„Świat stanął, a życie toczyło się dalej”. 5 lat od wybuchu pandemii
Ludzie płakali przy okienku, żeby ich wpuścić. Na dworze zamarzały im długopisy. Był nawet pomysł, żeby zorganizować pracę zdalną, ale jak? Biurko w furtce miałam wystawić? Na korytarzu mijaliśmy się, chodząc niemalże po ścianach.
- 9 stycznia 2020 roku Chiny informują o epidemii „tajemniczego zapalenia płuc”
- 12 stycznia: udostępniają sekwencję genetyczną nowego koronawirusa
- 30 stycznia: WHO ogłasza międzynarodowy alert
- 11lutego: jest oficjalna nazwa nowej choroby – COVID-19
– Nie miałem wcześniej do czynienia z pandemią – mówi dr Rafał Wójtowicz, wtedy kierownik Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii Szpitala MSWiA w Warszawie. – Miałem nadzieję, że tak jak wiele ognisk chorób zakaźnych i to stopniowo wygaśnie. Byłem tuż przed wyjazdem na urlop zagraniczny z rodziną. Nawet przez chwilę zastanawialiśmy się, czy jechać, ale na tym etapie wirus wciąż był tylko w Chinach, więc polecieliśmy.
Początkowo wydaje się, że to lokalny problem, ale akcja szybko nabiera tempa. Po kilku dniach wirus jest już w Tajlandii, dwa dni później – w Japonii, w kolejnym tygodniu dociera do USA. Pod koniec stycznia pierwszy przypadek w Europie raportuje Francja. 30 stycznia 2020 roku Światowa Organizacja Zdrowia ogłasza międzynarodowy alert. 11 lutego mamy już oficjalną nazwę nowej choroby – COVID-19.
Pętla się zacieśnia, straszne obrazy nadchodzą z Włoch. 5 marca Ministerstwo Zdrowia informuje: mamy pierwszy przypadek koronawirusa w Polsce. Szpitale zaczynają się zapełniać. Wokół nas pojawiają się białe kombinezony, niebieskie maski ochronne i żółte taśmy ostrzegawcze. 11 marca 2020 roku Światowa Organizacja Zdrowia ogłasza stan pandemii, a my zostajemy odesłani z pracy do domu.
Na początku był strach
W metrze pusto. Na drzwiach kartka: „Koronawirus” z instrukcją, jak przeżyć. Z głośników leci komunikat ostrzegawczy. Klimat mocno apokaliptyczny. – Gdzie jesteś?! Za pół godziny na zakupach! – Magda, mama sześcioletniej wówczas dziewczynki, do tej pory pamięta, jak udzieliła jej się atmosfera grozy i bez powodu nakrzyczała na męża. Jechała z pracy z laptopem w torbie, już wiedząc, że następnego dnia do firmy nie wróci – będzie pracować zdalnie.
Trzydzieści minut później nerwowo wrzucała do wózka w markecie: makaron, ryż, ziemniaki, pieczywo paczkowane, jajka. – Papieru toaletowego dwie paczki! I dwa mydła w płynie! – dyrygowała mężem, kątem oka rejestrując pustoszejące w zatrważającym tempie półki. – Mąż był tak zażenowany ilością naszych zakupów, że przy kasie kartę płatniczą podał kasjerce tyłem – dziś Magda wspomina tę sytuację z uśmiechem.
– Ale na początku był strach – opowiada Ola z dużej międzynarodowej firmy z branży ochrony zdrowia. – Martwiliśmy się o siebie i swoich pracowników. To był pierwszy naturalny odruch – właśnie to uczucie najdokładniej zapamiętała z pierwszych dni pandemii. Jeszcze przed oficjalnym wprowadzeniem lockdownu jej firma uruchomiła pion zarządzania kryzysowego. Najpierw rozmawiali, jak sprawnie wyposażyć ludzi w maseczki i płyny dezynfekujące. Potem zaczęły się trudniejsze dyskusje odnośnie do ciągłości biznesu. – Przerwane łańcuchy dostaw, brak kontaktu z klientami, to było duże wyzwanie. Zastanawialiśmy się, czy biznes jest w stanie funkcjonować w takiej rzeczywistości – wspomina Ola i dodaje: – Chociaż my przynajmniej mieliśmy jakieś narzędzia do pracy zdalnej. Już wcześniej korzystaliśmy z Teamsów, Zooma. Przed pandemią, jeśli była taka potrzeba, brało się laptopa i pracowało się z domu.
Gorzej było na przykład w urzędach. – Ludzie płakali przy okienku, żeby ich wpuścić. Na dworze mróz, zamarzały im długopisy – wspomina Beata, urzędniczka z Warszawy. – Był nawet pomysł, żeby zorganizować pracę zdalną. Pytałam: „biurko w furtce mam wystawić?” To było nierealne – opowiada. Przez chwilę atmosfera lekkiej paniki udzieliła się także urzędnikom. – Na korytarzu mijaliśmy się, chodząc niemalże po ścianach – wspomina Beata.
– Największym problemem była niepewność – wspomina dr Rafał Wójtowicz. Do dziś pamięta, jak wraz z personelem organizował pokój dla pierwszego pacjenta. Był to mężczyzna koło pięćdziesiątki. Trafił on na oddział dr. Wójtowicza na początku marca, zaledwie kilka dni po pacjencie zero, czyli pierwszej osobie w Polsce, u której stwierdzono COVID-19. – Budowaliśmy różnego rodzaju kurtyny z folii, sprawdzaliśmy różne typy kombinezonów i masek. Trudno było ocenić, na ile ten kontakt z chorym jest dla nas ryzykowny – mówi dr Wójtowicz. Jego pierwszy pacjent z COVID-19 nie miał ciężkiej niewydolności oddechowej, udało mu się przeżyć. – Dopiero z czasem nauczyliśmy się tworzyć śluzy, odpowiednio się przebierać, chronić siebie i swoje rodziny po wyjściu z pracy. Ale był to dla nas bardzo stresujący czas – przyznaje lekarz.
Rusza nauka zdalna
Pierwszego dnia narodowej kwarantanny Magda, mama sześciolatki, wyznaczyła w przedpokoju pola do gry w klasy. Potem na korkowej mapie przypinała kontynenty, snując z córką dalekomorskie opowieści. – Odpieraliśmy atak papierowych piratów. Łowiliśmy na magnes gwoździe w wannie. Odwiedzaliśmy własnoręcznie zbudowaną wioskę Smerfów. Wyglądaliśmy przez okno przez lornetkę z rolek po papierze toaletowym. Leczyliśmy zęby papierowym pacjentom – Magda długo mogłaby wymieniać listę zabaw, które wraz z mężem z coraz większym trudem wymyślała dla córki. 25 marca 2020 roku w końcu ruszyła nauka zdalna.
– Zastanawialiśmy się, jak to wszystko zorganizować. Środowisko pracy zdalnej było nam zupełnie obce – przyznaje Michał Różański, dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 4 w Łodzi. Z wąską grupą nauczycieli szukał rozwiązania, żeby prowadzić zajęcia poza dziennikiem elektronicznym. – Od początku czułem, że librus może tego nie wytrzymać. Musieliśmy założyć grupy, wirtualne klasy, wygenerować hasła. Udało się to zrobić w dwa dni. Byłem potwornie zmęczony, ale czułem ogromną satysfakcję pierwszego dnia nauczania zdalnego, gdy dziennik elektroniczny padł, a u nas wszystko przebiegło płynnie – wspomina.
– Na początku nauki zdalnej dzieci bardzo się angażowały – dodaje Małgorzata Katarzyńska, nauczycielka matematyki w ZSzP nr 4 w Łodzi. Na lekcjach online wyświetlała tablicę, na której pokazywała, jak poradzić sobie z danym ćwiczeniem, dzieci się zgłaszały, chętnie rozwiązywały zadania. – Nie prosiłam o włączanie kamer, więc trudno powiedzieć, czy były w piżamach, ale na lekcjach była duża aktywność. Z biegiem czasu trochę im to spowszedniało – mówi matematyczka.
– Miało być na chwilę, a przedłużało się w nieskończoność – wspomina dyrektor szkoły. – Bardzo czekaliśmy, aż dzieciaki wrócą. One też czekały. Po zajęciach prosiły, żeby jeszcze chwilę zostać w wirtualnej klasie, popatrzeć na siebie, porozmawiać – mówi.
– Po kilku tygodniach nauki zdalnej mi też było coraz trudniej. Ile można mówić do pustego ekranu? Gdyby potrwało to dłużej, pewnie skończyłoby się depresją – stwierdza Katarzyńska. Miała wtedy wychowawstwo, szóstą klasę. – Dużo pracy włożyłam w integrację grupy. Po powrocie do szkoły trzeba było ten proces zaczynać od nowa – mówi. Nie wszystkie dzieci cieszyły się z powrotu do szkoły. Najchętniej wracały te z dysfunkcyjnych domów. – Widać było, że uciekają przed problemami – wspomina nauczycielka.
Pięcioosobowe śluby
Przez dobrych kilka tygodni nie wolno było spotykać się ze znajomymi, chodzić po ulicach, a nawet – przez chwilę – spacerować po lesie. – Gdy wychodziliśmy z psem, córka pytała, czy może pojeździć na hulajnodze. Nie wiedziałam, co odpowiadać. Spacer z psem uwzględniono w przepisach, ale hulajnoga to jednak trochę „piknik” – wspomina swoje rozważania Magda.
Przepisami zapewnione były też „godziny dla seniora”, czyli czas, w którym starsi ludzie mogli zrobić zakupy bez tłumów. – Lecę na te „swoje godziny”, żartował mój sąsiad. Widać było, że toczy wewnętrzną walkę: olać wytyczne i ryzykować zdrowiem, czy jednak przełknąć słowo „senior” i trzymać się zasad – wspomina Magda. Do dziś uważa, że „godziny dla seniora” w sklepach to jedno z mniej udanych, obok zamykania lasów, rozwiązań pandemicznych. – Chociaż natura akurat na tym skorzystała. Pamiętam jak wracałam z miasta i zatrzymał mnie widok szyn tramwajowych całkowicie porośniętych trawą – wspomina.
– Świat stanął, a życie toczyło się dalej: rodziły się dzieci, umierali ludzie, a ślubów było nawet więcej niż zazwyczaj, bo ludzie się przestraszyli, że są w nieformalnych związkach – opowiada urzędniczka Beata. Pamięta pierwszy taki ślub. Para w średnim wieku. Mężczyzna był schorowany, bał się, że nie przeżyje pandemii, więc na wszelki wypadek wolał sformalizować związek. – Smutne były te pięcioosobowe śluby: tylko państwo młodzi, świadkowie i kierownik Urzędu Stanu Cywilnego – wylicza Beata.
Ludzie, zmęczeni kolejnymi obostrzeniami, z czasem zaczęli się buntować. Coraz więcej osób ostentacyjnie nie nosiło masek. Inni burzyli się, że to nieodpowiedzialne. Ale prawdziwa polaryzacja społeczena wybuchła, gdy na rynku pojawiła się „szczepionka na koronawirusa”. – Nie trzeba było daleko szukać. Znajomy żalił się, że żona nie chce się zaszczepić. Bała się powikłań – wspomina Magda. Covidowa szczepionka na długie lata podzieli nie tylko przyjaciół, ale i całe rodziny.
Nawet kilka zgonów dziennie
Magda pamięta jeszcze jeden moment, w którym zrobiło jej się gorąco. – Okazało się, że nasz przyjaciel jest w szpitalu. Bartek był typem kanapowca: z nadwagą, skaczącym cukrem i nieodłącznym papierosem w dłoni – wylicza Magda. I pokazuje korespondencję świąteczno-noworoczną z rodziną przyjaciela:
„Jak sytuacja?”
„Leży pod tlenem”.
„Jak dziś?”.
„W 60% płuca zajęte”.
„Lepiej trochę?”
„Wczoraj podpięli go pod maszynę”.
„Poprawia mu się?”
„Dostaje morfinę, bo nic innego nie działało”.
Bartek jednak wyzdrowiał. Wyszedł ze szpitala w połowie stycznia 2021 roku. Miał dużo szczęścia. – Pracowałem na oddziale intensywnej terapii. Zgonów było nawet kilka dziennie. W prasie medycznej i pozamedycznej ukazywały się różne informacje, ale niestety często okazywały się one nieprawdziwe. Każdy chciał robić jakieś badania, odkryć przełomowy lek. Był to bardzo obciążający czas dla całego personelu medycznego – mówi dr Rafał Wójtowicz. Do dziś pamięta młodą dziewczynę, która długo walczyła na terapii wysokoprzepływowej (wspomagającej oddychanie). – Niestety, po dwóch tygodniach zwłóknienie płuc było tak duże, że wymagała zaintubowania i wentylacji mechanicznej. Skończyło się tragicznie – wspomina lekarz.
Na całym świecie koronawirus pochłonął niemal 7 mln ofiar, w tym blisko 120 tys. w Polsce. Stan pandemii został odwołany 5 maja 2023 roku.
Do dziś nie jeżdżę metrem
– W pandemii nabawiłam się ataków paniki – mówi Anna, czterdziestolatka z Mazowsza. – Bałam się nie tyle o siebie, a o to, że zabiję rodziców. Moją obsesją stało się to, że przywiozę im koronawirusa. Myślę, że miała na to wpływ historia, którą usłyszałam w pracy: dziewczyna przyjechała do domu, bezobjawowo zaraziła rodziców i ojciec zmarł – wspomina. Anna zaczęła unikać ludzi. Pracowała zdalnie. Na zakupy wybierała tylko te godziny, gdy było pusto. Jeśli ktoś stanął za nią w kolejce, to zostawiała koszyk i wychodziła. Doszło do tego, że przed każdą wizytą u rodziców przez tydzień nie wychodziła z domu. Nigdzie, nawet do sklepu. – Pierwszy atak paniki zaliczyłam w delikatesach. Są tam bardzo wąskie alejki. Weszłam, bo nikogo nie było. Gdy się odwróciłam, za mną był tłum ludzi. Ratowały mnie panie sklepowe, bo osunęłabym się na ziemię. Niestety, ataki paniki po pandemii mi zostały. Do dziś nie jeżdżę metrem – opowiada Anna.
Lockdown i izolacja wpłynęły też na dzieci i młodzież. Psycholog dziecięcy Dominika Urbańczyk z Grupy LuxMed komentuje: – Jeśli chodzi o dzieci, to trzeba rozróżnić dwie grupy: nastolatków i dzieci urodzone w pandemii. Nastolatki częściej przychodzą z zaburzeniami lękowymi. Nie chcą chodzić do szkoły, nie mogą się tam odnaleźć. Mają problem z tłumem, z wychodzeniem do ludzi. Natomiast rodzice dzieci urodzonych w pandemii zgłaszają problemy z socjalizacją. Dzieci są indywidualistami, nie szukają kontaktu z rówieśnikami, wolą bawić się same.
Michał Różański zauważył też, jak błyskawicznie na sytuację zareagował rynek – zaczęły się tworzyć się wirtualne szkoły. – Większość uczniów źle wypadła w sprawdzianie z nauki zdalnej, ale części dzieci takie rozwiązanie sprzyjało, nie rozpraszały się na zajęciach. Zyskaliśmy też narzędzia dla uczniów, którzy są na przykład w trakcie leczenia onkologicznego. W sytuacji kryzysowej, jaką była pandemia, człowiek odkrywa w sobie niesamowity potencjał, który pozwala mu się przystosować do trudnych warunków – podsumowuje Różański.
– Była ogromna mobilizacja. Wszyscy chcieli, żeby jakoś to działało – potwierdza Ola. Do dziś jej firma pracuje w systemie hybrydowym.
O ile Magda dokładnie pamięta początek nauki zdalnej, to powrót córki do zerówki rozmywa jej się w pamięci. – Dzieci wracały do szkoły i znów lądowały w domach, było w tym dużo niepewności. Ale przed każdym powrotem do zerówki moja córka szalała z radości. W końcu mogła pobawić się z innymi dziećmi, dotknąć ich, a nie tylko pomachać im przez szybę. Dzieci szukały siebie nawzajem – mówi.
Dr Rafał Wójtowicz: – Każdy z nas ma już teraz duże doświadczenie. Wiemy, jak zorganizować przestrzeń, żeby była bezpieczna dla pacjentów i personelu, jak przeprowadzać kontrolę, jaki ma być przepływ pacjentów, ruch personelu, żeby strefy brudne i czyste się nie krzyżowały. Nowe pokolenia lekarzy powinny się szkolić z medycyny katastrof.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET