`
Donbas
Donbas wciąż się broni
fot: Miłosz Gocłowski

To nie Ukraina przegrywa wojnę, a ludzie, którzy przestają wierzyć

22.07.2022 14:43

To był mój piąty wyjazd do Ukrainy po rosyjskiej inwazji 24 lutego. Tym razem najdłuższy, jeśli chodzi o liczbę przejechanych kilometrów. Odwiedziłem zachód kraju, Odessę i Mikołajów, byłem w ostrzeliwanym każdego dnia Zelenodolśku, w zniszczonych dzielnicach północnego Charkowa, w niespokojnym Donbasie i pozornie tylko bezpiecznym Kijowie. 

Blisko 5 tysięcy kilometrów. Widziałem dużo bólu i cierpienia cywilów. Ostrzelane domy, zniszczone osiedla i śmierć zwykłych ludzi. Ale porażki Ukrainy nie widziałem. Chyba że w rosyjskiej propagandzie, czy w nastawionych na klikalność tekstach polskich influencerów.

My tut

Ukrainie dawano dwa tygodnie. Miał paść Kijów, w Charkowie miano rosyjskich żołnierzy witać kwiatami i wódką, a w Odessie mieli już teraz opalać się Rosjanie. Potem miał być plan B i C. Teraz nie wiem już, na której literze alfabetu zatrzymali się rosyjscy stratedzy. Ale dat zdobycia Donbasu od początku inwazji słyszałem już chyba pięć.

Donbas jednak, wbrew temu co mówią niektórzy, wcale poddawać się nie zamierza. Po 2014 r. blisko jedna trzecia obwodu donieckiego wpadła w ręce prorosyjskich separatystów. Teraz, po pięciu miesiącach wojny, mają nieco ponad połowę. Ale Kramatorsk stoi. Sołedar i Bachmut też. W okupowanym tuż po Euromajdanie Słowiańsku wciąż na głównym placu powiewają ukraińskie flagi.

– Tu jest nasza ziemia. My tut – mówi mi Larisa, którą spotykam przed sklepem w Słowiańsku. Razem z mężem sprzedają zebrane z działki owoce. Przez rosyjskie bomby i rakiety, przez to, że w mieście nie ma ani wody, ani gazu, a i z prądem coraz większe problemy – są też z pracą i pieniędzmi na życie. Ale Larisa nie chce ruskiego miru. Przez chwilę rozmawiamy po ukraińsku, ale szybko przechodzi na rosyjski.

– To nie język winny, tak jak po angielsku rozmawiają i w Anglii, i w stanach, Australii czy Kanadzie, tak po rosyjsku i my się nauczyliśmy. Ale mówić, a nie myśleć – podkreśla Larisa. Choć, jak po chwili dodaje, tych, którzy chcieliby, żeby w Słowiańsku znów stanął pomnik Lenina, jest nadal sporo, szczególnie wśród osób starszych. – W 2014 r. było ich znacznie więcej, te 8 lat dużo zmieniło. A teraz, gdy zobaczyli, jak ruski mir wygląda w Mariupolu czy Chersoniu, już tak im spieszno do Putina nie jest. Wse bude Ukraina – kończy z nadzieją. Ale i smutkiem.

Tego samego dnia rozmawiam z Serhiejem, żołnierzem jednego z batalionów, walczących na Donbasie. Spotykamy się niedaleko Sołedaru. Do samego miasta nie udaje nam się wjechać, bo tuż przed naszym przyjazdem zostało zbombardowane. – Himarsy i Kraby sporo zmieniły – opowiada mi Sierhiej. – To dlatego raszyści nie idą dalej, nie mają jak. To ta taktyczna pauza, o której mówią na Zachodzie. Pytam go, czy widział słynną już amerykańską broń i jak dużo systemów działa na Donbasie. Ale mówić o tym nie może. – Ważne, że robią swoją robotę.

Robią. W ciągu dwóch tygodni zniknęło kilkadziesiąt składów broni. – Ale Rosjanie nie odpuszczą. Taktyczna pauza kiedyś się skończy i będą chcieli nas okrążyć – kontynuuje Sierhiej. – Łatwo nie będzie. Ale im też nie… Najbardziej żal zwykłych ludzi, to na nich teraz mszczą się Rosjanie, ostrzeliwując miasta i wsie. Mamy sporo ostrzałów artylerii. Sporo rakiet, nalotów – rozmawiamy w lesie przy drodze, tak by nikt nas nie zauważył. – Jeśli tylko Zachód dalej będzie dostarczać nam broń, Donbas nie upadnie.

Ostatnio sprzętu pojawia się tam jakby trochę więcej. Wiele razy mijam jadące na platformach polskie czołgi, albo angielskie działa. Zdjęć nie robię.

Pauza

O taktycznej pauzie Rosjan jest głośno od kilkunastu dni. To jednak niewiele ma wspólnego z prawdziwą przerwą w wojnie. Pauza powoduje tylko, że wojska nie zdobywają nowych terenów.  Miasta wciąż są ostrzeliwane. W centrum Kramatorska rakieta spadła na samym środku placu Wolności. Byłem tam dosłownie 15 minut, zanim się to stało. Choć wiem, że niektórzy moi koledzy po fachu, wręcz marzą o jak najbliższym spotkaniu z rosyjską rakietą. Sam wolałbym w życiu żadnej nie zobaczyć.

Centrum Kramatorska po ataku rakietowym
Centrum Kramatorska po ataku rakietowym
fot. Miłosz Gocłowski
Centrum Kramatorska po ataku rakietowym
Fot. Miłosz Gocłowski
Centrum Kramatorska po ataku rakietowym

W tym samym czasie w Winnicy ginie ponad 20 osób. Świat obiegają zdjęcia kilkuletniej dziewczynki, która zginęła podczas spaceru z mamą w samym centrum miasta. W Dnieprze ludzie płoną żywcem w samochodach, na które spadły rosyjskie rakiety. Ratownicy przez 5 dni wydobywają spod gruzów zbombardowanego bloku blisko 50 ciał, mieszkańców Czasowego Jaru. 
Tam pauza nie obowiązywała.

Rosjanie wciąż utrzymują, że celują tylko w cele wojskowe i strategiczne. Ale ciężko obronić te tezę, widząc zniszczony blok w Kramatorsku, spalone centrum handlowe w Odessie, czy zdenazyfikowaną wypożyczalnię kajaków w Zelenodolsku. Tam rosyjski Iskander trafił w sam środek ogródków działkowych.

– Rakietą za 3 mln dolarów babie kury wybili – mówił mi mer miasta, gorzko żartując. Nawet się trochę pośmialiśmy. Gdy dzień później wszystkie światowe media pokazywały zwłoki 4-letniej Lizy z Winnicy i urwaną nogę jej mamy, do śmiechu już nie było.

Żenia

Mało powodów do radości ma też 4-miesięczny Żenia i jego mama Ola. Spotykam ich w Charkowie, w piwnicy nieczynnej fabryki. Chłopiec urodził się już po rosyjskiej inwazji. Od narodzin cały jego świat ogranicza się do czterech ścian pokoju w zatęchłej piwnicy. Razem z nim i jego mamą jest tam jeszcze jego starsze rodzeństwo i kilka zupełnie obcych osób, które tak jak jego mama ukryły się tam przed rosyjskimi bombami.

Ola i 4-miesięczny Żenia
Ola i 4-miesięczny Żenia
fot. Miłosz Gocłowski
Ola i 4-miesięczny Żenia
Fot. Miłosz Gocłowski
Ola i 4-miesięczny Żenia

– Tuż po porodzie, także zebrali nas do schronu, a potem wróciłam tu do piwnicy – opowiada mi jego mama. – Wolontariusze bardzo nam pomagają. Przynoszą kaszkę, pieluchy, mleko. Nawet pościel musieli nam dać, bo z domu, w którym mieszkaliśmy, uciekłam tak, jak stałam – dodaje.

W piwnicy Żenia poznał nową, przyszywaną babcię, dwóch dziadków i ciocie. Do tego dwa psy, które śpią pod jego łóżkiem. – Mamy niewiele. We dwoje śpimy na łóżku. Ale mamy co jeść, a w nocy w piwnicy nie słychać nawet bomb. Tu jest bezpieczny - opowiada mi mama Żeni.

Na spacer Ola z Żenią wychodzą tylko w pobliżu fabryki. W razie alarmu szybko można schować się do schronu. Z wózka widzi tylko mury charkowskich przedmieść. – Ostatnio trochę płacze, ale to tylko dlatego, że zaczynają mu wychodzić zęby – opowiada mi jego przyszywana babcia. – Nasz maladziec. Jak tylko wygramy wojnę, wrócimy do naszych domów, ale  na razie jesteśmy rodziną.

Od początku rosyjskiej inwazji zginęło ponad 350 dzieci. Rannych zostało ponad pół tysiąca. Ile jest takich jak Żenia? Wszystkich fabryk nie da się odwiedzić.

Metro

Można za to zobaczyć ludzi mieszkających na ostatniej stacji metra w Charkowie. Od pierwszych dni inwazji, żyje tam nadal ponad 100 osób. Śpią na kartonach, paletach, ustawionych na stacji namiotach. Tam piorą. Tam przygotowują posiłki. Od półtora miesiąca pomaga im i żyje z nimi polski wolontariusz, Jakub.

– Najpierw pomagałem ludziom w Przemyślu, potem przyjechałem tutaj. Kiedy znalazłem ich na stacji, po prostu nie mogłem ich zostawić – mówi. Każdego dnia Jakub organizuje pieniądze na pomoc humanitarną dla mieszkających tu ludzi. Kupuje wodę i zupy. Mieszkającym w metrze dzieciom stara się każdego dnia kupić jakiś owoc. – Ostatnio jedne z dziewczynek miała urodziny. To nawet lody się udało kupić dzieciom.

Metro w Charkowie
Metro w Charkowie
fot. Miłosz Gocłowski
Metro w Charkowie
Fot. Miłosz Gocłowski
Metro w Charkowie

Natasha mieszka tam od 24 lutego. Przed wojną mieszkała na Sałtiwce. To jedna z północnych dzielnic, najbardziej zniszczona przez rosyjską artylerię. – Dom się ostał, ale w mieszkaniu nie mam ani jednego okna, ani drzwi. Nie ma też wody, ani prądu, bo w ostrzałach wszystko zostało zniszczone. Do tego strach wracać, bo ruskie wciąż strzelają. A tu, w metrze, nie tylko jest bezpiecznie, ale mogę też innym pomóc. Natasza tak jak przed wojną, pomaga głównie w kuchni. Po wojnie też pewnie wróci do baru, w którym pracowała. Chyba że do tego czasu trafi go jakaś rosyjska rakieta.

Granica

Po kilku tysiącach kilometrów do Polski wracam przez przejście w Zosinie. Aut na przejściu niewiele, ale i tak kolejka przesuwa się prawie 5 godzin. Gdy w końcu przejeżdzam przez polski szlaban, najpierw celniczka pyta mnie o alkohol i papierosy. Nie mam.

– To po co pan tam pojechał? – dopytuje. Pokazuję napis na samochodzie. – A, dziennikarz. To niech pan powie, to jest tam wojna czy nie? Bo ja tu przy granicy nic takiego nie widziałam.

– To zapraszam do Charkowa albo Mikołajowa – odpowiadam. Choć w myślach odpowiedź krótsza. Żołnierska.

Miłosz Gocłowski
Miłosz Gocłowski

Z wykształcenia prawnik, z wyboru dziennikarz. Z mikrofonem w ręku od 2008 roku. 3 lata później już w Radiu ZET. Na co dzień korespondent ze Szczecina, ale w ciągu ostatnich kilkunastu lat, relacjonował między innymi wydarzenia z ukraińskiego Majdanu czy Krymu w 2014 r., zamachy terrorystyczne w Belgii, Francji, Berlinie, mistrzostwa świata w piłce nożnej czy procesy karne we Włoszech.
Główna pasja to radio, ale na koncie ma także film dokumentalny, występy w telewizji i artykuły w prasie.
Od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę, głównie nadaje stamtąd.

logo Tu się dzieje