Spędził trzy miesiące w kongijskim więzieniu. „Pół litra wody na dwa dni. Przemoc, koszmar”
Trzy miesiące w kongijskim areszcie i więzieniu. Racjonowana woda, przemoc i bezpodstawne oskarżenia o szpiegostwo. Mariusz Majewski przeżył gehennę w jednym z najniebezpieczniejszych rejonów świata. Po dwóch latach w rozmowie z RadioZET.pl wrócił do tamtych wydarzeń. Opowiedział, jak wyglądało jego zatrzymanie, co czuł za kratami i czego nauczyła go ta historia.
Mariusz Majewski – jak sam mówi – postawił stopę we wszystkich krajach, przynajmniej tych zrzeszonych w ONZ. I to przed 40-tką. Polski podróżnik-rekordzista od lat eksplorował różne rejony świata, także te, do których zwykły turysta nie zwykł docierać. Wśród nich były też niebezpieczne terytoria – areny wojen, jak Irak i Afganistan czy rewir działań terrorystów, jak północno-wschodnia Nigeria. Nigdzie nie przeżył jednak takiego horroru, jak w Demokratycznej Republice Konga, gdzie został zatrzymany przez służby i oskarżony o szpiegostwo. W tamtejszych więzieniach spędził trzy miesiące.
Po niemal dwóch latach jest gotów o tym mówić. Wspólnie z dziennikarzem Jarosławem Kocembą napisał książkę „Kongijskie piekło. Polak w afrykańskim więzieniu. Historia prawdziwa”. W rozmowie z RadioZET.pl Mariusz również opowiedział swoją historię.
Mikołaj Pietraszewski: Jaka jest różnica między turystą a podróżnikiem?
Mariusz Majewski: Podróżnicy próbują zwiedzać świat na własną rękę, po swojemu, bez pomocy np. biur podróży. Nie „kolekcjonują” turystycznych miejsc i obiektów, tylko raczej emocje, wrażenia, skupiają się na ludziach, egzotyce. Docierają do miejsc, w których nie ma masowej turystyki.
Ale można też być turystą „na własną rękę”, nie jeździć na zorganizowane wyjazdy.
Oczywiście. Zresztą, dla mnie ktoś, kto wybiera „nieturystyczne” zakamarki, miejsca poza utartym szlakiem, już jest podróżnikiem. Są tacy, którzy lubią eksplorować i poczuć miejsce, do którego jadą. Siedzieć np. w Sewilli przez miesiąc, żeby poznać każdy zaułek, kamieniczkę, poczuć klimat. Wtopić się w środowisko. Za to ja lubię być w ruchu, w drodze, przemieszczać się.
Czyli dla Ciebie podróż zatłoczonym autobusem przez któryś z krajów Afryki czy Azji jest ciekawsza niż np. zwiedzanie miejscowej katedry.
Kolejnej katedry? Tak (śmiech).
Skąd to umiłowanie bycia w drodze?
Bo to oznacza więcej przygód. Szczególnie w Afryce, gdzie nic się nie da zaplanować. Sama podróż jest przygodą. Zapominasz o tym, że istnieje logistyka, harmonogramy. To, do czego jesteśmy przyzwyczajeni jako Europejczycy, tam w ogóle nie działa i lepiej się do tego od razu przyzwyczaić. Nierzadko trzeba improwizować, podejmować nagłe decyzje. To nie jest rewir dla każdego.
193 – tyle państw zrzeszonych jest w ONZ. Odwiedziłeś wszystkie, do tego jeszcze kilka niezrzeszonych, jak Watykan czy Kosowo. Czyli plus-minus 200 krajów.
Różne są kryteria, ale średnio przyjmuje się, że jest ich łącznie 208. „Odwiedziłem” to może za mocne słowo. Jak ktoś np. odwiedza cię w domu, to posiedzi trochę, wypije kawę. Wolę więc mówić, że „postawiłem stopę”. Były kraje, które zaliczyłem w tym sensie, że tylko przejechałem granicę. Ale mogę powiedzieć, że postawiłem stopę we wszystkich krajach świata. Są takie, do których wracam, które chcę jeszcze eksplorować. Jednym z nich była właśnie Demokratyczna Republika Konga. Chciałem się tam trochę poprzemieszczać po różnych prowincjach. Ale życie mnie zaskoczyło.
W DRK zostałeś aresztowany. Ale to nie była twoja pierwsza podróż do Afryki ani nawet pierwsza do kraju ogarniętego konfliktem zbrojnym. Nie wiedziałeś, na co się piszesz?
Rzeczywiście, byłem już w miejscach, gdzie akurat toczyła się wojna: w Iraku, Afganistanie, Sudanie Południowym. W tym przypadku zgubiła mnie rutyna.
Dlaczego zbagatelizowałeś ostrzeżenia MSZ?
95 proc. tych ostrzeżeń jest często na wyrost. Jeśli istnieje choćby niewielkie prawdopodobieństwo, że cokolwiek może się wydarzyć, to oni wolą napisać: „proszę, nie jedźcie tam”. Dlaczego? Bo gdyby tego nie napisali, a ktoś by pojechał i coś by mu się stało, to oni za to w jakimś sensie odpowiadają. Wtedy zrobiłby się ogromny szum. A prawda jest taka, że jeśli tylko jesteś ostrożny, nie szukasz kłopotów, nic ci się nie stanie. Wiele lat podróżowania utwierdzało mnie w tym przekonaniu.
Czytając książkę można dojść do wniosku, że właśnie sam się o nie prosiłeś, lekceważąc komunikaty ostrzegawcze.
Wiedziałem, że poszczególne prowincje w DRK są ze sobą skłócone, że są tam tereny, których państwo nie kontroluje, że są tam rebelianci, generałowie. Ale mimo wszystko transport między tymi prowincjami jakoś się odbywa, ludzie się przemieszczają. Tylko kontekst, w którym się tam znalazłem, był dla mnie bardzo niefortunny.
Wcześniej w Nigerii również zapuściłeś się w niebezpieczny teren kontrolowany przez terrorystów z Boko Haram. Ostatecznie nic ci się tam nie stało, ale byłeś przesłuchiwany przez wojsko, istniało zagrożenie, że terroryści ostrzelają wasz samochód, twój kierowca panicznie się bał. Dlaczego ta sytuacja nie stała się dla ciebie dzwonkiem alarmowym?
Dziś, bogatszy o doświadczenie z DRK, już bym na ten teren w Nigerii nie wjechał. Ale wtedy myślałem tak: jest niebezpiecznie, jestem przesłuchiwany, ale ostatecznie wszystko dobrze się skończyło.
Chciałeś oszukać przeznaczenie?
Trochę tak. Człowiek powinien uczyć się na doświadczeniach innych i nie tracić czasu, by samemu coś przeżyć i dopiero wtedy się uczyć. Miałem w Afryce różne przygody i zawsze wychodziłem z nich cało – czasem dzięki cwaniactwu, inteligencji, czasem pomagały pieniądze. A tutaj tak naprawdę został wplatany w aferę polityczną.
Prezydent Andrzej Duda i Paul Kagame, prezydent Rwandy
W lutym 2024 prezydent Andrzej Duda poleciał do Rwandy. W rozmowie z prezydentem Paulem Kagame użył słów „jeśli Rwandyjczycy będą kiedyś w potrzebie, to im pomożemy, tak jak pomagamy Ukrainie”. Tymczasem DKR oskarża Rwandę o wspieranie rebeliantów na wschodzie kraju, przy granicy z Rwandą.
W Polsce ta wizyta przeszła bez echa. A tam już dzień po wizycie rozpętała się awantura. Nie dość, że słowa prezydenta Dudy zostały wrogo odebrane, to powstało mnóstwo fake newsów, które momentalnie rozniosły się w internecie. Np. zdjęcia dwóch Polaków, którzy teoretycznie mieliby być na froncie wschodnim w Afryce, a to było zdjęcie dwóch żołnierzy walczących w Ukrainie. Takie rzeczy roznoszą się momentalnie, a sprostowanie ich dociera już tylko do małej grupy ludzi. Władze zapowiedziały, że wyciągną konsekwencje i ja byłem jedną z nich.
Jesteś w DRK, jedziesz w stronę prowincji Mugundu. Twoja taksówka zostaje zatrzymana przez patrol gwardii prezydenckiej, każą ci się wylegitymować.
Normalnie po okazaniu paszportu, po prostu powiedzieliby mi, że mam zawrócić, nie jechać dalej. Ale okazało się, że skoro jestem Polakiem, zaczęto mnie inaczej traktować.
Potem są przesłuchania, krążysz od jednego oficera do drugiego. Każdy cię pyta, po co tu przyjechałeś, co chciałeś zobaczyć. I robią wielkie oczy, gdy odpowiadasz im, że nic konkretnego, żaden zabytek czy kościół, że „chciałeś po prostu zobaczyć to miejsce”.
Dla nich osoba, która „zwiedza Kongo”, jest czymś niezrozumiałym. Tam nie ma atrakcji turystycznych, nie organizuje się wycieczek. Kraj jest piękny, jeśli chodzi o naturę, ale zabytki? Prawie nic tam nie ma, więc oni się mocno dziwili, co robię na bezludnej drodze prowadzącej do prowincji pełnej rebeliantów. Na domiar złego rozładował mi się telefon, a to była moja nadzieja – że pokażę im zdjęcia z podróży.
Zatrzymała cię gwardia prezydencka. Zostałeś przewieziony na teren wojskowego garnizonu, a potem do aresztu dla byłych wojskowych, w którym bez postawienia zarzutów spędziłeś kilka tygodni.
Teraz już mogę wracać do tych wspomnień, ale wcześniej, przez pół roku, byłem na terapii PTSD [zespół stresu pourazowego - red.] Jak Jarkowi Kocembie, współautorowi książki, opowiadałem o moich doświadczeniach, to dwa, może trzy razy się rozkleiłem. To nie jest tak, że przejdziesz terapię i nic już cię nie rusza.
Czytałeś książkę?
Tylko raz. Musiałem, jak już była gotowa, sprawdzić, czy na pewno wszystko się zgadza. Ale więcej na pewno nie przeczytam, nie chcę do tego wracać.
Czyli czas promocji, rozmowy z mediami to musi być dla ciebie wyzwanie?
Trochę tak, ale może im częściej o tym mówię, tym bardziej się z tym oswajam. Może mi to pomoże. Ostatnio udzielałem wywiadu i w trakcie rozmowy łzy napłynęły mi do oczu. Dziennikarz, który ze mną rozmawiał, zapytał, czy może to opisać. Zgodziłem się, nie będę udawał, że tak się nie dzieje. Przecież wiem, jak było mi ciężko.
Co było dla ciebie najtrudniejsze?
Nawet nie więzienie, tylko myśl, co ze mną będzie. I z moją rodziną. Moje dzieci nie wiedziały, gdzie jestem. Trudno z tym żyć.
Wracają do ciebie po tych miesiącach konkretne obrazy, momenty? Łapiesz się na pewnych zachowaniach?
O dziwo tak. Np. latem, jak jest gorąco, wyzwala to we mnie takie pragnienie, jakie czułem tam, w tym ponad 40-stopniowym upale. Muszę zaraz mieć przy sobie butelkę wody, szybko się napić, bo boję się, że może jej zabraknąć. W pierwszym areszcie, do którego trafiłem, mieliśmy racjonowaną wodę – pół litra na osobę na dwa dni. Czasem, gdy wychodzę z domu, biorę ze sobą dużą butelkę, a moja partnerka pyta, po co? I wtedy myślę: faktycznie, chyba zostawię.
Pierwszy areszt, do którego trafiłeś, to było specyficzne miejsce. Gnieździło się tam, w jednym, małym pomieszczeniu, prawie 20 mężczyzn. Nie mieliście łóżek, spaliście przykryci szmatami, mieliście jedno okno, jeden posiłek na dobę, wodę i zimny prysznic co dwa dni .
Najgorsze było to, że praktycznie nie mieliśmy kontaktu ze światem zewnętrznym. W normalnym więzieniu może ci ktoś z zewnątrz przynieść ubrania, poduszkę do spania. Albo masz to na wyposażeniu. Mało tego, masz przynajmniej nadzieję, że to kwestia 48 godzin, maksymalnie kilku dni: albo cię wypuszczą, albo przedstawią zarzuty. Tam nie miałeś pojęcia, czy kiedykolwiek zostaniesz przesłuchany, czy w ogóle stamtąd wyjdziesz, czy już tam umrzesz. Potworne uczucie.
Dlaczego w pewnym momencie przestałeś jeść?
Mam depresję, muszę zawsze mieć ze sobą leki, a tam najpierw brałem je co drugi dzień, ale potem się skończyły. Zaczął się koszmar. W depresji jest tak, że jeśli masz przyjaciela czy terapeutę, to on potrafi z tobą porozmawiać, dać ci inną perspektywę, spojrzeć z boku na twoją historię. A jak rozmawiasz sam ze sobą - a tak często jest w depresji - to nie wiesz, czy jeszcze myślisz racjonalnie. Oczywiście, gdy leków zaczyna brakować, stan pogarsza się z dnia na dzień, serotonina jest na coraz niższym poziomie. Doprowadziło mnie to do tego, że myślałem o tym, by już nie jeść i tak skończyć ze sobą. Myślałem, że w tym miejscu już dłużej nie dam rady.
Ale w końcu cię stamtąd zabrali. Choć w tzw. międzyczasie obiecali ci wolność i przekonywali, że zawiozą cię na lotnisko, to zostałeś oszukany i ostatecznie trafiłeś do Makali, największego więzienia w kraju.
Dzień, gdy trafiłem do Makali, to był koszmar. Najpierw dawano mi nadzieję, że wrócę do domu, że sprawa się wyjaśniła. Potem mnie oszukano, wożono po mieście na pick-upie, ludzie wytykali mnie palcami. W Makali było cholernie niebezpiecznie, a mimo to wolałem to więzienie niż to pierwsze, bo w pierwszym męczarnia psychiczna była nie do wytrzymania.
W książce podkreślasz, że w tym pierwszym areszcie mimo wszystko spotkałeś się z przejawami dobroci. Opisujesz m.in. Sefu, starca, więziennego kaznodzieję, który poratował cię pożywieniem, dodawał otuchy. Można w takich zapomnianych przez Boga miejscach spotkać dobro?
Jedna czwarta współwięźniów, może z pięciu, było wobec mnie przyjaznych, dziesięciu neutralnych, bo tak naprawdę obchodziły ich tylko ich sprawy, a pięciu było wobec mnie nastawionych wrogo. Gdyby siedział tam tylko z nimi, to pewnie zrobiliby mi krzywdę, a ponieważ znajdowaliśmy się w większej grupie, to nic mi się nie stało.
Więzienie Makala
Łatwo w takich miejscach zobojętnieć na cudzy ból, cierpienie?
Rzeczywiście, był taki okres, że złapało mnie coś w rodzaju znieczulicy. Na początku robiło na mnie ogromne wrażenie, że tam są chorzy ludzie albo trupy. Ale później zrozumiałem, że nikt na to nie zwraca uwagi, że to codzienność. Jak ktoś leżał, to nie zastanawiałem się, dlaczego, co mu dolega, czy oddycha, czy żyje.
Miałeś świadomość, że nad tobą też się nikt tam nie zlituje?
Tak. W Makali miałem dwa poważne kryzysy zdrowotne. Za pierwszym razem, gdy zemdlałem, zanieśli mnie do punktu medycznego, ale za drugim razem był wieczór, wszystko już było pozamykane, byłem zostawiony właściwie sam sobie. Gdyby nie Francuz, który tam ze mną siedział i mi pomógł, to nie wiem, czy bym to przeżył.
Piszesz, że Makala to nietypowe więzienie, w którym nie ma strażników. Jak to możliwe?
Strażnicy są tylko w wieżyczkach i pilnują, żeby nikt nie uciekł. Są zdania, że jest to lepsze rozwiązanie pod kątem resocjalizacji więźniów, ale prawda jest taka, że strażnicy boją się przebywać w środku. Po drugie, to są jednak mniejsze koszty. Zwłaszcza, jeśli ci kryminaliści sami się powybijają.
A przemoc, gwałty, kradzieże? Nikt nad tym nie panuje?
Nie, obowiązuje zasada „niech to się dzieje”. Przemoc, śmiertelność - ich to nie interesuje. Nikt tam nawet nie notuje statystyk zgonów, chorób. Ten obiekt funkcjonuje tak już od kilkudziesięciu lat, nic się tam nie zmieniło. 90-95 proc. ludzi, którzy tam trafiają, po prostu umiera. Mnie uratował mężczyzna w koszulce Chelsea Londyn, który kazał mi zapłacić 400 dolarów, jeśli chcę zostać w tzw. bloku VIP. Dał mi telefon i powiedział, że mam zadzwonić do kogokolwiek, kto może za mnie przesłać pieniądze. Zadzwoniłem do Marioli. Rozmawiałem z nią wtedy pierwszy raz, od kiedy mnie zatrzymali.
Nie bałeś się, że znów cię oszukają?
Byłem w takim stanie, że jakby mi powiedział, że mam zapłacić 1 tys. dolarów, to też bym zapłacił. Potem dowiedziałem się, że jeśli nie załatwiłbym tych pieniędzy, to trafiłbym pewnie do bloku o zaostrzonym rygorze, a tam mógłbym nie przeżyć nawet jednej nocy. Zresztą już na samym początku w Makali rozebrano mnie i pobito, to byli współwięźniowie. Potem jednak zakolegowałem się z jednym człowiekiem. Siedział tam od dawna, znał wszystkich, wszyscy go szanowali. Kilka razy mnie obronił.
Szacunek w więzieniu to jest kluczowa waluta – ja go nie miałem, ale on miał. Kilka razy też mu pomogłem, rozmawialiśmy, paliliśmy papierosy. Mało tego, zacząłem się tam nawet uczyć języka lingala, którym posługuje się 2 mln ludzi w DRK. To był świetny pomysł. Ich to bawiło, że coś do mnie mówili, a ja im odpowiadałem w lingali, oczywiście w łamany sposób. Byli zdumieni, że biały człowiek chce się uczyć ich języka. Nigdy wcześniej nie spotkali białego, który znał w tym języku choćby jedno słowo. Ludzie zaczęli się do mnie uśmiechać.
Co ci tak naprawdę pozwoliło przetrwać ten czas?
Miłość. Do rodziny, bliskich, pragnienie, żeby ich jeszcze zobaczyć. Myśl, że całe życie się za czymś gania, że nie poświęciłem dzieciakom tyle czasu, ile powinienem. Że nie mogę tak po prostu odejść. To mi dawało cholernie dużo siły.
Mariola, twoja partnerka, poruszyła niebo i ziemię, żeby cię uratować. Działała przez ambasadę w Angoli, MSZ, różne organizacje. Ale czy przez ten czas miałeś taką myśl, że ona może nie wybaczyć ci tego, w co się wplątałeś?
Miałem takie myśli. Zwłaszcza, że przez pęd do podróży rozpadło się moje pierwsze małżeństwo. Jest cienka granica między pasją a chorobliwą wręcz obsesją. To mechanizm jak przy uzależnieniu. Wszystko jest piękne i fajne, dopóki nie cierpią na tym relacje z rodziną, przyjaciółmi, wywiązujesz się z obowiązków zawodowych itp. Ale kiedy zaczynają się już wkradać nieporozumienia, żale, że np. nie ma ciebie w domu, to już jest sygnał ostrzegawczy. To, co się stało, jest logiczną konsekwencją takiego stylu życia. Na nas spadło dużo problemów z tego tytułu.
Np. Mariola, kiedy byłem w więzieniu, zadzwoniła do mojego stomatologa, z prośbą o zdjęcie mojej szczęki. Bo jak nie daj Boże znajdą zwłoki, to chce wiedzieć, czy to jestem ja. Ale dentysta odmówił, bo ona nie jest moją żoną, nie jest upoważniona do otrzymania informacji na temat mojego zdrowia. Nie miała dostępu do mojego konta, a musiała zarządzać firmą na bieżąco. Mnóstwo rzeczy, z których nie zdajemy sobie sprawy, bo nie myślimy, że jednego dnia może nam się coś stać, mamy nieuporządkowanych. Teraz, po tej „przygodzie” dużo rzeczy pozmienialiśmy.
Spędziłeś trzy miesiące w systemie penitencjarnym jednego z najniebezpieczniejszych państw Afryki. Kiedy tak naprawdę uświadomiłeś sobie, że ta historia może mieć happy end?
Szczerze? Jak wsiadłem do samolotu, wprowadzony tam z płyty lotniska przez tamtejsze służby, i jak zobaczyłem z okna rzekę Kongo przepływającą przez Brazzaville, stolicę DRK. Ale naprawdę bezpiecznie poczułem się dopiero, gdy wylądowaliśmy w Brukseli.
Masz poczucie, że mogłeś wyjść stamtąd szybciej, gdyby np. polskie władze skuteczniej zadziałały? Czy one właśnie zadziałały dobrze?
Nie mam pretensji do polskich władz. Myślę, że w ogóle ta książka może wywołać pewną dyskusję - czy należy pomagać Polakom, którzy sami wpakowali się w problemy i zapuścili w niebezpieczne rejony mimo ostrzeżeń. Myślę, że ludzie będą podzieleni. Rozumiem jednych i drugich. Sam jestem za tym, żeby pomagać, zresztą mnie tej pomocy udzielono i nie wypada mi mówić inaczej. Ale np. Francuz, który tam ze mną siedział, miał gorzej. Jemu ambasada odmówiła pomocy.
Pytałeś, czy można było wcześniej wyjść. Może miało to związek z tym, że nie chcieliśmy ujawniać tej sprawy mediom, bo to tylko pogarsza sytuację. Trudno się wtedy wyciąga takiego człowieka z więzienia. Jakby zrobiło się głośno, Kongijczycy mogliby grać ostrzej itp. Ale kiedy już dostałem wyrok [dożywocia, za szpiegostwo i fotografowanie obiektów rządowych – red.], to wiedziałem, że nie mogę oglądać się na MSZ. Że tę sprawę właśnie należy nagłośnić.
Podobno prezydent Duda rozmawiał o tobie z prezydentem DRK Felixem Tshisekedim?
Tak, rozmawiali telefonicznie niedługo po tym, jak mnie skazano. Głowy państw zwykle nie interweniują w sprawie pojedynczych obywateli, ale może prezydent miał mnie trochę na sumieniu.
Czy organy ścigania w DRK do końca były przekonane, że jesteś szpiegiem? Czy po prostu chciały cię zniszczyć, ukarać dla przykładu, bo jesteś Polakiem?
Trudno powiedzieć, co mieli w głowach. Ale wszystko im pasowało: wypowiedź prezydenta, moje ogólnikowe wyjaśnienia. Tam była zresztą ogromna presja ze strony opinii publicznej, żeby mnie skazać, nawet na karę śmierci. To kraj, który przez lata był uciskany, był belgijską kolonią, dopiero w XX wieku odzyskał niepodległość
I nagle jakieś europejskie, zachodnie państwo – patrząc z ich perspektywy – miesza się w ich wewnętrzne sprawy i sprzymierza z ich wrogiem?
Tak, to był dla nich policzek.
Czego cię ta historia nauczyła? Tego, żeby nie ignorować rządowych komunikatów i nie zapuszczać się w tak niebezpieczne rejony? Czy raczej tego, że od teraz będziesz już wszystko mówił swojej rodzinie, gdzie jedziesz itp.?
Tego też (śmiech). Ale przede wszystkim nauczyłem się, że nie jestem niezniszczalny, a tak mi się dotychczas wydawało. Jak działy się jakieś tragedie, to zawsze „tam gdzieś”, u kogoś, a mnie dotyczyły. Teraz pięć razy się zastanowię, czy akurat w tym momencie chcę gdzieś jechać. Nie chcę nikogo do niczego namawiać ani udzielać rad, nie jestem do tego upoważniony. Na pewno nie chcę być przykładem. Ale moje doświadczenia powinny przestrzegać choćby przed tym, by mieć pewne kwestie uregulowane, zanim się wyruszy w taką podróż. Wyobrazić sobie: „Co by było, gdyby mnie zatrzymano, jak Mariusza”? „Czy ja mam wszystko uporządkowane, załatwione, czy ktoś nie będzie miał przeze mnie problemów?”
Mariola i dzieci dali ci jakieś ultimatum podróżnicze?
Moi synowie powiedzieli, że mam już nigdy więcej nie lecieć do Demokratycznej Republiki Konga. Że wszędzie, byle nie tam. Ze strony Marioli takim wymogiem na pewno jest konkretny plan, o której godzinie mam samolot, dokąd. Tamtego feralnego dnia nawet jej nie powiedziałem, gdzie jestem, mimo że rozmawialiśmy przez telefon.
Wróciłeś do podróżowania w takim stylu?
Po powrocie z DRK przez pewien czas się bałem. Na początku w ogóle nie chciałem myśleć o żadnych wyjazdach, ale minął czas, poszedłem po terapię. I wróciłem do podróży, może nie tak ekstremalnych, jak tamta, ale byłem np. dwa razy w Chinach.
A najbliższy wyjazd?
Portugalia. Z rodziną, bezpiecznie, żadnych szaleństw (śmiech).
Książka Mariusza Majewskiego i Jarosława Kocemby „Kongijskie piekło. Polak w afrykańskim więzieniu. Historia prawdziwa” ukaże się 22 kwietnia nakładem wydawnictwa HARDE.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET