35-latkowi bomba rozszarpała nogę. "Przykryliśmy dzieci własnymi ciałami"
Razem z żoną rzuciliśmy się, by przykryć własnymi ciałami dzieci. Od odłamków pocisku na miejscu zginął mój kum - mówi 35-letni Ołeksandr. 15 marca w pobliżu podwórka jego domu spadła rosyjska bomba lotnicza. Dziś - jak wiele innych ofiar rosyjskiej agresji - leży w szpitalu miejskim w Czernihowie, gdzie lekarze zajmują się jego rozszarpaną nogą.
Wojna w Ukrainie trwa już 64. dzień. Rosjanie przed kilkoma tygodniami, wskutek fiaska operacji zdobycia Kijowa, przerzucili większość swoich sił na południe i wschód Ukrainy. Obecnie toczy się wojna o Donbas, a agresor przygotowuje wzmożoną ofensywę. Szef ukraińskiego MON ostrzegał przed "kilkoma bardzo trudnymi tygodniami działań bojowych".
Nie oznacza to jednak, że w pozostałych częściach kraju jest spokojnie. Polska Agencja Prasowa opublikowała relację Ołeksandra, mieszkańca obwodu czernihowskiego na północy Ukrainy. 15 marca w pobliżu podwórka jego domu spadła rosyjska bomba lotnicza. Dziś leży w szpitalu w Czernihowie, gdzie lekarze zajmują się jego rozszarpaną nogą.
Ukraina. 35-latek: przykryliśmy dzieci własnymi ciałami
- Usłyszałem nadlatujący samolot, instynktownie krzyknąłem i rzuciłem się na syna, żona ciałem przykryła chrześniaczkę. Po wybuchu zacząłem wołać, czy wszyscy są cali, usłyszałem tylko głuche rzężenie kuma [bliski przyjaciel - red.], który chwilę potem zmarł - relacjonował mężczyzna. Dodał, że z serca i brzucha 38-latka wyciągnięto później trzy odłamki pocisku.
- Syn zareagował od razu, prześcieradłem zatamował krwotok z mojej nogi, usztywnił ją - mówił Ołeksandr. Zapytany o to, skąd 17-latek wiedział, co w takiej sytuacji robić, odparł: „przed rozpoczęciem inwazji jeden z nauczycieli w jego szkole z własnej inicjatywy organizował dla uczniów kursy samoobrony i pierwszej pomocy”.
Nadal mamy traumę. Mojej żonie odłamki również poszarpały nogę, dzieciom na szczęście nic poważnego się nie stało - tłumaczył pacjent. - Mój dom jest kompletnie zniszczony, samochód spłonął - przyznał.
Lekarze: nikt nie myśli o wyjeździe z miasta
Lekarze i pielęgniarki miejskiego szpitala nr 2 w Czernihowie na północy Ukrainy po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na dwa miesiące zamieszkali w piwnicy ośrodka. - Byliśmy tu od początku, bez przerwy. Spaliśmy tu, jedliśmy, nie opuszczaliśmy pacjentów ani na chwilę - dotyczy to całego personelu, nikt nie opuścił szpitala - powiedział Stanisław, czernihowski lekarz, również w rozmowie z PAP. Podobnie wypowiedział się jego kolega, traumatolog Igor.
- Operowaliśmy na korytarzach i w gabinetach, brakowało nam po prostu miejsca, a pacjentów ciągle przybywało. Najpierw zajmowaliśmy się tymi w najbardziej poważnym stanie, a ci z łagodniejszymi objawami musieli czekać - tłumaczył, zaznaczając, że dopiero 23 kwietnia - niemal trzy tygodnie po wyzwoleniu miasta - mógł wrócić na noc do własnego domu.
W czasie jednego z ataków grupa pacjentów spacerowała po podwórku szpitala, kilku z nich zginęło razem z naszą koleżanką pielęgniarką. [...] Myślimy, że chcieli zastraszyć lekarzy, wypłoszyć nas z miasta. Wiedzieli, że jak uciekniemy, dojdzie do prawdziwej katastrofy humanitarnej
Pytani o to, czy w takich momentach nikt z personelu nie rozważał wyjazdu, lekarze mówią, że „naprawdę nikt nie myślał o wyjeździe”. - Pomoc pacjentom to nasza praca, nasze powołanie i nasz obowiązek. [...] Wszyscy jesteśmy tu kolegami, znamy się od lat, więc też wspieraliśmy się nawzajem - przekonywał Stanisław.
RadioZET.pl/PAP
Wojna w Ukrainie. Relacja na żywo
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET