`

25 lat Polski w NATO. Były dyplomata: "Polska mogła być członkiem-założycielem Sojuszu"

6 min. czytania
12.03.2024 10:34
Obserwuj nas na Google

12 marca 1999 roku Polska stała się członkiem najpotężniejszego sojuszu wojskowego na świecie. Wstąpienie do NATO Polski, ale także Czech i Węgier, w przeszłości tworzących Układ Warszawski, miało niebagatelne znaczenie dla geopolityki Europy. - Decyzja o dołączeniu Polski do NATO była nie tylko mądra, ale wręcz o wielkim historycznym znaczeniu - mówi były dyplomata Robert Pszczel, który w 1997 roku był członkiem specjalnego zespołu negocjującego akcesję Polski do Sojuszu Północnoatlantyckiego. 

USA, WOJSKO
fot. Wojciech Olkusnik/East News

Mateusz Kapera: W latach 90. był Pan w zespole, którego zadaniem było lobbowanie za wejściem Polski do NATO. Jak Pan wspomina ten czas?

Robert Pszczel: - Decyzję o wysłaniu mnie do Brukseli podjął śp. wiceminister Andrzej Ananicz. Ja mu powiedziałem, że z przyjemnością pojadę, ale zapytałem też: jakie mam zadanie? A on na to: wprowadzić Polskę do NATO. Roześmiałem się. Powiedziałem, że w takim razie, to będę długo tam siedział. Tak też wyszło, ale dlatego, że po wejściu Polski do NATO zostałem w Brukseli, aby dalej pracować.

W ciągu czterech lat udało nam się uzyskać członkostwo w NATO. To było stosunkowo szybko, bo warto pamiętać o tym, że to dzisiaj wydaje się takie oczywiste, prawda? Ale to naprawdę nie było nic przesądzone z góry. To była kwestia lobbingu politycznego, wykonania masy pracy wewnątrz kraju, zaczynając od takich bardzo przyziemnych rzeczy, jak tłumaczenia dokumentów czy nauki języka angielskiego. Wśród naszych wyższych oficerów, generałów, to może paru mówiło po angielsku.

Co Panu najbardziej utkwiło w pamięci z całego procesu akcesji Polski do NATO?

- Było kilka takich szczególnych momentów. O złożeniu ostatniego protokołu akcesyjnego, który zakończył proces wejścia do NATO, nasza delegacja dowiedziała się z faksu od sekretarza generalnego. To był taki historyczny faks. Tak samo wciąganie flagi polskiej na maszt. Wczoraj widziałem, jak była podnoszona flaga szwedzka (Szwecja oficjalnie dołączyła do NATO - przyp. red.). Potem rozmawiałem z przyjaciółmi szwedzkimi i powiedziałem im, że cieszę się z ich radości, bo wiem, jak to jest. To jest coś naprawdę istotnego.

Redakcja poleca

Ważne jest takie poczucie, że decyzja o dołączenie Polski do NATO była nie tylko mądra, ale wręcz o wielkim historycznym znaczeniu.

Pamiętam też szczególnie okres po zakończeniu rozmów akcesyjnych w 1997 roku, w którym to przez prawie dwa lata mogliśmy uczestniczyć w większości posiedzeń z prawem głosu, ale bez możliwości podejmowania decyzji. To było bardzo interesujące, bo nie byliśmy pasywni, ale zajmowaliśmy stanowisko i wręcz kłóciliśmy się o nie. No, ale jak później dochodziło do podejmowania decyzji, to oczywiście byliśmy bezsilni.

I pamiętam ten moment, to było 13 bądź 14 marca 1999 roku, kiedy to już staliśmy się pełnoprawnym członkiem NATO. Ja akurat uczestniczyłem w posiedzeniu i z taką trochę perwersyjną, ale chyba uzasadnioną radością, powiedziałem, że w tym momencie to mam już prawo, w imieniu Polski, nie zgodzić się z propozycją, która wtedy została przedstawiona. To tak brzmi troszkę niejako destrukcyjnie, ale była w tym pewna symbolika, bo w tamtym momencie poczułem, że mamy już pewną moc sprawczą w NATO.

Droga Polski do NATO była łatwa?

- To nie było tak, że od początku wszyscy byli entuzjastami. Musieliśmy sami to wywalczyć. Potem nastąpiła pewna ewolucja, ale tak naprawdę to na każdym etapie były jakieś opóźnienia. Był oczywiście czynnik rosyjski, niezmiernie istotny, bo Rosja była traktowana absolutnie priorytetowo. I na początku to właśnie walczyliśmy o to, żeby nie było dyskryminacji, a potem to się odbywało równolegle, czyli partnerstwo z Rosją, ale jednocześnie rozszerzenie NATO. A jak już weszliśmy do środka, to wtedy mieliśmy również wpływ na politykę wobec Rosji.

Ta chęć odizolowania się od Rosji była głównym powodem wstąpienia Polski do NATO?

- Było kilka powodów. Między innymi sprawiedliwość historyczna, bo gdyby Polska była w pełni suwerennym krajem w 1949 roku, to bylibyśmy pewnie członkiem-założycielem, ale zamiast tego staliśmy się częścią strefy rosyjskiej ze wszystkimi konsekwencjami. Chodziło o powrót tam, gdzie właściwie zawsze byliśmy, czyli do świata zachodu, chociaż jesteśmy krajem oczywiście we wschodniej części Europy.

Ma pan też rację. Oczywiście chodziło o bezpieczeństwo, to najbardziej fundamentalne. Dla kraju, który leży tam, gdzie leży, z historią taką, a nie inną, mający za sąsiada Związek Radziecki, potem Rosję, jest oczywiste, że lepiej być w sojuszu, który daje znacznie większe gwarancje. Nie ma lepszej polisy ubezpieczeniowej, nie ma lepszej organizacji niż NATO, która mogłaby zapewnić ten poziom bezpieczeństwa.

Zgoda członków NATO na akcesję Polski była jednomyślna?

- Na początku lat 90., kiedy jeszcze nic nie było przesądzone, była duża niechęć wielu krajów, m.in. Niemiec. Dopiero później, w okolicach 1993 i 1994 roku nastąpiła radykalna ewolucja ich stanowiska.

Z czego wynikała ta niechęć naszych zachodnich sąsiadów?

- Na początku można było ją częściowo zrozumieć, bo dla Niemców na początku lat 90. najważniejsze było zjednoczenie. Potrzebowali na to zgody Rosji. Pamiętajmy, że nie tylko na terenie Polski stacjonowały wojska radzieckie, ale również na terytorium NRD. Opór dotyczący wstąpienia Polski do NATO nie był tylko po stronie niemieckiej, ale także Londynu i Waszyngtonu. Po tym, jak wojska radzieckie opuściły NRD, wszystko się zmieniło.

A co byłoby, gdyby Polska w 1999 roku jednak nie dołączyła do NATO?

- Bez tego członkostwa musielibyśmy wydać bardzo dużo pieniędzy na modernizację wojska. Musielibyśmy być szczególnie wyczuleni na to, co się dzieje w naszym bezpośrednim sąsiedztwie. Bylibyśmy zagrożeni pod kątem kierunku działań wojennych Rosji. Przykład Ukrainy jest tutaj wymowny. Gdyby Ukraina była członkiem NATO, to byłaby duża szansa, że nie padłaby ofiarą rosyjskiej agresji. Historia pokazuje, że nigdy żadne inne państwo nie dokonało agresji na państwo członkowskie Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Wydaje mi się też, że po prostu nie byłoby tego, co jest dzisiaj. Nie byłoby podstaw, żeby na naszym terytorium stacjonowało kilkanaście tysięcy żołnierzy ze Stanów Zjednoczonych czy z innych krajów. Nie bylibyśmy włączeni do zintegrowanego systemu obrony powietrznej, itd.

Jesteśmy częścią najbardziej wiarygodnego sojuszu i nie jesteśmy skazani tylko na siebie. To jest kolosalna różnica.

Przejdźmy do teraźniejszości. Kandydat Republikanów na prezydenta USA Donald Trump ostatnimi wypowiedziami próbował podkopać wiarygodność Sojuszu Północnoatlantyckiego. Jest się czego obawiać?

- Prawdą jest, że Europejczycy są w dużym stopniu uzależnieni od obecności wojsk amerykańskich, dzięki czemu mogą się spokojnie rozwijać. Amerykanie ponoszą tego duże koszty. Z drugiej strony, to nie jest tak, że Stany Zjednoczone, tak samo jak Kanada, czy inne kraje, nie czerpią korzyści z członkostwa w NATO. Amerykanie mogli się o tym przekonać, bo ten jeden raz, kiedy artykuł 5. traktatu północnoatlantyckiego (zbrojna agresja na jeden kraj członkowski zobowiązuje pozostałe do udzielenia mu pomocy - przyp. red.) został wykorzystany, miał miejsce po 11 września 2001 roku. Tuż po tym, jak doszło do ataku terrorystycznego w USA. Z tego, co pamiętam, to dosłownie po 12 godzinach zapadła decyzja o uruchomieniu artykułu 5.

Te więzi transatlantyckie przynoszą obopólne korzyści. Nie ulega wątpliwości, że niektóre wypowiedzi Trumpa są niepokojące, dlatego, że sugerują związek pomiędzy stopniem wydatków na obronność, a gotowością uruchomienia artykułu 5. NATO nie może działać w ten sposób, bo to nie jest jakaś organizacja komercyjna.

Jest sporo rzeczy, które są niepokojące, np. niechęć do wspierania Ukrainy, ale po pierwsze poczekajmy na wyniki wyborów. Po drugie, jeśli rzeczywiście istnieją poważne obawy, czy nie nastąpi jakaś zmiana w podejściu USA do NATO pod rządami np. prezydenta Trumpa, to pamiętajmy, że Europejczycy, ale także Kanadyjczycy mają wiele do zrobienia, jeżeli chodzi o wydatki na obronność. W okresie zimnej wojny tzw. państwa frontowe wydawały około 4% PKB, ale inne państwa europejskie także dużo, średnio 3%. I to jest całkiem daleko od tego, co mamy dziś, czyli sytuacji, w której większość członków nie wydaje nawet 2%.

Niezależnie od tego, kto będzie prezydentem Stanów Zjednoczonych, trzeba brać pod uwagę sytuację, w której Waszyngton byłby zajęty innymi sprawami, czy konfliktami, np. w Azji. Dlatego nie może być tak, że polegamy wyłącznie na pomocy USA.

Niedawno sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg powiedział, że Ukraina w NATO to “kwestia czasu”. Jakie są szanse na szybkie włączenie tego kraju do sojuszu?

- Jeszcze parę lat temu nikt specjalnie do tego nie dążył. W samej Ukrainie nie było większości dla członkostwa w NATO. To się wszystko zmieniło. Ukraina jest teraz znacznie bliżej sojuszu. Jest uważana za kraj, który, mimo że nie jest członkiem, to walczy również o bezpieczeństwo państw członkowskich.

Problem polega oczywiście na tym, że Ukraina jest w trakcie wojny i włączenie jej do NATO oznaczałoby, że Sojusz również musi stać się stroną konfliktu zbrojnego z Rosją. Dziś nie widzę sprzyjających politycznych warunków, aby można było przewidywać, że na szczycie w Waszyngtonie będzie w niedługim czasie wystosowane zaproszenie dla Ukrainy. To jednak nie oznacza, że nie można robić wielu rzeczy, które w znakomity sposób przybliżą Ukrainę do sojuszu. Wsparcie NATO jest dla Ukrainy szalenie istotne i im bliższy będzie ten stopień integracji, tym lepiej również dla bezpieczeństwa krajów członkowskich, a zwłaszcza tych przyfrontowych.

Robert Pszczel w latach 1990–1999 był dyplomatą zaangażowanym w lobbowanie za członkostwem Polski w NATO (początkowo w MSZ w Warszawie, a od 1993 r. w Brukseli). Współorganizował działalność polskiej misji łącznikowej przy NATO, a następnie Stałego Przedstawicielstwa RP w Kwaterze Głównej Sojuszu. W 1997 r. należał do polskiego zespołu negocjującego akcesję Polski do NATO. W latach 2010–2015 pełnił funkcję dyrektora Biura Informacyjnego NATO w Moskwie.

 Kontakt z autorem: mateusz.kapera@radiozet.pl

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET