Ciało znaleźli w szambie. "To się wymknęło spod kontroli". Szokujące szczegóły zbrodni
Przed Sądem Okręgowym w Słupsku we wtorek rozpoczął się proces 33-letniego Artura M. oskarżonego m.in. o zabójstwo sąsiada i wrzucenie jego ciała do szamba. Mężczyzna częściowo przyznał się do stawianych zarzutów. - Żałuję tego, co zrobiłem panu Marianowi. To się wymknęło spod kontroli - powiedział na sali rozpraw.
Artur M. stanął przed sądem za zabójstwo 52-letniego Mariana M., do którego doszło 15 sierpnia 2021 r. w Pobłociu (pow. słupski, woj. pomorskie). Jego ciało wyłowiono z szamba 5 listopada 2021 r. Do zatrzymania podejrzanego doszło jednak dopiero miesiąc później w pociągu w Lęborku. Był poszukiwany listem gończym. Za zabójstwo grozi kara nawet dożywocia.
Żona Mariana M. jego zaginięcie zgłosiła policji 20 sierpnia. Wcześniej szukała go na własną rękę, licząc, że może jest u któregoś z kolegów. Mężczyzna miał problem alkoholowy, ale, jak zeznała we wtorek Bożena M. „mąż zwykle pił sam, jak wypił, był spokojny, spał, unikał towarzystwa”.
Zabił sąsiada, a ciało wrzucić do szamba. Ruszył proces
Odczytując zarzuty z aktu oskarżenia, prokurator mówił, że oskarżony, chcąc pozbawić życia Mariana M., wielokrotnie uderzał go pięścią i nieustalonym tępokrawędzistym bądź obłym narzędziem w głowę, kopał go po niej i zaciskał mu na szyi pętlę z bandaża, powodując liczne obrażenia. Następnie miał wrzucić go do zbiornika z nieczystościami i „spowodować śmierć Mariana M. w następstwie duszenia gwałtownego.”
Ponadto prokurator zarzucił Arturowi M. wywieranie wpływu na świadka Julię Ś. poprzez wielokrotne używanie wobec niej groźby pozbawienia życia. Mężczyzna był wcześniej karany m.in. za umyślne przestępstwo popełnione z użyciem przemocy, na sali sądowej częściowo przyznał się do popełnienia zarzucanych mu czynów.
- Żałuję tego, co zrobiłem panu Marianowi. To się wymknęło spod kontroli - mówił oskarżony w sądzie. Jeszcze przed rozprawą napisał list do wdowy po Marianie M., o którym kobieta poinformowała w sądzie. - To był akt skruchy, pan M. chciał mnie przeprosić za wyrządzone krzywdy, bo rana, którą mi zadał, na pewno jeszcze się nie zagoiła. Napisał, że wyrządził krzywdę mi, sobie i swojej rodzinie - powiedziała Bożena M.
Artur M. przyznał, że wypił wcześniej z kolega 0,7 l. wódki i kilka drinków, zanim przyszedł do jego domu w Pobłociu Marian M. i zapytał „czy nie mam trochę wódeczki”. W piciu alkoholu towarzyszyła im Julia Ś., partnerka oskarżonego. - Ocknąłem się, zobaczyłem, że moja Julia nie ma koszulki i Marian nad nią stał bez spodni, szarpał ją, uderzyłem go w nos i szczękę, upadając się uderzył, była krew - relacjonował oskarżony.
Dałem mu ręcznik i bandaż, kazałem opuścić mój dom. Myślałem, że sobie to wyjaśniliśmy, a on wstał, ruszył w moją stronę i powiedział, że nie mam się wtrącać, będzie robił to, co będzie chciał. Odebrałem to jednoznacznie, że chciał mi kobietę zgwałcić. Wtedy do niego doskoczyłem i poszło. Siedziałem nad nim w potężnej kałuży krwi
W sądzie wyjaśniał, że uderzał Mariana M. w głowę gołą pięścią, drugą trzymał go za krtań. Do zadawania ciosów nie użył żadnego narzędzia. Przekonywał, że nie udusił go „bandażem elastycznym”. - To nieprawda. Bandaż mi posłużył do przeniesienia zwłok z domu do ogrodu - mówił, dodając, że okręcił go wokół szyi Mariana M. i, ciągnąc za niego, zawlókł zwłoki zawinięte w poszewkę do szamba odległego od domu o 20-30 metrów. Właz do szamba przykrył kamieniem.
Zabójstwo pod Słupskiem. Oskarżony o szczegółach zbrodni
- Było pełno krwi. Jestem przekonany, że zanim przeniosłem zwłoki, pan Marian już nie żył. Nie było żadnych czynności życiowych, nie był wyczuwalny puls, nie oddychał. Jestem po szkoleniach pierwszej pomocy. Byłem w wojsku w Marynarce Wojennej w Darłowie - tłumaczył, dodając że był w szoku i że przez chwilę przemknęła mu myśl, by zadzwonić po policję. - Ale byłem karany i się przestraszyłem. Nie wiem, co mnie tknęło, by ukryć zwłoki - stwierdził.
Świadkiem zabójstwa była Julia Ś. - Ciężko to przyjęła, widziała to wszystko. Na co dzień nikt nie widzi, jak ktoś kogoś zabija. Powiedziałem, żeby się nie martwiła, uspokoiła, czego ma się bać, [...] ja ją kocham - wyjaśniał oskarżony. Jednocześnie dodał, iż powiedział jej, że „jak komuś powie, to może mnie stracić na całe życie i może być pociągnięta do odpowiedzialności. - Ja ją zmusiłem do trzymania wszystkiego w tajemnicy. Pewnie bym jej nic nie zrobił. Słownie ją zastraszyłem - oznajmił.
Dzień po zabójstwie Artur M. poszedł na mecz, szykował się również do wyjazdu do pracy w Szwecji. - To było dawno ustalone. Ja nie uciekłem. Wyjechałem 16 sierpnia. Do Polski przyjechałem w październiku - powiedział oskarżony.
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET