniom, by się rozebrali. Wmawiano im też, że po kąpieli i dezynfekcji otrzymają nowe ubrania.

Sonderkommando miało nadzorować ten proces, uspokajać tych, którzy coś przeczuwali, a największych panikarzy wyprowadzać poza „przebieralnie”, by nie siać większej paniki. Po tym, gdy więźniowie już zdjęli odzienie, Sonderkommando zaganiało ich pod prowizoryczne prysznice. Następnie zamykano na cztery spusty pomieszczenie z więźniami, po czym z pryszniców zamiast wody wylatywała para. Właściwie był to trujący gaz cyklon B. Chwilę później inni więźniowie z Sonderkommando zbierali zwłoki i nosili je do miejsca, gdzie były palone.

Nie jestem w stanie tego pojąć. Opowiada pan o tym wszystkim, jakby to było coś normalnego. A to przecież jest chore!

Tak? To proszę posłuchać tego! Członkowie Sonderkommando mogli żywić się tym, co znaleźli u ludzi, którzy chwilę później ginęli w krematorium. Co więcej, mieli przywileje mieszkania w barakach z dala od pozostałych więźniów. W tamtym czasie pewnie wielu chciałoby być na ich miejscu!

Tak pan „zachwala” Sonderkommando, że aż boję się spytać o złe strony przynależności do tej grupy…

Proszę się nie bać. Do odważnych świat należy! A mówiąc poważnie, wadą na pewno było to, że czasem trzeba było rozbierać i szykować do zagazowania swoich najbliższych. I nie było zmiłuj się, przebacz. To była wojna, podczas której trzeba było wykonywać rozkazy!

Chce mi pan powiedzieć, że dochodziło do sytuacji, w której członek Sonderkommando kazał się rozebrać swojej żonie, po czym wypychał ją pod pozorne prysznice, które w rzeczywistości chwilę później miały ją zagazować?

W rzeczy samej tak właśnie było!

Po moim ciele przeszły właśnie ciarki. Trudno uwierzyć, że takie ludzkie dramaty miały miejsce!

Poważnie?! To pan chyba nie słyszał o tak zwanych „dentystach” i „fryzjerach”.

Rzeczywiście o nich nie słyszałem… Kto to taki?

Proszę sobie wyobrazić, że po tym, gdy z pseudopryszniców zaczynał lecieć trujący gazowy wyciek, ludzie umierali. Po wywietrzeniu komory przychodziło Sonderkommando, a pośród należących do niego więźniów byli tak zwani „dentyści”. To ludzie, którzy mieli przeszukiwać zwłoki w poszukiwaniu biżuterii – złotych i srebrnych pierścionków, zębów, monet, drogich kamieni. A do tego – jak sama nazwa wskazuje – mieli prymitywne obcęgi, za pomocą których wyrywali ofiarom złote zęby. Z kolei „fryzjerzy” obcinali włosy martwym kobietom – robiono z nich, chociażby szczotki i miotły.

Książka "Spowiedź Himmlera" od Wydawnictwa Bellona
Książka "Spowiedź Himmlera" od Wydawnictwa Bellona
fot. mat. prasowe
Fot.

To jest przerażające.

Pewnie tak, szczególnie gdy się o tym opowiada. Wówczas była jednak wojna i działaliśmy według obranej ideologii.

Nie zmienia to faktu, że nie ma w tym ani krzty człowieczeństwa.

Być może. Nie będę tego komentował, bo co bym nie powiedział, to i tak zostanie to odebrane jako próba obrony… Jeśli pan pozwoli, to dokończę opowieść o tym, co robili dalej kolejni członkowie Sonderkommando.

Śmiało…

Przeszukane zwłoki, pozbawione złotych zębów i włosów, ciągnęło się do wind, którymi przewożono je do spalenia. Często więźniowie Sonderkommando rozpalali wielki ogień na stosach drewna, a inni układali na tych płonących stosach zwłoki. Woń była przerażająco nieprzyjemna, wielu zbierało się na wymioty, inni mdleli. Dlatego tak ważni byli ludzie w tej „robocie”.

Morrison wyraźnie zbladł na twarzy. Opowieść robiła na nim wstrząsające wrażenie, ale nie chciał tego okazać i kontynuował rozmowę bez chwili przerwy.

Na jak długo więźniowie znajdowali zatrudnienie w Sonderkommando?

Początkowo plan zakładał, by mordować ich co jakiś czas. Jednak praktyka pokazała, że to nie był dobry pomysł. Doświadczeni pracownicy Sonderkommando byli na wagę złota. Wykonywali pracę zdecydowanie szybciej niż ci nowi, dlatego nie mordowaliśmy ich wszystkich, tylko częściami. Na przykład pół grupy było zabijane, a do pozostałych dokooptowywano nowych pracowników. I tak to wyglądało rotacyjnie. Kompletne wymordowanie Sonderkomman-do, według mojej wiedzy, miało miejsce tylko raz. Bodaj w 1942 roku. Później już tak nie czyniliśmy z powodu, o którym przed momentem mówiłem.

Wielu próbowało uciec?

Nie. Niewielu, bo z tych, którzy próbowali uciec, nikomu się to nie udało. Ani jednej osobie. Zresztą jeśli ktoś był wskazany do pracy w Sonderkommando, to nie miał prawa odmówić ani prosić o inne zajęcie. Jeśli jednak nadal ktoś się upierał, że nie podejmie się tej pracy, to był od razu rozstrzeliwany.

Nikt się nie buntował?

Do poważniejszego buntu doszło właściwie chyba tylko raz. Wszystko wydarzyło się w obozie Auschwitz--Birkenau w 1944 roku. Po tym, jak esesmani zlikwidowali liczącą bodaj dwieście osób grupę Sonderkommando, pozostali w obawie o swoje życie zorganizowali bunt. O ile dobrze pamiętam, 7 października 1944 toku o godzinie 13.30 nie dość, że podpalili krematorium, to jeszcze wybiegli na dziedziniec i zaczęli walczyć z esesmanami, atakując ich łomami i siekierami, które wcześniej musieli potajemnie zdobyć. Zaczęła się krwawa jatka. Część więźniów przecięła ogrodzenia i zaczęła uciekać. Nic to jednak nie dało. Otoczyliśmy ich w lesie i ostatecznie złapaliśmy wszystkich, zabijając ich. Największego pecha miała grupa dwunastu uciekinierów.

Dlaczego?

Do końca myśleli, że uda im się ucieczka. Po tym, jak zbiegli z obozu, dotarli do pobliskiej wsi i schowali się w stodole. Jednak nasze gończe psy wytropiły ich dość szybko. Gdy tylko ich zlokalizowaliśmy, nawet nie próbowaliśmy ich wyganiać z tej stodoły. Po prostu ją podpaliliśmy.

Nikt z esesmanów nie został ranny?

Było trochę osób rannych, a trzech funkcjonariuszy SS-Totenkopfverbände zginęło w trakcie tego powstania. Buntownicy zostali zamordowani. Doszliśmy nawet do tego, kto dostarczył im materiały wybuchowe. To były cztery Żydówki. One również zostały zabite.

Makabra. Dziwię się, że może pan tak spokojnie o tym opowiadać. Ale mam kolejne pytanie: kim byli kapo?

Widzę, że jest pan doskonale zorientowany w działalności obozów koncentracyjnych.

Pańscy podwładni, czołowi esesmani służący w obozach, już odpowiadali na nasze pytania – oficer powiedział to z dużą dozą pewności siebie.

Domyślam się, że to, co pan teraz powiedział, to jedynie prowokacja, która ma mnie zmotywować do chętniejszego opowiadania o mojej działalności. Ale muszę pana zaskoczyć. Mnie na takie numery trudno nabrać.

Kim byli kapo? – warknął Anglik, nie reagując na zaczepki Himmlera.

To więźniowie obozów, którzy nadzorowali innych więźniów. Można powiedzieć, że były to największe zakapiory. Ludzie z wyrokami za zabójstwa i inne ciężkie przestępstwa, w tym morderstwa.

Christopher Macht - od lat tropi zagadki drugiej wojny światowej i niemieckiego nazizmu. Autor bestsellerowej serii „Spowiedzi”, w tym „Spowiedzi Hitlera” i „Spowiedzi Stalina”. Jego książki, pełne sensacji i tajemnic, cieszą się dużym powodzeniem wśród czytelników, szczególnie miłośników historii XX wieku.

logo Tu się dzieje