W teorii rosyjska armia to światowa potęga. Ponad 700 tysięcy gotowych do walki żołnierzy, kilkadziesiąt tysięcy czołgów i pojazdów opancerzonych, niezliczona ilość rakiet. Siła, która w mgnieniu oka może zajmować obce kraje i niszczyć ich armie. W praktyce żołnierze, którzy jedzą przeterminowane racje żywnościowe, jeżdżą pojazdami, które pamiętają jeszcze ZSRR, a magazyny rakiet, którymi dysonują, jednak nie są bez dna. Rosyjska armia. Niezwyciężona. Po 8 miesiącach „specjalnej operacji wojskowej” w Ukrainie ma coraz mniej powodów do dumy.
Niepokonani
Po tym, jak ukraińska armia ruszyła z kontrofensywą na wchodzie kraju, odzyskany został Kupiańsk, Izium czy Łymań – mit silnej i zdyscyplinowanej rosyjskiej armii, upadł tak szybko, jak szybko uciekali przed Ukraińcami rosyjscy okupanci.
Popularne w magazynie
To nie był planowany odwrót, nikt nie wycofywał się na wcześniej przygotowane pozycje. Rosjanie uciekali często tak jak stali, kradnąc cywilne samochody, porzucając wart miliony rubli sprzęt, byleby tylko wycofać się przed prącą naprzód ukraińską armią. Na drodze do okupowanego przez wiele miesięcy Iziumu spotykam całą kolumnę rosyjskich czołgów, pojazdów opancerzonych czy dział samobieżnych. Wiele z nich nosi ślady bitwy, inne stoją przy drodze praktycznie nieruszone. Każdy ma na sobie znak „Z” lub „V”, zależnie od tego, z którego oddziału pochodził.
Kiedy tamtędy jadę, trafiam na żołnierzy, którzy ściągają je z drogi. W przypadku niektórych pojazdów wystarczy nalać paliwa. - Ponoć te dwa jeździły, ale nie strzelały. A te dwa strzelały, ale nie mogły się ruszyć – opowiada mi o stojących tam czołgach jeden z ukraińskich żołnierzy. - W sumie to Rosja jest jednym z państw, które dostarcza nam najwięcej broni – śmieją się kolejni.
Doskonale wyposażeni
Kilka kilometrów dalej trafiam na niewielką wieś Mała Komyszuwacha. Rosyjscy żołnierze pojawili się tam na początku wojny. W szkole zorganizowali koszary, cerkiew zmienili na szpital polowy. Przed okupacją we wsi mieszkało 200 osób. Teraz zostało 15.
- Jednego sąsiada zabili, kolejnego ranili i po kilku dniach zmarł, jeszcze kolejnego gdzieś zabrali i już nie wrócił – opowiada mi Sasza, jeden z ocalałych mieszkańców. On sam uciekł po kilku tygodniach okupacji. Został ojciec. - Ale on nie chce mówić, co się działo. Zresztą, zobacz, jak raszyści się tu urządzili.
Stojąca na wjeździe do wsi cerkiew wygląda trochę, jak twierdza. W oknach puste skrzynki moździerzowe i worki z piaskiem. W środku coś, co mogłoby robić za scenografię do filmu z II wojny światowej.
Wnętrze cerkwi okupowanej przez wojska Putina
Metalowe łóżka, brezentowe nosze, tysiące porozrzucanych leków, fiolek, szarych bandaży i gumowych opasek zaciskowych. Porozrzucane gnijące cytryny, butelki po alkoholu i puste konserwy. Szpital polowy. Na wejściu wbita w pieniek siekiera.
Jeszcze gorzej wygląda szkoła. Wchodząc przez wybite okna, widzę zabrane z klas książki, na których spało wojsko. Na ścianie napis – „Putin naszym prezydentem”, wymalowana rosyjska flaga i ogromna litera Z. Dalej tylko gorzej.
Mimo że w szkole były prysznice i toalety, Rosjanie w jeden z sal urządzili pralnię i... wychodek. By załatwiać fizjologiczne potrzeby, w podłodze wybili dziurę. Obok stanęła kuchnia. W pośpiechu zostawili rację żywnościowe – słoiki z kiszoną kapustą, pomidorami i smalcem.
Do tego niezliczoną ilość broni i amunicji. Sporo jest też sprzętu biwakowego. Karimat, foliowych przeciwdeszczowych pelerynek, ogrodniczych nakolanników, czy rozwieszanych pryszniców. W końcu to „świetnie wyposażone” wojsko.
Zdyscyplinowani i posłuszni
W samym Iziumie jadę na miejsce ekshumacji zbiorowych mogił. W lesie, nieopodal dotychczasowego cmentarza, służby trafiły na pierwsze takie miejsce pochówku. Żeby tam dojść, idę ścieżką wygrodzoną białymi taśmami.
Masowe groby koło Iziumu
- Chodź tylko po asfalcie, albo po wyznaczonych ścieżkach. Orki wszystko zaminowały. Wczoraj pod naszym BTR-em dwa razy wybuchła mina – instruuje mnie jeden z pilnujących tego miejsca żołnierzy. Żeby dojść do grobów, idę przez rosyjski obóz. Stacjonująca tu jednostka, okopała się na skraju lasu. Zmarłych grzebali słownie dwa, trzy metry od miejsca, w którym spali i jedli.
Mimo że ekshumacje zakończyły się kilka dni wcześniej, w powietrzu unosi się smród rozkładających się ciał. Po drodze do pustych już grobów walają się puste butelki po wódce i puszki po konserwach.
- Najpierw przyjechali tu ci z wymalowanymi literami Z – opowiada mi Iryna, która mieszka naprzeciwko cmentarza. - Ci byli najgorsi. W ciagu dnia karnie stali na pozycjach. Nocami, jak popili, chodzili po domach, kradli, zabijali i gwałcili. Po kilku dniach przyjechali tacy z literą V. Oni nie kradli. Znaczy na początku. Jak dostali rozkaz, że mają wyjechać, to zabrali wszystko, co dało się ukraść. Mojemu bratu nic w chałupie nie zostało. A na koniec przyszli tacy bez oznaczeń. Oni zaczęli chodzić po domach i oferować pomoc. A to, że dach naprawią. A to, że okna wstawią. Najszybciej uciekali, jak tylko nasi chłopcy zbliżali się z ofensywą.
Z Iziumu okupanci też uciekali w popłochu. W szopie Iryny zostawili kilkadziesiąt celowników i kilkanaście skrzynek z amunicją do moździerzy. - Już pierwszego dnia, jak przyjechali tu nasi, to im to oddałam. Nie mogli się nadziwić, że orki tak to po prostu zostawiły u mnie – dodaje Iryna.
Niestety, zostawili miejsca kaźni, sale tortur i kolejne masowe groby. I najbardziej zniszczone miasto, jakie widziałem od czasu rosyjskiej inwazji. W ciągu pół roku okupacji, z Iziumu miało zniknąć nawet pięć tysięcy osób. Nieoficjalnie miejsc masowych pochówków ma być w okolicach miasteczka nawet 10.
Miłosierni
Na okupowanych terenach Rosjanie nie znosili sprzeciwu. Kto się nie podporządkowywał, w najlepszym przypadku dostawał kolbą pistoletu maszynowego pod żebra. W najgorszym trafiał na przesłuchanie, albo był zabijany na miejscu.
- W pierwszych dniach okupacji, moja sąsiadka chodziła do centrum miasta po jakąś pomoc i jedzenie dla córki, albo ją samą odprowadzała do przedszkola – mówi mi Natalia, także z Iziumu. - Opowiadała mi potem, że widziała, jak ludzie byli wywlekani na ulice i tam zabijani. Rosjanie zostawiali ich ciała ku przestrodze i nie pozwalali ich pochować. Ona je codziennie zakrywała kurtkami czy kocami, tak żeby jej córeczka ich nie zobaczyła. Jednego dnia widziała, jak wygłodniałe psy rzucają się na ciała. Wtedy przestała odprowadzać dziecko do przedszkola.
Mieszkańcy byli zmuszani do współpracy z nowymi władzami. Kto nie chciał, mógł trafić na przesłuchanie. - Niektórzy nigdy stamtąd nie wrócili – dodaje Dima, którego spotkałem w kolejce do pomocy humanitarnej rozdawanej w centrum miasta. – Ale z nimi mało kto chciał współpracować. To zwierzęta. A nawet gorzej, bo zwierzęta się tak nie zachowują. Naszego burmistrza z domu wywlekli. I na ulicy zastrzelili.
Prawdziwi patrioci
Z Iziumu jadę dalej na północny wschód, do Kupiańska. Tam wojska Putina pojawiły się trzeciego dnia wojny i traktowały miasto jak swoje. Aż do połowy września. - Nie mieliśmy internetu, zasięgu telefonów ani dostępu do ukraińskich mediów. W telewizji leciały tylko rosyjskie kanały, a tam informacje, że cały świat kibicuje Rosji w walce z ukraińskimi nazistami – opowiada mi Wowa, student z Charkowa. Do Kupiańska najpierw wrócił z powodu pandemii, a potem w rodzinnym domu zastała go wojna.
- Rosjanie myśleli, że miasto będzie już ich na zawsze. Ale i tak wywozili stąd wszystko, co najcenniejsze. Maszyny z zakładu ukradli, pozabierali ludziom samochody – opowiada chłopak. – Kilka dni temu, aż się popłakałem, jak zobaczyłem jak nasze wojsko, zasypuje w jezdni dziurę, którą wybił czołg gąsienicami. Rosjanie tak nie robili. Oni tylko niszczyli.
Ale też chcieli pokazać, jak bardzo już Kupiańsk jest rosyjski. Na wszystkich billboardach w mieście zawisły rosyjskie flagi. Te pojawiły się także w oknach instytucji, w sklepach, a miejscowi sprzedawcy na rynku musieli wprowadzić je do swojego asortymentu.
- Zobacz, nawet most przemalowali w rosyjską flagę – pokazuje mi jeden z mieszkańców. – Ale spokojnie, jak tylko posprzątamy to co zniszczyli, to zamalujemy i to.