Uczą się tylko pięć godzin i nie chodzą do szkoły. Coraz więcej uczniów wybiera edukację domową
- Uczniowie, na których w czasie lekcji zdalnych zepchnięto konieczność wzięcia odpowiedzialności za swoją edukację, przekonali się, że mogą to robić. Jeżeli i tak się sami uczą, a ktoś ma im jeszcze wyznaczać, kiedy i jak ma się to odbywać, to stwierdzili, że wolą sami o tym decydować - tłumaczy w kolejnym odcinku podcastu edukacyjnego "Szkoła marzeń" Krzysztof Kacuga, dyrektor Szkół Benedykta z Drohiczyna, które oferują edukację domową. Na czym ona polega?
Jest tu biuro, w którym nieustanne dzwonią telefony, czasem przychodzą nauczyciele na konsultacje i spotkania, są sale lekcyjne, tylko nie ma uczniów. Uczą się w domu. - Gdy w 2016 roku zaproponowano mi utworzenie takiej szkoły, sam dokładnie nie wiedziałem, na czym to polega. Wróciłem ze spotkania i zacząłem czytać akty prawne. Stwierdziłem, że to ciekawe wyzwanie i że to może się udać - opowiada w podcaście edukacyjnym „Szkoła marzeń” Krzysztof Kacuga, dyrektor Szkół Benedykta w Drohiczynie, gdzie uczniowie korzystają z edukacji domowej.
Edukacja domowa. Na czym polega?
To nic innego jak obowiązkowa nauka tylko poza szkołą. Lekcje dzieci mają w domu, a nauczycielami są rodzice (nie muszą mieć ukończonych kursów ani szkoleń). Na koniec roku dziecko musi przystąpić do egzaminu pisemnego i ustnego: z polskiego, matematyki, historii, biologii, geografii, fizyki, chemii, języka obcego, WOS-u (młodsi tych przedmiotów mają mniej). W edukacji domowej uczniowie nie otrzymują ocen z plastyki, muzyki, wychowania fizycznego oraz oceny z zachowania.
- Kiedy zaczynaliśmy, edukacja domowa to była swoista tajemnica, tylko kilka szkół w Polsce ją umożliwiało. Wydarzenia potwierdziły jednak, że to był dobry kierunek – opowiada w „Szkole marzeń” Krzysztof Kacuga. Edukację domową często mylono z nauczaniem indywidualnym. Do tej pory wielu dyrektorów nie chce zezwolić uczniom na taką formę nauki. - Nauczyciele muszą zorganizować egzaminy klasyfikacyjne, które są czasochłonne, trzeba je wkomponować w kalendarz roku szkolnego. Poza tym dyrektorzy obawiają się, że jak jednemu uczniowi się powiedzie, to w jego ślady pójdą kolejni i zaczną pustoszeć klasy – takie opowieści od uczniów najczęściej słyszy Kacuga.
Dzieci przechodzących na edukację domową z każdym rokiem przybywa, zwłaszcza od czasu pandemii i lekcji zdalnych. Liczba dzieci w Szkołach Benedykta wzrosła wtedy o 30,40 proc. - Uczniowie, na których zepchnięto konieczność wzięcia odpowiedzialności za swoją edukację, przekonali się, że mogą i potrafią to robić. Stwierdzili, że jeżeli i tak się sami uczą, a ktoś ma im jeszcze wyznaczać kiedy i jak mają to robić, to wolą sami o tym decydować – wyjaśnia dyrektor szkół z Drohiczyna.
Często odbiera telefony od rodziców, którzy z płaczem opowiadają, jak ich dziecko jest wykończone psychicznie i fizycznie chodzeniem do szkoły. Uczeń spędza tam nieraz osiem, dziewięć godzin, potem jeszcze w domu odrabia lekcje, nie ma czasu na sen, jedzenie, nie mówiąc już o swoich zainteresowaniach. - To są dramatyczne historie, te dzieci potrzebują odbudować wiarę w siebie, w klasie jest za mało czasu, żeby każdemu uczniowi poświęcić uwagę – mówi w podcaście Kacuga.
Dodaje też: - System obowiązujący w szkole, tzn. co godzinę nowy przedmiot, jest sztuczny. Nakładają się na to różne przeżycia: jak mam klasówkę z matematyki, to na geografii cały czas jeszcze ją przeżywam i nie mogę się skupić na nowym przedmiocie.
Nauka pięć godzin i wolne
Dlatego, jak mówi, bardziej naturalnym procesem jest uczenie się modułowe, które najczęściej wybierają uczniowie na edukacji domowej. Tzn. np. przez dwa miesiące uczą się biologii, zdają z niej egzamin i przystępują do historii. I - jak wynika z badań - licealiści korzystający z edukacji domowej na efektywną naukę poświęcają - jedynie - maksymalnie pięć godzin dziennie. - Ten czas aktywności dostosowują też do rytmu biologicznego. Przyzwyczaiłem się, że przed godz. 9 do takich rodzin nie dzwonię, bo zwykle zaczynają naukę, pracę ok. godz. 9 – opowiada Krzysztof Kacuga w „Szkole marzeń”.
W tradycyjnej szkole młodzież ma kontakt z rówieśnikami - to argument "za" tradycyjną edukacją. Jednak podejście i do tego aspektu zmieniło się, nie tylko przez pandemię. - Szkoła bardziej nastawiła się na uczenie, a nie na wychowanie, mniej jest czasu na to, żeby cieszyć się sobą, przeżywać przygody, a przecież młody człowiek musi się nauczyć uczuć, musi przeżyć pierwsze miłości, przyjaźnie, a na to nie ma czasu ani siły – zauważa Kacuga.
Opowiada też, że jego uczniowie często udzielają się w harcerstwie, biorą udział w zawodach sportowych, konkursach, więc z jednej strony mają kontakt z rówieśnikami, a z drugiej strony mają czas na realizowanie swoich pasji. Nawet jeśli ktoś po edukacji domowej chce spróbować zwykłej szkoły, po miesiącu, dwóch wraca. - Tacy uczniowie żalą się, że ogromna ilość czasu jest marnowana w szkole - opowiada Kacuga. Jego zdaniem edukacja domowa nie zastąpi edukacji dziennej, ale liczba chętnych na taką formę nauki będzie się zwiększała.
RadioZET.pl
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET