`

Mer Wilna: To wojna hybrydowa Łukaszenki. Nie możemy dać się zdestabilizować

4 min. czytania
28.08.2021 13:50
Obserwuj nas na Google

Mamy u nas 10, może nawet 20 razy bardziej liczne grupy niż ta na waszej granicy, ale nie daliśmy się zdestabilizować – mówi w rozmowie z Radiem ZET mer Wilna. Z Remigijusem Šimašiusem rozmawiamy o kryzysie, jaki przeżywają równolegle Polska i Litwa. Mer stolicy naszych sąsiadów nie ma wątpliwości: Aleksander Łukaszenka prowadzi z nami wojnę hybrydową. Przekonuje, że granic trzeba bronić, jednocześnie szanując prawa człowieka.

Mer Wilna
fot. Maciej Bąk

Maciej Bąk, Radio ZET: Dziś oba nasze narody - Polacy i Litwini - przeżywają to samo doświadczenie: kryzys na granicy z Białorusią. U was zaczął się on wcześniej, właściwie już w czerwcu. Jak pan osobiście odbiera tę sytuację?

Remigijus Šimašius, mer Wilna: Po pierwsze zaakceptujmy jeden fakt: to jest rodzaj wojny hybrydowej, wywołanej przez Łukaszenkę. To jest oczywiste, bo Litwa była krajem zawsze najszczerzej mówiącym o jego reżimie. Więc to żadna niespodzianka, w końcu mamy wspólną historię, a Mińsk jest dla Wilna najbliższą stolicą. Poza tym Wilno jest schronieniem dla białoruskiej opozycji, ruchu wolnościowego, niezależnej prasy i oświaty. Więc musieliśmy być pierwszym celem. I podczas pierwszych dwóch miesięcy - jedynym. Potem, gdy nasz rząd zatrzymał napływ nowych imigrantów, jasne stało się że Łukaszenka zacznie szukać nowych celów - w tym wypadku chodzi o Łotwę i Polskę. Natomiast pamiętajmy o jednym: tu nie chodzi tylko o migrację i prawa człowieka, ale też o wojnę hybrydową. Trzeba zaakceptować ten fakt. I stosowane środki muszą być adekwatne. Musisz przestrzegać praw człowieka, ale też nie możesz dopuścić do prowadzenia tej wojny przeciwko swojemu krajowi.

Litwa na początku wpuszczała większość tych ludzi. Potem, gdy zrobiło się ich bardzo dużo, zdecydowała się na ich zawracanie. Po której stronie pan stoi - wpuszczać czy nie?

Myślę, że i to, i to. Bo ludzie są różni. Prawo do ucieczki przed tyranią i nieludzkim traktowaniem jest prawem człowieka. Ale nie możesz spodziewać się, że wejdziesz do kraju w środku nocy, w środku lasu. Jeśli masz humanitarne powody, musisz mieć wyraźne korytarze do tego, by zrobić to w ciągu dnia, w cywilizowany sposób i wtedy nie możesz być wypychany z kraju. Ale jeśli jest duża grupa młodych mężczyzn, kto wie czy nie należących do jakiejś siły wojskowej, to demokracja musi być wystarczająco silna by się bronić. I nie może udawać, że nic się nie dzieje. Obie metody muszą być wdrożone.

W Polsce mamy bardzo trudną sytuację z powodu jednej, liczącej około 30 osób grupy koczującej na granicy. Polska armia nie chce dać im jedzenia i leków, jest duży polityczny kryzys w kraju. Mała sytuacja, sprowokowana przez Łukaszenkę, destabilizuje cały kraj...

U nas mamy 10 albo 20 razy bardziej liczne grupy, i to w środku kraju. I to oczywiście budzi debatę. Ale myślę, że społeczeństwo jest silne wtedy, gdy nie daje się destabilizować takimi łatwymi sprawami. To nie jest wielka katastrofa dla naszych społeczeństw - przyznajmy to. Oczywiście większość tych ludzi dociera do nas w poszukiwaniu lepszego życia i jest to dla nas wyzwanie. Ale dla mnie największym niebezpieczeństwem jest to, że jeśli nie będziemy wiedzieć jak zareagować, doprowadzi to na przykład do paramilitarnej interwencji, bo przecież w końcu chodzi o wojnę hybrydową. Ale nie będzie tak w przypadku 30 czy nawet 300 ludzi. Więc powinna się odbyć owocna dyskusja o tym jak patrzeć w przyszłość, jednocześnie dbając o prawa człowieka i broniąc swoich granic. Pamiętajmy też, że ci ludzie to z jednej strony rodziny z dziećmi, zachowujące się w cywilizowany sposób, a z drugiej strony grupy agresywne, dające łatwo się sprowokować, walczące między sobą. Trzeba więc być bardzo precyzyjnym. Ludzie nie są anonimowi, trzeba patrzeć na każdego z osobna.

W Polsce prezydenci dużych miast - Gdańska czy Warszawy - zadeklarowali że przyjmą do siebie uchodźców z Afganistanu. Jak jest w Wilnie?

Jeszcze wczoraj nasze siły kończyły ewakuację tych ludzi z Afganistanu, którzy współpracowali z naszym wojskiem. I wszyscy zostali przyjęci na terenie całej Litwy, to około 200 osób. Akurat nie do Wilna, tylko do mniejszych miast. Ale nikt na to nie narzeka, wszyscy ich dobrze przyjmują i wszyscy rozumieją, że to nasz obowiązek. Pomóc ludziom, którzy pomogli nam. Jeśli chodzi o przyszłość, to wyzwaniem jest na przykład szkolnictwo dla rodzin migrantów.

Czeka nas większy kryzys?

To prawda, choć dla nas, Litwinów, może być nieco łatwiej. Popatrzmy: jeszcze dwa miesiące temu mieliśmy blisko 200 osób przekraczających naszą granicę. Dziś mamy jedną, może dwie. Jest więc ich dużo mniej, choć oczywiście pamiętajmy, że kilka tysięcy z nich jest już w naszym kraju.

Więc sprawę da się załatwić, tylko rząd musi być silny i musi być zgoda społeczna, czego nie mamy akurat w Polsce...

Oczywiście. Możesz użyć tego kryzysu jako paliwa do podkręcenia debaty publicznej, albo go rozwiązać. To dwie różne strategie. Czasami politycy lubią kryzysy, bo trwa gorąca dyskusja i jest okazja do mówienia: a nie mówiłem?! Więc uważam, że odpowiednim ruchem byłoby najpierw rozwiązanie problemu, a potem owocna dyskusja.

RadioZET.pl

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET