Skąd się biorą "paragony grozy"? Restaurator tłumaczy, gdzie zaczyna się oszustwo
Paragony grozy znów zalewają internet – 67 zł za jajecznicę, ponad 200 zł za rybę. Czy restauratorzy naprawdę liczą na naiwność turystów, czy może za ceną kryje się coś więcej? Jak nie przepłacać na wakacjach? W rozmowie z "Wyborczą" restaurator wyjaśnia, skąd biorą się absurdalne ceny na paragonach i jak ich uniknąć.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Co odróżnia drogą restaurację od miejsca, które cię oszuka.
- Dlaczego w kurortach ceny jak bardzo idą w górę.
- Kiedy cena to jeszcze luksus, a kiedy już manipulacja.
Paragony grozy? Nie zawsze chodzi o chciwość. Restaurator tłumaczy, skąd te ceny i gdzie zaczyna się oszustwo
Co roku w wakacje wracają jak bumerang – zdjęcia tzw. paragonów grozy, które rozgrzewają internet do czerwoności. 67 zł za jajecznicę, 44 zł za cappuccino, 235 zł za rybę? Dla wielu klientów to szok. Ale czy to rzeczywiście zwykłe zdzierstwo, czy może coś więcej?
– Ta cena jest odjechana, ale ludzie idą do tego lokalu pokazać, że ich stać, aby tam jeść – mówi Kamil Sakałus, restaurator i właściciel marki Schronisko Bukowina, w rozmowie z Piotrem Miączyńskim z “Wyborczej”. Rozkłada na czynniki pierwsze kulisy wakacyjnej gastronomii i tłumaczy, dlaczego czasem płacimy jak za zboże – i kiedy powinniśmy się naprawdę wkurzyć.
Jajecznica za 67 zł? „Ludzie tam idą, żeby pokazać, że ich stać”
Zaczęło się od posta na „Spotted: Białystok”, gdzie ktoś wrzucił paragon z zakopiańskiego lokalu: dwie jajecznice po 67 zł, cappuccino po 40 i 44 zł, opłata za obsługę – 22 zł. Media od razu podchwyciły temat. Sakałus skomentował ostro: „Albo dziennikarze są coraz głupsi, albo redakcje coraz bardziej wyrachowane”.
– Skąd jest ten paragon? Z lokalu o nazwie Księstwo Góralskie. To absolutnie najdroższy lokal w Zakopanem. (...) Kilkanaście metrów od wskazanego miejsca za te same pozycje właściciel paragonu zapłaciłby 62 zł, a za serwis 0 zł. Pięćdziesiąt metrów wyżej Krupówkami w lokalu z pięknym widokiem na Giewont – 73 zł – stwierdza.
Co więcej, tacy klienci są. Robią tam sobie zdjęcia, pokazują, że mogą, że ich stać. Jak stwierdza restaurator, “to jak z butami”. – Czy w tych za 6 tys. lepiej się chodzi? Niekoniecznie. Ale jest grupa ludzi, która nawet nie wejdzie do sklepu, gdzie buty kosztują 200 zł. Pójdą do Gucciego. Albo do Manolo Blahnika – wyjaśnia.
Luksus dla jednych, naciąganie dla drugich
Jak informuje "Wyborcza", według badań panelu badawczego Ariadna dla Polskiego Towarzystwa Wspierania Przedsiębiorczości, w Polsce restauracje odwiedza regularnie zaledwie 10 proc. społeczeństwa. Nic dziwnego, że niektórzy przeżywają szok, widząc ceny dań w wakacyjnych kurortach. Nie wiedzą jednak, że za kosztem dania stoi cały łańcuch: praca kucharzy, obsługi, wynajem lokalu, sezonowość. Food cost, czyli koszt składników, to tylko ok. 25 proc. ceny na talerzu.
Sezon trwa często dwa-trzy miesiące. Przez ten czas lokal musi zarobić na cały rok. A do tego dochodzą rosnące pensje – które Sakałus popiera. Jeśli się chce mieć dobrego kucharza czy kelnera, trzeba dać mu pracę na cały rok i dobrze zapłacić.
„Dorsz”, który nim nie jest. Tu już zaczyna się oszustwo
Jest jednak granica między wysoką ceną a zwykłym naciąganiem. A tę – zdaniem restauratora – niektórzy przekraczają z rozmysłem. Jako przykład podaje sprzedawanie czarniaka udając, że serwuje się dorsza.
– To nie jest manipulacja, to oszustwo – mówi bez ogródek. Inspekcja Handlowa potwierdza: takich przypadków nie brakuje. – Jest to wał, z którym trzeba walczyć, bo to psuje nie tylko odbiór wśród klientów danego lokalu, ale też produkt i rynek. Restauracja, która rzeczywiście dodaje fetę i parmezan, będzie droższa, bo to danie musi być tam droższe. A ktoś, kto sobie leci w kulki, będzie miał taniej – mówi Sakałus.
Niektóre lokale stosują inny trik: cena „za 100 g” ryby w menu. Gość myśli, że zapłaci 70 zł, ale okazuje się, że porcja ważyła 600 g – i robi się 140 zł. – Dla mnie jest to skandal, niech się restauratorzy nauczą podstaw swojej pracy. Każdy normalny dostawca, który zaopatruje gastronomię, oferuje coś takiego jak kalibracja. (...) Można sobie zamówić pstrąga, który będzie miał między 400 a 420 gramów. Chcesz podawać kilogramowe pstrągi? Też ci takie przywiozą. Klient przed złożeniem zamówienia musi wiedzieć, ile zapłaci. To jest zasada święta – mówi Kamil Sakałus.
Jak nie dać się złapać?
Jak odróżnić porządną knajpę od tej, która robi show z cen? – Wystarczy popatrzeć, czy w środku ludzie siedzą. Zerknąć na kartę. Jak widzę tam 15 zup, a na stronie z daniami głównymi 50 czy 60 pozycji, w tym: ryby, cielęcina, jagnięcina, kaczka i może jeszcze owoce morza w 40 wersjach, to wychodzę. Jest jasne, że lokal raczej leci na mikrofalówkach, to nie może być świeże. Druga możliwość: będziesz tam czekał dwie godziny na schabowego – radzi restaurator.
Kamil Sakałus nie wybiela branży, ale też nie demonizuje. Pokazuje, że gastronomia to nie tylko ceny, ale i realne koszty, decyzje, ryzyko. I uczciwość.
Źródło: Radio ZET/Wyborcza
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET