Pod numerem alarmowym usłyszał, że każdy umrze. Sebastian Banasiak opowiada nam o desperackiej próbie wezwania pogotowia
Prokuratura z Ostrowa Wielkopolskiego bada sprawę śmierci 59-letnego mężczyzny. Według wzywającego karetkę pogotowia, 59-latek zmarł ze względu na przedłużającą się rozmowę z dyspozytorami, z których jeden zachowywał się arogancko. Według szpitala, karetka była na miejscu po siedmiu minutach, ale mężczyzna już nie żył. Przedstawiamy wydarzenia z perspektywy pana Sebastiana Banasiaka, który tamtego dnia zadzwonił pod numer 112.
Proszę opowiedzieć, jak tamte wydarzenia wyglądały z pana perspektywy.
Jedliśmy obiad. W pewnym momencie Jurek odszedł od stołu, zaczął kasłać. Usiadł sobie na schodach i nagle zniknął mi z oczu. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że upadł. Dławił się, piana leciała mu z ust...
Wtedy zadzwonił pan na 112?
Tak. Każdy chciał pomóc tak jak mógł. Ja nie skończyłem ratownictwa medycznego. Pani z Poznania, która odebrała połączenie powiedziała, żeby położyć go na boku z ręką pod głową. Postąpiliśmy według instrukcji. Potem pani powiedziała, że mam poczekać.
Włączył się automat: "Proszę czekać, rozmowa będzie kontynuowana". Połączyło mnie z Kaliszem. Od nowa musiałem wszystko tłumaczyć. To zresztą wszystko słychać na nagraniu.
Jak pan sądzi, dlaczego rozmowa z dyspozytorem przebiegła w ten sposób?
Przez weekend starałem sobie to wszystko spokojnie ułożyć w głowie. Nie mam pojęcia. Już nawet takie rzeczy mi przychodziły do głowy, jak to, że Ostrów z Kaliszem nigdy się nie lubiły. Nie wiem. Taka sytuacja nie powinna mieć miejsca. Człowiek z tak odpowiedzialną pracą, wysyłający pogotowie i udzielający informacji ratujących życie nie powinien tak się zachować, a przede wszystkim powinien od razu wysłać karetkę.
Jest taki program w telewizji, według którego już podczas rozmowy wysyłane są komunikaty z komputera. A jak jest w rzeczywistości, słyszał pan. Zostałem potraktowany jak ostatni śmieć. Cztery minuty dyskutowałem z dyspozytorem z Kalisza. Na koniec powiedział, że wysyła policję. Ja nie byłem agresywny tylko spanikowany.
Policja przyjechała?
Po trzeciej rozmowie wreszcie usłyszałem karetkę. Wyszedłem na ulicę, żeby ratownicy nie musieli szukać numeru domu. I za pogotowiem faktycznie jechał radiowóz. Zapytałem, w jakiej sprawie przyjechali. Wytłumaczyli, że wezwano ich ze względu na "jakiegoś agresywnego pana". Kiedy im wytłumaczyłem, co się dzieje, zdębieli.
Od policjantów dowiedziałem się, że karetka jechała ulicą Piłsudskiego, a oni jechali ulicą Wysocką, które się łączą. Pogotowie miało jechać bez sygnału, dopóki nie zobaczyli radiowozu na sygnale - a to było dopiero kilometr przed domem. Kiedy ratownicy się pojawili, mogli tylko potwierdzić zgon. Jurek zadławił się pokarmem.
Przy okazji, chcę jeszcze podkreślić, że przed naszym spotkaniem pił jakiś alkohol, ale, wbrew temu co pojawiło się w różnych komentarzach, to nie miało związku z tym wypadkiem, co później potwierdzono podczas badania.
Dyspozytor pogotowia z Ostrowa Wlkp. zawieszony. Sprawę bada prokuraturaCo się działo później?
Czekamy na szczegółową opinię prokuratury. Ma być w ciągu 2-3 tygodni. Nic więcej nie jesteśmy w stanie zrobić. Zwłoki zostały oddane, możemy pochować Jurka. Jutro będzie pogrzeb. Co się wydarzyło, nikt nam nawet nie próbował wytłumaczyć. Zostawili nas samych sobie.
RadioZET.pl/MAAL
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET