Od 8 miesięcy żyją w piwnicach, schronach i ziemiankach. Nie mają wody, gazu ani prądu. Problem jest też z jedzeniem, bo do miasta nie docierają żadne dostawy, a wolontariusze boją się tam jeździć, w obawie przed ostrzałem. Tak wygląda życie blisko dwóch tysięcy mieszkańców Orichiwa, kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Zaporoża. Niewielka miejscowość od początku wojny leży zaledwie kilka kilometrów od linii frontu. I choć nie ma tu żadnych strategicznych celów, Rosjanie dzień w dzień ją ostrzeliwują. Rekord padł kilka tygodni temu, gdy w ciągu doby na miasteczko spadło ponad 320 pocisków.
Położenie Orichiwa. Na czerwono tereny okupowane przez Rosję
Marina
Pierwsze bomby spadły na Orichiw jeszcze w lutym. Niedaleko miasta zatrzymała się rosyjska ofensywa z początku inwazji. Wtedy też po raz pierwszy mieszkańcy zeszli do piwnic. W ciągu 8 miesięcy wojny, z miasta wyjechało kilkanaście tysięcy osób. Wiele zginęło. Pod gruzami budynków lub na skutek ran po ostrzałach. Ci, którzy zostali, albo nie mają gdzie wyjechać, albo nie chcą zostawiać swojego jedynego majątku. Nie mogą też opuścić zwierząt, których z dnia na dzień przybywa.
Popularne w magazynie
Marina przed wojną miała jedną domową kotkę, czasem dokarmiała też bezdomne zwierzęta. - Teraz mamy 10 psów i drugie tyle kotów. Ten jest sąsiadki, która nie żyje, tego zostawiła rodzina, która nie mogła zabrać go do wynajmowanego w Dnieprze mieszkania – wymienia kobieta. W niewielkim 3-piętrowym bloku na przedmieściach miasta została tylko ona z mężem. Żyją w piwnicy. Nawet gdyby nie codzienne ostrzały, w domu i tak nie dałoby się mieszkać. Budynek kilkukrotnie został trafiony. Nie ma okien ani drzwi. Za kuchnię służy teraz palenisko rozpalone tuż przy gruzach. - Nie wyjedziemy, bo bez nas wszystkie te zwierzaki umrą z głodu, a tak, chociaż, jak dostaniemy jakąś kaszę, to coś im ugotujemy – mówią.
Natasza
W Orichiwie nie słychać alarmów. Nie miałyby sensu, bo pociski lecą tu niecałą minutę. Gdy słyszy się wystrzał, trzeba po prostu uciekać. Do piwnicy, schronu, czy chociaż pod samochód. Ostrzałów jest tak dużo, że każdy już po dźwięku rozpoznaje, kto strzela: Rosjanie czy Ukraińcy? - Uwaga, przychód! – krzyczy Natasza i kilkanaście osób, które przy jej podwórku pomagają właśnie rozpakować samochody z pomocą humanitarną – zbiegają do piwnicy. – To grady. Zaraz się okaże, gdzie poleciały.
Rzeczywiście, już po chwili słychać kolejne – znacznie już głośniejsze wybuchy. Tym razem Natasza i jej sąsiedzi mieli szczęście. Mieszkańcy centrum już nie. - Bogu dzięki za ten generator! – cieszy się z jednego z darów. – Teraz już nie będę musiała jechać do Zaporoża ładować laptopa i telefonu. I tu będę mogła prowadzić lekcję – dodaje.
Natasza
Jest nauczycielką. Przed wojną miała w klasie ponad dwudziestu uczniów. Teraz, zostało 18, a lekcje odbywają się zdalnie. Mąż Nataszy zrobił jej tablicę i specjalny uchwyt na komórkę, żeby jej uczniowie widzieli, co pisze. - Lekcję prowadzę z ogródka. Tylko tu jest w miarę dobry zasięg.
Odkąd nasiliły się rosyjskie ostrzały, z okolicy wyjechała ponad połowa sąsiadów Nataszy. Ci, którzy zostali, spotykają się codziennie w domu nauczycieli.
- Żyjemy trochę jak komuna. Codziennie razem gotujemy z tego, co nam się uda po sąsiadach pozbierać. Potem razem siedzimy i nasłuchujemy, co się dzieje. Ci, którzy boją się najbardziej, śpią u mnie w piwnicy. Tu mury najgrubsze. No i jest burżujka. To niewielki piecyk na drewno lub pelet. Nazwa może mylić, bo spania w piwnicy ogrzewanej malutkim żeliwnym piecykiem, raczej większość ludzi na świecie nie nazwie spełnieniem marzeń. Ale to jedyne bezpieczne miejsce w Orichiwie.
Lubow
Orichiw w XIX wieku założyli niemieccy uchodźcy. Do Ukrainy uciekli przed powszechnym pruskim poborem. Na południu znaleźli pokój na kilkadziesiąt lat. W 1941 r. na rozkaz Stalina wszyscy potomkowie pierwszych założycieli miasta zostali aresztowani i wywiezieni do obozów pracy. W mieście zostały po nich tylko zabytkowy ratusz i szkoła. Przetrwały pierwszą i drugą wojnę światową. Rosyjskiej „operacji specjalnej” już nie.
W wielokrotnie bombardowanym urzędzie miasta każdego ranka melduje się Lubow Jarowa. Urzędniczkę w opustoszałym mieście znają wszyscy. Jej przełożeni albo zginęli w rosyjskich ostrzałach, albo wyjechali do Zaporoża. Z dnia na dzień miejska radna stała się bodaj jedyną pozostałą na miejscu przedstawicielką administracji.
Podczas rozmowy z Lubow (z prawej)
- Każdego dnia odwiedzam wszystkich pozostałych w mieście mieszkańców, przynajmniej tych, którzy zostali w centrum. Jeśli do któregoś nie przyjdę, to potem się martwią, że coś mi się stało. No i sama się martwię, czy z nimi wszystko w porządku – opowiada.
Odwiedzamy jedno z takich miejsc. W piwnicy żyje kilkanaście osób. Niewielkie pomieszczenia, tzw. komórki lokatorskie, na pewno kojarzą je mieszkańcy polskich bloków z wielkiej płyty. Teraz zamieniły się w sypialnie. Jest nawet prowizoryczna łazienka i kuchnia. W koszu dostrzegam gołębie pióra. W Orichiwie jest krucho z jedzeniem.
Lubow też mieszka w piwnicy. W jej dom trafiło już kilka rosyjskich pocisków. Z całego bloku została tylko ona. - Od kilku dni mam butlę z gazem, więc mogę rano ugotować herbatę – opowiada, oprowadzając mnie po miejscu, w którym od ponad pół roku śpi. – Tu jest moje łóżko, obok śpi pies. Przynajmniej w nocy cieplej. Syn kobiety mieszka w Dnieprze, przeniósł się tam z rodziną już po rosyjskiej inwazji. Wiele razy chciał zabrać tam swoją matkę.
- Ale przecież jak ja wyjadę, to kto pomoże tym, którzy zostali? Kto ich odwiedzi? I kto wystawi dokumenty tym, którzy będą chcieli wyjechać? – rozmawiamy w piwnicy urzędu miasta. – Jedźcie już, jak tylko zrobi się ciemno, Rosjanie urządzą tu piekło.