Życie w strefie stanu wyjątkowego. Tak mieszkańcy Białowieży pomagają migrantom
Od wielu miesięcy nikt nie wpuszcza na ich teren organizacji humanitarnych, więc… sami postanowili taką założyć. Mieszkańcy Białowieży skrzyknęli się, by sformalizować swoją pomoc, jaką udzielają migrantom od początku kryzysu na granicy. Chcą też, by Polska usłyszała o dramatach, jakie dzieją się w ich sąsiedztwie. Ze Sławomirem Droniem z Białowieskiej Akcji Humanitarnej rozmawiamy o tym, jak wygląda codzienność mieszkańców tej gminy objętej stanem wyjątkowym.
Maciej Bąk, Radio ZET: Co to jest za inicjatywa? Jak rozumiem, dopiero się konstytuujecie i sprawa jest bardzo świeża.
Sławomir Droń, Białowieska Akcja Humanitarna: Tak naprawdę działamy już od dłuższego czasu, czyli pomagamy ludziom w lesie. To nie jest tak, że wzięliśmy się z kosmosu albo nagle zorientowaliśmy się, że w Białowieży są ludzie potrzebujący pomocy humanitarnej. Ale chcieliśmy zawiązać taką, nazwijmy to organizację, po prostu, żebyśmy wyszli z podziemia i żeby ludzie usłyszeli o nas. Żeby wiedzieli, że ludzie tutaj w Białowieży pomagają. Dlatego, że nie ma tu żadnych organizacji humanitarnych, które mogłyby nieść pomoc tym ludziom, którzy są w lesie, są zmarznięci i potrzebują wody. Chcemy skoordynować te działania i chcemy w nie włączyć wszystkich w Białowieży. Wysłaliśmy więc zaproszenie do wszystkich organizacji, urzędów, gminy, policji, straży granicznej, żeby zaangażować się wspólnie w pomoc humanitarną dla tych ludzi.
To jak wygląda codzienność w Białowieży? Wszyscy się nad tym zastanawiamy, bo od dawna nie możemy do was zajrzeć. Faktycznie jest tak, że każdy z was ma regularny kontakt z tymi osobami błąkającymi się po lesie?
Dokładnie tak jest. Praktycznie każdy białowieżanin zetknął się z takimi ludźmi. Albo spotykamy ich, idąc na spacer z psem, albo chodząc po lesie, a czasami docierali też do samej Białowieży. To przekrój ludzi, od dzieci przez nastolatków i ludzi w wieku średnim i starszych osób, którzy naprawdę w tym terenie białowieskim, gdzie jest las naturalny o charakterze pierwotnym, nie wiedzą, jak sobie poradzić. Krążą po nim, nie wiedzą gdzie pójść, czasem są tam kilka dni, są pushbackowani w jedną i drugą stronę cały czas, no i znaleźli się w takim potrzasku.
Spotkaliście się z jakąś agresją z ich strony?
Nigdy nie było żadnej agresji. Ci ludzie nie mogą być agresywni – oni są przerażeni! Nawet jak byli wśród nas tacy, którzy nie byli zachwyceni tym, że docierają tu jacyś obcy, to kiedy się z nimi zetknęli, od razu zmieniali swoje podejście. Widzieli, jak oni są wyziębieni, jak oni prosili, żeby broń Boże nie dzwonić do służb, bo wiedzieli, że telefon wiąże się z tym, że za 15-20 minut będą znowu na płocie. To jest bardzo ciężka sytuacja i brak tych organizacji humanitarnych powoduje to, że ci ludzie znaleźli się w mega trudnym położeniu. Tym bardziej że temperatura spada. My chcemy im pomóc, nie wnikamy w ich poglądy, ich narodowości. Ci ludzie pierwsze co to chcą pić, bo nieraz kilka dni nie pili nic. Często potrzebują zmiany ubrania, bo są przemoknięci. No jesteśmy ludźmi, podajmy tę rękę człowiekowi w potrzebie.
I temu ma właśnie służyć Białowieska Akcja Humanitarna?
Tak jest. Chcemy zachęcać wszystkich ludzi dobrej woli do współpracy, do koordynowania tego. Nie ma u nas jakichś wielkich przywódców, to nie o to chodzi przecież. Chodzi o wspólne działania, też o to, żeby straż graniczna z nami starała się współpracować. Chcemy pomagać, chcemy dostarczać im żywność, bo to oni mają przecież głównie kontakt z tymi ludźmi. My mamy małą społeczność, wszyscy się znamy w Białowieży, nasi koledzy są pogranicznikami, wykonują teraz strasznie ciężką pracę, myślę, że odbije się to na ich psychice. Chcemy zatem, żeby przyjęło to wszystko cywilizowaną formę, do czasu aż wejdą tu organizacje humanitarne. Dziś przecież jest tu nawet utrudniony dostęp do lekarzy, oni muszą przyjeżdżać spoza strefy, czasami w ogóle nie chcą przyjeżdżać. A ci ludzie są często na bagnach w lesie, gdzie nie da się podejść z noszami. Naprawdę, nie uciekajmy od tego tematu.
Jak wam żyje się teraz w tej enklawie? Tu zawsze, niezależnie od pory roku, byli u was turyści. I nagle staliście się taką zamkniętą społecznością.
Tak, to jest dla nas ciężkie. Można tak przeżyć dzień, dwa, trzy, tydzień. Ale jeżeli to się przedłuża i perspektywa jest nieznana, to wpływa to na nasze głowy. Pomijam już to, że codziennie musimy pokazywać bagażnik, jak wyjeżdżamy z Białowieży i że cały czas są kontrole dokumentów, ale to jest małe miki. Dramatyczna jest dla nas inna zmiana: kiedyś normalnie w zwykły dzień wychodziliśmy na polanę, spotykaliśmy żubry, chodziliśmy po lesie, a teraz nad naszymi głowami non stop latają śmigłowce, latają drony. Są dziesiątki żołnierzy, stoją z bronią nawet w sklepie, do którego przychodzą nasze dzieci! Nikt nie czuje się przez to bezpieczniej. Tym bardziej że nie spotkaliśmy się z żadnymi atakami ze strony ludzi z granicy.
Ale teoretycznie moglibyście wszystko zostawić służbom i się tym specjalnie nie przejmować…
I udawać, że problemu nie ma? No nie, tak nie może być. Zachowujmy się jak cywilizowani ludzie. Jak my mamy funkcjonować? Siedzieć w domu, pić piwo i oglądać meczyk, a 100 metrów od naszego domu ktoś zamarza? No niech sobie każdy zwykły człowiek w Polsce zada takie pytanie. Jak funkcjonować w takiej rzeczywistości? I to nie przez dzień, dwa, tylko na dłuższą metę. Jak później będziemy ocenieni? To są pytania moralne, które zadajemy sobie codziennie.
Chciałbym jeszcze zapytać o perspektywę biznesową. Pan jest przedsiębiorcą z branży turystycznej. Najnowsza ustawa de facto wydłuża ten stan wyjątkowy na kolejne długie miesiące. Jak to widzicie? Dostaliście jakieś rekompensaty?
Działalność turystyczna i ogólnie biznesowa zamarła tu we wrześniu. Przedsiębiorcy złożyli te wnioski, uzyskały akceptację i właśnie pieniądze wpłynęły na moje konto. Czekałem na to 75 dni.
To odszkodowanie było fair?
Każdy może sobie to ocenić – to jest 65% przychodów. Dobrze, że jest to odszkodowanie, ale oczywiście chcielibyśmy większe. Tym bardziej że patrzymy na dłuższą perspektywę. Nasz biznes został zrujnowany. Powiedzmy sobie to szczerze. Trzy miesiące zamkniętej Białowieży plus nie wiadomo jaka dalsza perspektywa. To jest najgorsze. My budowaliśmy markę Białowieży w oparciu o własne, prywatne biznesy. Tu nie ma innych biznesów niż nasze. I teraz ta znana na całym świecie marka została zrujnowana. Jak to później odbudować? Kto da na to pieniądze? Każdy z nas zadaje sobie te pytania.
Rozmawiał Maciej Bąk, Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET