Rok temu Trzaskowski i KO dokonali niemożliwego. Czy Tusk odrobił tę lekcję?

8 min. czytania
02.06.2026 06:02
Obserwuj nas na Google

Na początku ubiegłego roku politycy KO byli przekonani, że Rafał Trzaskowski jest kandydatem idealnym, a jego wygrana w wyborach prezydenckich jest więcej niż pewna. 2 czerwca 2025 roku był jednak wstrząsem. Trzaskowski przegrał nie tylko najważniejszą kampanię od lat, ale przy okazji obnażył największe słabości swojego ugrupowania. Rok od tamtych wydarzeń pojawia się pytanie, czy Donald Tusk i KO zdołali już wyciągnąć wnioski.

Jak to się stało, że faworyzowany Trzaskowski, mający po swojej stronie liczne atuty i doświadczenie, mimo długiej dominacji w sondażach nie był w stanie przechylić szali zwycięstwa?
fot. STACH ANTKOWIAK/REPORTER

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jakie były kluczowe błędy kampanii Rafała Trzaskowskiego.
  • Dlaczego debata w Końskich była punktem zwrotnym dla Trzaskowskiego.
  • Jakie oskarżenia dotknęły kampanię Karola Nawrockiego.
  • Czy KO wyciągnęła wnioski na przyszłe wybory parlamentarne.

Gdy 1 czerwca pojawiły się pierwsze wyniki sondażowe exit poll, w sztabie Rafała Trzaskowskiego zapanowała euforia, ale czujni obserwatorzy wychwycili, że nie na wszystkich twarzach można było dostrzec poczucie wielkiej ulgi. Podobno sam Donald Tusk zdawał sobie sprawę, że różnica w głosach jest śladowa i za kilka godzin sytuacja może się odwrócić. W tym samym czasie w sztabie Karola Nawrockiego panował spokój. Kandydat PiS nie tylko nie uznał zwycięstwa Trzaskowskiego, ale zapewnił, że jego wygrana przyjdzie „dziś w nocy”. Nie mylił się. Kolejne badanie, tym razem late poll, opublikowane dwie godziny później, wskazało na sukces Nawrockiego. 2 czerwca było już jasne, że to on wygrał wybory prezydenckie.

Bardzo szybko pojawiły się wątpliwości dotyczące przebiegu procesu wyborczego. Z każdym kolejnym dniem media informowały o nieprawidłowościach podczas liczenia głosów i błędnie zapisywanych wynikach, które mogły wpłynąć na rezultat głosowania. Część opozycji domagała się ponownego przeliczenia głosów w spornych komisjach, a docelowo nawet w całym kraju. Na internetowych forach pisano o możliwych fałszerstwach. Niektórzy sugerowali nawet, że w obliczu narastających wątpliwości marszałek Szymon Hołownia nie powinien przyjmować ślubowania od Nawrockiego. Scenariusze kreślone przez przeciwników PiS ostatecznie spełzły na niczym. 6 sierpnia nowy prezydent złożył przed Zgromadzeniem Narodowym przysięgę i oficjalnie objął urząd.

Jak to się stało, że faworyzowany Trzaskowski, mający po swojej stronie liczne atuty i doświadczenie, mimo długiej dominacji w sondażach nie był w stanie przechylić szali zwycięstwa? Kto poniósł w tych wyborach większą porażkę – on czy koalicja rządząca i Donald Tusk? Czy ugrupowania tworzące obecny rząd wyciągnęły z tej historii odpowiednie wnioski, szczególnie w kontekście nadchodzących wyborów parlamentarnych w 2027 roku? Wydaje się, że Trzaskowskiego pogrążyły te same bolączki, które dziś są piętą achillesową jego partii.

Redakcja poleca

Trzaskowski był złym kandydatem na te wybory?

Wszystko zaczęło się od błędnej kalkulacji. Koalicja Obywatelska uznała, że wysoka popularność Rafała Trzaskowskiego i dobry wynik z wyborów w 2020 roku wystarczą, aby tym razem pewnie zakończyć kampanię na pierwszym miejscu. KO co prawda trafnie oszacowała potencjał wyborczy PiS, ale kompletnie zlekceważyła rosnące notowania mniejszych ugrupowań prawicowych – Konfederacji Sławomira Mentzena oraz Korony Grzegorza Brauna. To właśnie poparcie wyborców tych dwóch kandydatów okazało się kluczowe dla zwycięstwa w drugiej turze.

Tę lekcję doskonale odrobiło PiS, które już pod koniec 2024 roku wiedziało, że potrzebuje kandydata nieobciążonego rządami Mateusza Morawieckiego, a jednocześnie ideowo atrakcyjnego dla skrajnej prawicy, która w finale kampanii miała odegrać decydującą rolę. Jeżeli wybory prezydenckie rozstrzygają się w drugiej turze, nie są już konkursem popularności, lecz umiejętności pozyskiwania głosów wyborców pozostałych kandydatów. Trzaskowski, ze swoim lewicowo-liberalnym bagażem był politykiem nie do zaakceptowania dla obu środowisk konfederackich. Z kolei polityczna sylwetka Nawrockiego została świadomie zaprojektowana tak, aby trafiać w gusta właśnie tych wyborców. KO nie zdołała tego przewidzieć.

Nie oznacza to jednak, że Rafał Trzaskowski był z góry skazany na porażkę. Pamiętajmy, że wybory w drugiej turze rozstrzygnęły się stosunkowo niewielką liczbą głosów, a ostatnie sondaże wskazywały na remis. Można założyć, że wystawienie przez partię Donalda Tuska bardziej konserwatywnego kandydata poszerzyłoby grupę potencjalnych wyborców w drugiej turze. To jednak jedynie teoretyczne założenie i jego rzeczywistego efektu już nie poznamy. Pewne jest natomiast to, że KO nie wykonała odpowiednich badań, żeby sprawdzić jaki kandydat gwarantuje zwycięstwo, jakie powinien posiadać cechy i czym przekonać elektorat, który w pierwszej turze nie zagłosuje na Trzaskowskiego. W partii kompletnie to zbagatelizowano.

Pechowe debaty w Końskich, Trzaskowski pod ostrzałem

Trzaskowskiemu z całą pewnością nie pomogły błędy popełnione w kluczowych momentach przez jego sztab i partyjnych kolegów. Paradoksalnie najmniej winnym wyborczej porażki był sam kandydat, który sprawnie realizował kolejne założenia kampanii i przez wiele miesięcy nie popełnił większej wpadki. Zawiedli ci, którzy za wszelką cenę chcieli przyjść mu z pomocą.

Punktem zwrotnym w kampanii kandydata KO okazało się kompletnie niezrozumiałe i niepotrzebne rzucenie rękawicy Karolowi Nawrockiemu i wezwanie go do debaty w Końskich. Dla Trzaskowskiego plan ten zakończył się katastrofą. Na debacie, która miała być bezpośrednim starciem Trzaskowskiego z Nawrockim, ostatecznie pojawili się także inni, niezaproszeni kandydaci, a okoliczności towarzyszące wydarzeniu zamieniły się w groteskowy spektakl. Finalnie, podczas organizowanej przez własny sztab debaty telewizyjnej, Trzaskowski wypadł słabo, stając się obiektem drwin niemal ze wszystkich stron. Złośliwi mówili, że Końskie dwukrotnie zatopiły kandydata KO – najpierw w 2020 roku, gdy nie pojawił się na debacie, i pięć lat później, gdy się pojawił, lecz sytuacja całkowicie wymknęła się spod kontroli.

Kuriozalna debata w Końskich dodała wiatru w żagle kampanii Karola Nawrockiego, mocno nadszarpując strategię Rafała Trzaskowskiego, ale o niczym jeszcze nie przesądzała. Kandydat PiS miał w trakcie kampanii własne problemy. Najpierw jego plan skomplikowały medialne doniesienia o aferze związanej z gdańską kawalerką, przejętą w niejasnych okolicznościach od Jerzego Ż. Chwilę później na światło dzienne wychodziły kolejne ciemne karty z jego życiorysu: kontakty ze środowiskiem pseudokibiców, udział w kibolskich ustawkach, poręczenie za Grzegorza H., aż w końcu opisywana przez dziennikarzy Onetu historia pracy Nawrockiego w Grand Hotelu, gdzie - według autorów reportażu - miał uczestniczyć w procederze sprowadzania prostytutek. Kandydat PiS częściej musiał tłumaczyć się z rozmaitych epizodów ze swojej przeszłości, niż przekonywać wyborców do programu politycznego. W pewnym momencie w sondażach dogonił go nawet Sławomir Mentzen, a scenariusz wejścia kandydata Konfederacji do drugiej tury wydawał się prawdopodobny.

Ziemniaczany happening Kingi Gajewskiej

Ciemne epizody okazały się jednak chwilowym wstrząsem w kampanii Karola Nawrockiego, a medialne „przegrzanie” tematami dotyczącymi kawalerki i kibolskich ustawek zaczęło bardziej nużyć niż emocjonować wyborców. Zmieniających się nastrojów nie zdołali wyczuć sztabowcy KO, którzy nieustannie zalewali opinię publiczną powtarzanymi oskarżeniami pod adresem Nawrockiego. Kolejna błędna kalkulacja przyniosła nieoczekiwany zwrot w ostatnich dniach kampanii. Najpierw Trzaskowskiemu zaszkodził premier Tusk, powołując się w telewizyjnym wywiadzie na relację Jacka Murańskiego – influencera i freak fightera – który zarzucał Nawrockiemu znajomość z „Wielkim Bu”. Następnie z „pomocą” dla kandydata KO przyszła jego partyjna koleżanka, posłanka Kinga Gajewska. Chcąc podkreślić wrażliwość swojego ugrupowania na problemy osób starszych, polityczka pojawiła się w jednym z DPS-ów z workami ziemniaków, które z wyraźną satysfakcją wręczała podopiecznym ośrodka. Kompromitujący happening szybko stał się viralem, który z pewnością nie pomógł Trzaskowskiemu na ostatnim etapie wyrównanej walki z Nawrockim.

Poza nietrafioną kalkulacją i trudnymi do zrozumienia wpadkami sztabowców oraz polityków KO zawiodła również strategia informacyjna – a właściwie jej bezobjawowość. W mediach społecznościowych kampania Trzaskowskiego znajdowała się w nieustannej defensywie i choć za sprawą medialnych doniesień to Karol Nawrocki miał więcej powodów do niepokoju, internet i nowoczesne media okazały się polem porażki kandydata KO. Trzaskowski przez wiele tygodni bombardowany był niemal ze wszystkich stron. Atakowały go trollkonta, boty oraz popularni użytkownicy mediów społecznościowych. Zasięgowe kanały na YouTube nie zostawiały na nim suchej nitki, powstawały prześmiewcze memy i grafiki.

W Trzaskowskiego nie wahali się uderzać nawet koalicyjni partnerzy, co unaoczniały kolejne debaty telewizyjne. Jednym z najbardziej charakterystycznych haseł kampanii stało się słowo „bonżur”, drwiąco nawiązujące do inteligenckiego rodowodu Trzaskowskiego i znajomości języków obcych. Nawrocki, który regularnie trafiał na pierwsze strony gazet za sprawą niejasnych wątków ze swojej przeszłości i kontaktów ze środowiskiem pseudokibiców, w internecie cieszył się wyraźnie większą sympatią i tolerancją. W serwisie X hashtagi #DrugaTuraBezBonżura i #ByleNieTrzaskowski były udostępniane nawet przez zwolenników obu środowisk konfederackich.

Koalicja Obywatelska nie miała na to żadnej odpowiedzi. Sztab Trzaskowskiego naiwnie liczył, że obecność w tradycyjnych mediach wystarczy, aby odeprzeć dezinformację i czarny PR, a popularność kandydata sama się obroni. Tymczasem w erze nowych mediów, krótkich rolek i virali liczy się ofensywny i chwytliwy przekaz. Stosunkowo łagodny i defensywny styl Trzaskowskiego nie porywał. Dla wyborców kluczowych z perspektywy wyniku drugiej tury był albo nijaki, albo zwyczajnie memiczny.

„Przekonanie o własnej samozajebistości”

Na porażkę Rafała Trzaskowskiego sprzed roku złożyły się dokładnie te same czynniki, które dziś najbardziej uwierają Koalicję Obywatelską, i które mogą rozstrzygnąć wybory parlamentarne w 2027 roku. Pierwszym, zasadniczym błędem KO były partyjne prawybory. PiS konsekwentnie stawiało na dogłębne badania i analizy, oddając wybór kandydata specjalistycznym opracowaniom, a nie naiwnym przeświadczeniom i emocjom. Pamiętajmy, że prawybory już raz wyprowadziły partię Tuska w pole – w 2020 roku. Ówczesna triumfatorka tego demokratycznego rozstrzygnięcia, Małgorzata Kidawa-Błońska, została zmuszona do wycofania się z wyborów prezydenckich, gdy po fatalnej kampanii jej poparcie spadło do zaledwie kilku procent. O analitycznych brakach w KO pisała po przegranej kampanii Trzaskowskiego posłanka Joanna Mucha. „Platforma nie robi analiz strategicznych. Jest tak przekonana o własnej samozajebistości, że analizy strategiczne nie są potrzebne. Platforma uważa, że jest »lepsza« i w związku z tym istnieje moralny obowiązek głosowania na kandydatów Platformy. Oni uważają, że »im to zwycięstwo się po prostu należy«. W tym przekonaniu wspierają ich prawie wszystkie media” – wyliczała w swojej obszernej diagnozie w czerwcu 2025 roku.

KO nie potrafi też uporać się ze stereotypem partii „uśmiechniętych fajno-Polaków”, która w infantylnym zaślepieniu nie zauważa własnej memiczności. Tak ugrupowanie Tuska postrzega dziś antysystemowa i prawicowa konkurencja, która w 2025 roku nie otrzymała dostatecznie silnego argumentu, aby w drugiej turze postawić krzyżyk przy nazwisku Rafała Trzaskowskiego. Symbolem tego stereotypu stał się wspomniany happening Kingi Gajewskiej i viralowe okrzyki: „Gosia, Gosia, Gosia” na cześć niedoszłej pierwszej damy.

Czy KO potrafi wyciągnąć wnioski?

Zawiodła również polityka informacyjna. Dopiero po przegranych w 2025 roku wyborach i licznych, oddolnych naciskach Donald Tusk zdecydował się powołać rzecznika rządu. Był to krok w dobrym kierunku, ale dalece niewystarczający. Specjaliści zajmujący się badaniem zjawiska dezinformacji są zgodni, że w erze nowych mediów potrzebny jest cały system – struktura, która z jednej strony będzie kontrolować skuteczność komunikacji, a z drugiej szybko obnażać wyrastające jak grzyby po deszczu fałszywe treści. Zresztą część komentatorów ma zastrzeżenia do rzecznika i zauważa, że w niektórych wypowiedziach on też mija się z prawdą.

O wyniku ubiegłorocznych wyborów prezydenckich nie zdecydowała jedna debata, jedna wpadka ani pojedynczy błąd sztabu. Zadecydował splot wielu czynników, które przez miesiące kumulowały się na korzyść Karola Nawrockiego i jednocześnie działały na niekorzyść Rafała Trzaskowskiego. Noc wyborcza jedynie obnażyła skutki procesów, których Koalicja Obywatelska przez długi czas nie dostrzegała. To wtedy euforia po publikacji pierwszych wyników exit poll, szybko ustąpiła miejsca totalnemu rozgoryczeniu. Przyszłość wyborczego starcia w 2027 roku będzie zależała od tego, czy formacja Donalda Tuska okaże się zdolna wznieść ponad własne deficyty i spojrzeć na siebie w sposób bardziej krytyczny. Nie chodzi o samobiczowanie, lecz o pragmatyczne wyciągnięcie wniosków.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET