"Dostał taki wpier…, że miał drgawki”. Tak resocjalizują nastolatków w Łobżenicy

9 min. czytania
15.10.2020 09:47
Obserwuj nas na Google

Piotrek najpierw dostał w głowę krzesłem, potem koledzy bili go i kopali. Gdy wybiegał z klasy zakrwawiony, nauczyciel udawał, że nie widzi. Innego nastolatka bito drewnianymi kijami. Wszystko na zlecenie wicedyrektora ds. wychowawczych. Gdy działo się coś złego, monitoring nagle przestawał działać. Oto resocjalizacja w Zespole Placówek Wychowawczych w Łobżenicy.

Zespół Placówek Wychowawczych, dawny MOW w Łobżenicy
fot. Radio ZET

Łobżenica - małe wielkopolskie miasteczko z piękną wieżą ciśnień, parę lat temu zamienioną na wieżę widokową. Widać z niej całą miejscowość - okoliczne jeziora, rzekę Łobżonkę, rynek, kościół, szkołę, aptekę i Zespół Placówek Wychowawczych (dawny Młodzieżowy Ośrodek Wychowawczy). Ale nie widać tego, co działo się i dzieje się w ośrodku. O tym jest w miasteczku cicho. Kto by się tam interesował trudną młodzieżą. Choć dziwne było, że ostatnio wyjątkowo często zmieniali się tam wychowawcy - część odchodziła na urlop dla poratowania zdrowia czy brała zwolnienia, niektórzy rzucali papierami, bo nie chcieli wykonywać rozkazów wicedyrektora ds. wychowawczych.

18-letni dziś Piotr do ZPW w Łobżenicy trafił dwa lata temu. Takich ośrodków jest w Polsce ponad 90. Przeznaczone są dla niedostosowanej społecznie młodzieży. To nie poprawczak, ale taka szkoła z internatem. Trafiają tam dzieciaki, które wpadły w złe towarzystwo lub pierwszą kolizję z prawem. Piotrek pierwsze miesiące w ośrodku wspomina całkiem miło. Miał kolegów, grał w piłkę nożną, zaczął jeździć na zawody piłkarskie, nie miał kłopotów z nauką. Problemy zaczęły się podczas przepustki – głupota, brał udział w napadzie i na pięć miesięcy trafił do aresztu. Potem bardzo chciał wrócić do Łobżenicy i skończyć szkołę zawodową. Wiedział,  że tylko w ten sposób ma szansę na lepsze życie.

Zakrwawiony wybiegł z klasy, nauczyciel nie zauważył

Tuż przed jego pójściem do aresztu zmieniło się kierownictwo. Tak naprawdę zmieniło się wtedy wszystko. Wicedyrektor ds. wychowawczych był bardzo niezadowolony, że musi go przyjąć. Szybko zaczął podejrzewać, że chłopak pisze donosy, bo po jego powrocie w ośrodku zaczęły się kontrole. Prawie cztery miesiące, jakie Piotrek spędził w ośrodku były prawdziwym horrorem. Nie chciał donosić na wychowawców, więc i on i jego dwaj koledzy byli regularnie bici przez podporządkowanych dyrekcji wychowanków. Zawsze, dziwnym trafem, podczas pobić nie działał monitoring. Wychowawcy wiedzieli o wszystkim i nie reagowali. Doskonale wiedział wicedyrektor i też nie reagował. Zdarzało się, że wychowawca szedł zrobić sobie kawę lub specjalnie zostawiał klucze w drzwiach - właśnie wtedy dochodziło do napaści. Kilku podopiecznych wpadało na przykład do pokoju, biło po głowie, skakało po całym ciele. W rozmowie z jednym z wychowawców wicedyrektor miał wspomnieć: „zapomniałem im powiedzieć, aby ich tylu nie szło i po cichu”.

Do pobić dochodziło też na lekcjach, na przykład podczas historii. Na zajęciach nie było nauczyciela, co nie było tam rzadkością. Piotrek najpierw dostał w głowę krzesłem, potem koledzy bili go i kopali. Kiedy zakrwawiony wybiegł z klasy, spotkany na korytarzu nauczyciel historii udawał, że niczego nie widzi. Chłopaka opatrzył w końcu inny pedagog. Pobicie, tak jak wiele innych, nie zostało zgłoszone policji, a powinno, bo takie są przepisy. - To niedopuszczalne. Nauczyciel ma obowiązek zapewnić uczniowi bezpieczeństwo. Za takie zachowanie grozi postępowanie dyscyplinarne – mówi chcący zachować anonimowość ekspert ds. resocjalizacji nieletnich. Dodaje, że Łobżenica nie miała w środowisku dobrej opinii. Wychowankowie, którzy trafiali do innych ośrodków otwarcie skarżyli się na przemoc.

„Jakby to trwało jeszcze miesiąc, to bym się chyba powiesił"

Piotr większość czasu spędzał w pokoju, a i tak był bity. W stołówce nie mógł jeść posiłków z innymi chłopcami, bo nie chcieli jeść z frajerem. Czy w ośrodku było „drugie życie”?  To nieformalne struktury i zasady, nie tak rygorystyczne jak w więzieniu, ale wzorujące się na podkulturze więziennej. Silniejsi liderzy wymuszają na słabszych określone zachowania. 

Wiele wskazuje na to, że „drugie życie” w Łobżenicy było i zarządzający niczego z tym nie robili. - Ten wicedyrektor mnie nienawidził, manipulował chłopcami, żeby mnie bili, a potem dawał im prezenty - drożdżówki, słodycze a przede wszystkim dłuższe przepustki. Oni by wszystko zrobili za te przepustki – mówi Piotrek.

Bili mnie po twarzy, kopali. Modliłem się. Bo ja już po prostu tam nie wytrzymywałem. Jak ja bym miał jeszcze miesiąc zostać z tym człowiekiem, to ja nie wiem, czy bym się nie powiesił. Ja tam nie byłem traktowany jak człowiek. Ja byłem najgorszym śmieciem. Najgorszym śmieciem byłem - Piotrek

Piotrek skończył szkołę. Kiedy 26 czerwca zobaczyli go znajomi, byli przerażeni. Wyglądał jak wrak człowieka. Wychudzony, przestraszony, wykończony, bo tygodniami bał się zasypiać. Zdarzało się, że do pobić dochodziło w nocy. Mówi, że to co działo się w Łobżenicy, siedzi mu w głowie. Boi się, że tak będzie do końca życia. Nie tak powinno dziać się w ośrodku resocjalizacyjnym.

Niewygodny wychowawca

W ośrodku pracowali i nadal pracują wychowawcy, którzy nie zgadzają się na gnębienie wychowanków. Krzysztof Ciepluch dostał wypowiedzenie, bo według dyrekcji zbyt długo był na zwolnieniu lekarskim. Teraz  procesuje się z ośrodkiem w sądzie pracy. - Nie chciałem przykładać ręki do przestępstw i byłem niewygodny - mówi. Jego zdaniem to, co działo się w ZPW to skandal, bo na placówkę idą duże publiczne pieniądze, a zarządzającym w ogóle nie chodziło o resocjalizację młodych ludzi, tylko o wygodne miejsca pracy i duże zarobki.

Wiosną Ciepluch razem z kolegami zawiadomił wszystkie możliwe instytucje - Rzecznika Praw Dziecka, Prokuraturę Krajową, Kancelarię Prezydenta, wielkopolskie kuratorium i starostwo powiatowe. Jest październik, a w ośrodku wciąż pracują ci sami wychowawcy, którzy przymykali oczy na pobicia. Co prawda odszedł wicedyrektor ds. wychowawczych,  ale nie miało to żadnego związku z nagannymi metodami, tylko z wyrokiem sądu - został skazany za nieprawidłowości przy awansie jednego z nauczycieli. Ma roczny zakaz sprawowania funkcji kierowniczych w placówkach pedagogicznych.

Czy rzeczywiście odszedł? Policja w Łobżenicy dostała już kilka razy zgłoszenie, że były już wicedyrektor jest na terenie ośrodka, ale nie wiedziała co z tą sprawą zrobić. Co więcej, mimo prawomocnego wyroku, wicedyrektor przez dwa miesiące pobierał pensję - o to też toczy się sprawa w prokuraturze.

O wyroku i metodach wychowawczych wicedyrektor doskonale wiedział starosta pilski, któremu placówka podlega, ale niczego w tej sprawie nie zrobił. W odpowiedzi na moje pytanie o przemoc w ośrodku Eligiusz Komarowski napisał o rzekomych pobiciach wychowanków i o tym, że postępowanie prowadzi policja z Piły i prokuratura ze Złotowa. Podkreślił, że nikomu nie postawiono w tej sprawie zarzutów

Koronawirus?„Nie chcemy tu izolatki"

Marek też jest byłym wychowawcą. I też procesuje się z ośrodkiem. To on był świadkiem najgorszych pobić, w tej sprawie śledztwo prowadzi prokuratura ze Złotowa. Już podczas pandemii Covid-19, w kwietniu, z ośrodka uciekło trzech chłopców. Zostali złapani, trafili do Izby Dziecka w Gdańsku i stamtąd mieli wrócić do Łobżenicy. A tam panika - nie ma jak stworzyć izolatki. W dodatku po co komu taki kłopot? I wydatki? Chłopcy już podczas podróży dowiedzieli się, że mają uciec z konwoju, bo jak tego nie zrobią, to w Łobżenicy czeka ich ostre lanie. Auto stanęło w lesie, ale chłopcy uciekać nie chcieli, mieli dość i chcieli wrócić do ośrodka. Tam czekało na nich sześciu chłopców w maseczkach i rękawiczkach. Sprzęt ochronny dostali od dyrektora ds. wychowawczych. Bili ich drewnianymi kijami, skrzynkami, wylewali na nich pomyje. Chłopcom nie udzielono pomocy, jak zwykle nie zawiadomiono policji.

Łobżenica
Fot. Danka Woźnicka
Łobżenica

Uciekinierzy nie dość, że zostali pobici, to byli jeszcze okropnie traktowani. Kazano im rozebrać się do naga, ubrania poszły do pralni. To właśnie Marek dał im ręczniki, w takim stroju przetrwali trzy dni. Kiedy pytał wicedyrektora, co będzie z tą sprawą robić, ten nazywał go obsrańcem. To nie był pierwszy raz. Wcześniej też publicznie obrażał go, wulgarnie wyśmiewał, na każdym kroku podważał jego autorytet. Bo wychowawca nie chciał donosić na kolegów.

Dwa tygodnie później jeden z chłopców z konwoju był już tak wykończony przemocą i groźbami, że jednak postanowił uciec. Wyskoczył przez okno stołówki, w pogoń za nim ruszył autem kierownik warsztatów szkolnych i dwóch wychowanków. Po godzinie znaleźli uciekiniera w parku. Tam wychowankowie brutalnie bili i kopali złapanego chłopaka. Jeden z nich mówił później: "Dostał taki wpier…, że aż miał jakieś drgawki, a kierownik stał i się cieszył”.

Lekcje? Szkoła? Po co to komu?

W łobżenickim Zespole Placówek Wychowawczych są chłopcy od 13 do 18 roku życia. Założenie jest takie, że kończą tu szkołę, uczą się zawodu ślusarza i mechanika samochodowego, tzn. powinni się uczyć, ale z nauką  w Łobżenicy bywa kiepsko. Wychowankowie nie mają zeszytów i podręczników. Na porządku  dziennym jest, że dwie a nawet trzy klasy są łączone, a chłopcy podczas zajęć oglądają filmy, bo nie da się prowadzić lekcji. Przez kilka miesięcy 2020 roku nie było lekcji biologii i matematyki. To nie był problem. Jednak kiedy nauczyciel geografii robił z uczniami zajęcia z mapami, bo to lubią najbardziej, mapy ginęły, a nauczyciel dowiadywał się od wicedyrektora, że niepotrzebnie się wysilał. Podobnie jest z sukcesami w piłce nożnej. Wszystkie puchary i medale zostały schowane do szafy, na wyjazdy na turnieje nie ma pieniędzy.

Nie lepiej jest podczas warsztatów. Jeden z uczniów zamieścił filmik, który powinien postawić w stan alarmu wszystkich zarządzających ośrodkiem. Chłopak pił wódkę i chwalił sobie luz podczas zajęć. „Takie praktyki to ja rozumiem”. To, że wychowankowie podczas warsztatów wyskakują do pobliskiego dyskontu po alkohol, wiedzą wszyscy.

Rzecznik Praw Dziecka ma inne problemy na głowie

Co zrobiły instytucje? Rzecznik Praw Dziecka Mikołaj Pawlak o sprawie dowiedział się w kwietniu. Jego biuro ograniczyło się do przesłania sprawy dalej – do Prokuratury Rejonowej w Złotowie, Sądu Rejonowego w Złotowie, Kuratorium Oświaty w Poznaniu, Ministerstwa Edukacji Narodowej i Starosty Pilskiego. Złożył też wniosek do Rzecznika Dyscyplinarnego dla nauczycieli przy Wojewodzie Wielkopolskim. Pism dużo, efektów jednak mało. W ośrodku wszystko po staremu. Wicedyrektor z wyrokiem dalej rządzi placówką. No bo komu to przeszkadza?

W tym samym czasie z powodu różnych dziwnych inicjatyw o RPD Mikołaju Pawlaku zrobiło się głośno. W czerwcu zaproponował podniesienie wszystkim uczniom ocen na zakończenie roku szkolnego, co nie spodobało się ani ministrowi edukacji ani nauczycielom. We wrześniu wywołał burzę, mówiąc o edukatorach seksualnych z Poznania, którzy rzekomo podawali dzieciom środki farmakologiczne zmieniające płeć. W tym natłoku zadań nie miał czasu na zajęcie się sprawą bitych wychowanków z Łobżenicy, choć jeszcze rok wcześniej zapewniał: dzieci absolutnie nie wolno bić. Ale już w sprawie „klapsów” z sentymentem opowiadał, jak dostał od ojca w tyłek.

Interwencja RPD doprowadziła jednak do kontroli kuratorium z Piły. Tego samego, o którego wyłączenie ze sprawy proszą zaniepokojeni wychowawcy, bo ich zdaniem lokalne koneksje wicedyrektora są bardzo szerokie i dotyczą też kuratorium.

„Poślizgnąłem się. Odmawiam pomocy medycznej”

26 maja w ośrodku pojawili się kontrolerzy z kuratorium. W końcu! Ale wiele wskazuje na to, ze kontrola była ustawiona, bo wychowankowie wiedzieli, co mają napisać w ankiecie. Kontrola wykazała drobne nieprawidłowości, np. że przebywający w izolacji chłopcy nie mieli zagwarantowanej opieki, i że w nocy jest za mało wychowawców. Z ankiety wynikało, że wychowankowie czują się w ośrodku bezpiecznie, tylko jeden na ponad 50 napisał, że został pobity. Jeden z chłopców zgłosił też wątpliwości. „Nie umiem tego słowami wytłumaczyć, po prostu źle się tu dzieje, nie traktują nas jak ludzi”. Zalecenia kuratorium mówiły m.in. o przeprowadzeniu dwa razy do roku badań poziomu bezpieczeństwa  wychowanków. I tyle. W ośrodku bez zmian.

Zespół Placówek Wychowawczych, dawny MOW w Łobżenicy
Fot. Danka Woźnicka
Zespół Placówek Wychowawczych, dawny MOW w Łobżenicy

W czerwcu kontrolerzy pojawili się po raz drugi. I to dwukrotnie!  Odnotowali, że dyrekcja i wychowawcy solennie zapewniają, że w ośrodku nie ma przemocy. Ale równocześnie znaleźli w dokumentach informację, że w czerwcu jeden z chłopców odniósł obrażenia pod prysznicem i nieprzytomny, z urazem głowy, trafił do szpitala. Jest też oświadczenie chłopca: „Poślizgnąłem się i przewróciłem, wskutek czeko rościołem sobie prawy łuk brwiowy (pisownia oryginalna). Czuję się dobrze i odmawiam pomocy medycznej”. Kontrolerzy dziwili się, po co ośrodkowi takie oświadczenie. Pisali też o destrukcyjnych nieformalnych strukturach władzy wśród wychowanków. „Dół rządzi całym internatem”. Zalecali m.in. systemowe oddziaływanie resocjalizacyjne zapobiegające nieprawidłowościom. A w ośrodku bez zmian.

- Monitorujemy sytuację, planujemy kolejne działania - powiedział mi na początku października Mirosław Dzieniszewski, dyrektor delegatury kuratorium w Pile. Choć nieprawidłowości są oficjalnie znane od miesięcy. Po tym, jak zaczęłam wysyłać do kuratorium, Starosty, Rzecznika Praw Dziecka maile z pytaniami, coś się jednak zaczęło dziać. Z funkcji zrezygnował pełniący obowiązki dyrektora ośrodka. W Łobżenicy trwa kolejna kontrola. Czy w końcu kogoś zacznie obchodzić, co dzieje się z wychowankami?

Powinno. Wydaje się, że Łobżenica jest daleko od naszych domów. Może i daleko. Ale ci młodzi ludzie, ci prześladowani i ci, których nauczono prześladować, kiedyś wrócą do swoich miejscowości i będą sfrustrowani i wściekli. Nie nauczyli się zawodu, ani tego, jak dobrze funkcjonować. Jedyne, w czym się wyszkolili to przemoc i donosy.

To my powinniśmy być wściekli. Fikcyjna resocjalizacja jest opłacana z naszych podatków.

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET