Tylko kilka dni nauki zdalnej? „Semestr łatano-szarpany, ponad 50 dni na lekcjach online”
- Nauka stacjonarna wszędzie odbywa się bez przeszkód - tak pierwszą część roku szkolnego podsumował minister edukacji Przemysław Czarnek, zapowiadając wcześniejszy powrót uczniów do szkół w lutym. - Nie wiem, skąd optymizm i dobre samopoczucie ministra - zastanawia się Magdalena, której synowie spędzili w sumie prawie 100 dni na lekcjach niestacjonarnych w semestrze zimowym. - Zwariowany, chaotyczny, nieprzygotowany technicznie semestr. Za każdym razem decyzja o nauce zdalnej była jak przysłowiowa zima zaskakująca kierowców - stwierdza.
- Naukę stacjonarną wbrew krytyce opozycji rozpoczęliśmy 1 września zgodnie z kalendarzem edukacyjnym i kontynuowaliśmy ją bez przeszkód aż do Bożego Narodzenia - powiedział Przemysław Czarnek, minister edukacji, podczas konferencji prasowej 9 lutego. Ogłosił wtedy, że nauka zdalna, którą Ministerstwo Edukacji i Nauki wprowadziło w całym kraju (z wyjątkiem klas 1-4 w szkołach podstawowych) od 27 stycznia zostanie skrócona o tydzień: zamiast do 27 lutego, czyli do ostatniej tury ferii zimowych potrwa do 21 lutego. Wcześniej w całej Polsce lekcje online wprowadzono jeszcze od 20 grudnia do 9 stycznia.
- Poza tymi trzema dniami przed Bożym Narodzeniu i trzema dniami po Bożym Narodzeniu i poza tymi dwoma tygodniami do trzech tygodni teraz ta nauka stacjonarna wszędzie odbywa się bez przeszkód - stwierdził minister i przypomniał jeszcze, że została ona utrzymana w całości dla klas 1-4, czyli dla roczników do 10. roku życia. - To wszystko spowodowało, że ten rok szkolny wygląda dużo lepiej niż poprzedni rok szkolny – ocenił.
Te słowa mocno zaskoczyły rodziców, uczniów i szkoły, które w ciągu ostatnich miesięcy co chwila mówiły o kolejnych kwarantannach i zawieszeniu zajęć. Jak naprawdę – nie z perspektywy ministerstwa i statystyk – wyglądał zimowy, czwarty semestr nauki w pandemii?
Karuzela kwarantannowa i nauka zdalna
Magdalena, mama tegorocznego maturzysty i szóstoklasisty, zanim opowie o ostatnim semestrze, wraca jeszcze do początku pandemii. Ta obu synów zastała w newralgicznych momentach edukacji. Starszy syn, Szymon, praktycznie całe liceum uczył się zdalnie. - Z trzyletniego jakże ważnego w życiu nastolatka okresu tylko jeden semestr w pierwszej klasie przypominał to, co znaliśmy jako edukację licealną – mówi.
Młodszy syn, Mateusz, teraz ma niespełna 12 lat. Jego pandemia dopadła w czwartej klasie, kiedy przychodzą nowi nauczyciele, nowe przedmioty i nowi koledzy, bo w szkole muzycznej, do której chodzi, to okres łączenia klas. - Obaj zostali doświadczeni podwójnie, nie tylko przez pandemię. Mateusz należy do ostatniego rocznika gimnazjalistów, więc dotknęła go deforma minister Anny Zalewskiej. Młodszy syn był w roczniku, w którym cofnięto sześciolatki ze szkół i podniesiono próg rozpoczęcia podstawówki do siedmiu lat. Jego klasa jest wymieszana, są roczniki młodsze, starsze, ma to przełożenie na warunki, w jakich się uczą dzieci, jak są oceniane – wspomina Magdalena.
A ostatni semestr, który według słów ministra edukacji powinien być już spokojniejszy? - Zwariowany, chaotyczny, nieprzygotowany technicznie. Za każdym razem decyzja o nauce zdalnej była jak przysłowiowa zima zaskakująca kierowców. W czwartym semestrze epidemicznym wszystko zaczynaliśmy od podstaw – stwierdza mama uczniów.
W obu szkołach początek roku szkolnego przebiegał w miarę normalnie. Aż do końca października. Wtedy librus (dziennik elektroniczny) stał się głównym organizatorem czasu rodziny, a ta, jak opowiada Magdalena, czuła się jak na karuzeli kwarantannowej. W dodatku sytuacja u obu chłopców była znacząco różna, bo podlegali innym procedurom. Szymon, starszy syn, jako 17-latek był dwukrotnie zaszczepiony już w czerwcu 2021, więc nie obejmowały go kwarantanny z kontaktu, którym za każdym razem podlegał Mateusz. On mógł się zaszczepić dopiero w grudniu - wtedy otwarto bramkę ze szczepieniami dla młodszych dzieci.
Klasa Szymona, maturzysty, pierwsze nauczanie zdalne dostała już od 15 do 18 października (jeśli uczeń jest zaszczepiony tak jak Szymon, może wychodzić z domu, ale i tak ma lekcje zdalne). Do szkoły jednak wtedy nie wrócił, bo naukę online przedłużono mu do 22 października.
Niecały tydzień później, bo 28 października, rodzice dostali informację o kwarantannie dla młodszego syna. Miała potrwać do 6 listopada (sanepid określa długość kwarantanny, licząc ją od ostatniego dnia kontaktu z chorym). Dzień później kolejna informacja: tym razem o kwarantannie od 29 października do 1 listopada. Także dla młodszego syna. - Okazało się, że Mateusz ma dwie nakładające się kwarantanny z różnych źródeł - tłumaczy mama szóstoklasisty, choć wtedy sama nie wiedziała, o co właściwie chodzi. Uczniowie, zwłaszcza w szkole muzycznej, chodzą na lekcje w grupach, do tego mają różne zajęcia dodatkowe, więc kwarantanna z zakażeń szkolnych to tylko jedna z możliwych.
Mateusz po dwóch nałożonych na siebie kwarantannach nie zdążył wrócić do szkoły, bo przyszła informacja o kolejnej - do 12 listopada. W tym samym czasie całe liceum Szymona przeszło na tryb zdalny od 8 do 15 listopada. Liceum wróciło, ale klasa maturzysty nie - lekcje online przedłużono jej do 17 listopada.
Młodszy syn Magdaleny zdążył pochodzić tydzień do szkoły i od 20 listopada znów zaczął naukę zdalną, tym razem pięciodniową. - Do tego chaosu, nerwów, dochodził strach o młodsze dzieci, bo po raz pierwszy były w tak bezpośrednim stopniu wystawione na zagrożenie epidemiologiczne. Rok temu, dwa lata temu w szczycie kolejnej fali uczyły się zdalnie, a tu poszły na żywioł, nie będąc zaszczepionymi – mówi Magdalena i przypomina, że w pewnym momencie w listopadzie na 21 uczniów w klasie Mateusza 9 miało potwierdzony Covid. Czyli prawie połowa klasy.
- Widać było brak systemowych narzędzi, którymi dysponowało MEiN i których nie wdrożyło - stwierdza, a ma na myśli masowe szczepienia dla nauczycieli i uczniów. - Nigdy ten środek nie został użyty, a fale zakażeń narastały niespodziewanie i w sposób niekontrolowany – mówi. Dlatego rodzice z klasy Mateusza sami skrzyknęli się i przetestowali dzieci. Syn Magdy miał wynik negatywny. - Mimo to nie został zwolniony z kwarantanny. Do dzisiaj nie wiem dlaczego, bo kiedy starszy syn miał objawy przeziębienia i poszliśmy na test, szybko nałożono na niego jednodniową kwarantannę i po wyniku negatywnym ją zdjęto - opowiada Magdalena.
Kolejna informacja o kwarantannie i nauce online dla szóstoklasisty przyszła wieczorem 3 grudnia. Miała potrwać do 10 grudnia, ale od 6 do 11 grudnia ostatecznie cała szkoła przeszła na lekcje zdalne. Przedłużono je do 18 grudnia. A starszy syn? Jego klasa miała kwarantannę od 6 do 9 grudnia, potem jeszcze 10 i 11 grudnia. Wtedy Szymon przetestował przeróżne warianty nauki. Jako osoba zaszczepiona chodził do szkoły i brał udział w lekcjach na żywo, a ci niezaszczepieni logowali się na zajęcia z domu. Albo zostawał w domu i tak jak niezaszczepieni uczył się online. W końcu i jego liceum w całości przeszło na zdalne – od 13 do 17 grudnia.
I tak obaj przetrwali do ogólnopolskiego zdalnego zarządzonego przez MEiN od 20 grudnia do 9 stycznia. - Znajomi, którzy również mają dzieci w wieku szkolnym, mówili o tym samym: lekcje zdalne, kwarantanny, powrót, znów nauka online. Komunikaty MEiN były zupełnie inne. Optymizm i dobre samopoczucie ministra pasowały na pierwsze dwa miesiące nauczania, potem był chaos, z którym zostawiali dyrektorzy, szkoły, rodzice – stwierdza Magdalena.
Sześć kwarantann, ponad 50 dni nauki zdalnej
Za każdym razem kwarantanny przebiegały inną ścieżką. Magdalena przypomina sobie tylko jeden telefon z sanepidu (dzwoniła automatyczna linia) odnotowujący, że Mateusz nie może wychodzić z domu. I tylko jedna kwarantanna, jeszcze z 2020 roku zaznaczona jest na koncie pacjenta syna. - Mieliśmy też kwarantannę nałożoną nie przez system – przypomina.
Mateusz chodzi na religię w parafii. Gdy katecheta zachorował, poinformował o tym uczniów. - Ale sanepidu to nie zainteresowało, można było liczyć tylko na naszą odpowiedzialność. Samodzielnie przetestowaliśmy Mateusza i izolowaliśmy się. To pokazuje skalę chaosu – mówi mama szóstoklasisty.
Po listopadowym czarnym okresie większość dzieci z klasy Mateusza miało już odporność i status ozdrowieńca, część mogła się też już zaszczepić - Mateusz drugą dawkę szczepionki przyjął 7 stycznia. Początek 2022 roku przyniósł więc pewną ulgę. To nie znaczy, że obyło się bez perturbacji.
21 stycznia, sobota, długo wyczekiwana studniówka Szymona. - Syn ubiera garnitur, wiążemy muchę i dostajemy komunikat: w związku z rosnącymi zakażeniami liceum od poniedziałku przechodzi na tryb zdalny – wspomina Magdalena. 25 stycznia na librusie, tym razem młodszego syna, pojawia się podobny, dobrze znany komunikat: cała szkoła na zdalne do 29 stycznia. I tak jest do teraz w obu przypadkach, bo od 27 stycznia lekcje online wprowadziło MEiN.
- To była nauka łatano-szarpana – podsumowuje Magdalena ostatni semestr, choć zdaje sobie sprawę, z tego, że oni i tak są w pewien sposób uprzywilejowani. - Mieszkamy w Łodzi, w dużym mieście, nie mamy problemu z dostępnością do sprzętu, internetu - wylicza. Na początku pandemii rodzice kupili synom laptopy, przeorganizowali też dom, by każdy – także Magdalena z mężem – miał swoje miejsce do pracy i nauki.
Mateusz jako szóstoklasista już jest samodzielny, pomogły mu nawyki z zeszłego roku, więc radzi sobie z programami do edukacji online. Braku kontaktu z przyjaciółmi, interakcji z rówieśnikami - niestety to zostało im odebrane na dwa lata. - W tym semestrze trzeba było łatać efekty psychicznej izolacji, ale szkoła nie była do tego przygotowana – stwierdza Magdalena.
W wypadku Szymona, licealisty, cały czas wraca jeszcze myśl, że w maju czeka go egzamin dojrzałości. - Po tym semestrze jest lęk, zdenerwowanie i zmęczenie psychiczne chaosem. Wciąż trudno uczyć mu się np. matematyki online, tego nie da się tak łatwo opanować, siedząc przed ekranem i będąc zmuszonym do samodzielnych ćwiczeń, a matematyka na maturze jest absurdalnie trudna, oderwana od rzeczywistości - ocenia Magdalena.
Jej zdaniem to co jest wielkim ciężarem tego semestru to przede wszystkim niedostatki systemowe, proceduralne, które nadal funkcjonują w trybie organizacji pracy dzieci. - To powinno być wszystko gładkie, a mamy czwarty semestr metody łatano-szarpanej - ocenia.
Po drugie według niej poziom edukacji cyfrowej, kompetencji nauczycieli powinien być tak wysoki, żeby lekcje online były równie efektywne jak lekcje stacjonarne. Tylko w wielu wypadkach jakość lekcji online wciąż zależy od indywidualnych kompetencji nauczycieli. - U niektórych są bardzo dobre i jestem bardzo wdzięczna tym nauczycielom, bo pokonywali wiele trudności, z którymi często zostawali sami. Nauczyciele pracują pod ogromnym ciśnieniem, serce boli, jak się na to patrzy – mówi.
Przez ostatnie miesiące zobaczyła wyraźnie jeszcze jeden schemat: - Okres nauki zdalnej jest traktowany jako stan hibernacji. Cała edukacja odbywa się wtedy, gdy dziecko pojawia się w szkole i ona polega na natychmiastowym wyegzekwowaniu tego, co uczeń powinien opanować sam przed komputerem. Mamy sytuację schizofreniczną. Nad polską szkołą wisi wielki upiór w postaci podstawy programowej, którą trzeba z siebie wypluć, gdy dziecko przekracza próg szkoły - stwierdza.
W semestrze zimowym szkoła Mateusza w całości przeszła na naukę online trzykrotnie łącznie na 14 dni (nie wliczając w to weekendów, dni wolnych i lekcji online wprowadzonych przez MEiN). Poza tym na Mateusza nałożono sześć kwarantann, więc kolejne 21 dni uczył się z domu. W sumie w semestrze zimowym naukę zdalną, także tę wprowadzoną przez MEiN, miał przez 53 dni. Liceum Szymona w całości na lekcje online przechodziło dwukrotnie na osiem dni (nie wliczając w to zarządzeń MEiN o nauce zdalnej). Klasa Szymona na nauce niestacjonarnej spędziła łącznie 45 dni, z czego 27 wynikało ze zmiany trybu pracy szkoły lub klasy.
30 dni zdalnego albo zastępstwa
Antek, licealista z Lublina, nie do końca tak chciał, ale stacjonarny początek roku szkolnego nie był dla niego zaskoczeniem. - Kiedy zdalne było koniecznością, to utrzymana była narracja, że lekcje online są super i każdy sobie dobrze radzi. Na początku wakacji rząd, a szczególnie minister Czarnek, zmienił zdanie i powtarzał, że absolutnie nie ma potrzeby wprowadzania nauki online. Nagle okazało się, że lekcje stacjonarne potrzebne są jak tlen – stwierdza trzecioklasista (Antek jest po ośmioklasowej podstawówce, więc maturę będzie pisał dopiero za rok).
Pierwszy miesiąc wspomina jako loterię, jedne klasy lądowały na zdalnym, po kilku dniach szły kolejne. Nauczyciele podobnie: znikali na tydzień, wracali, po szkole krążyły plotki, czy to Covid, czy nie Covid. Albo mówiono, że któregoś nauczyciela nie ma, bo chory i okazywało się, że jednak normalnie pracuje. - Panował chaos informacyjny. Komunikat o tym, że będziemy mieć zastępstwa dostaliśmy np. o godz. 23, na szczęście zastępstwa nie dotyczyły tych ważnych przedmiotów – wspomina Antek.
Od nauczycieli jego klasa często słyszała, że jest jedyną trzecią, która uczy się jeszcze stacjonarnie. Aż do października. Konkretnie, jak mówi licealista, przetrwali do 30 października. W sobotę przyszła informacja, że i oni idą na zdalne. - Wiedzieliśmy przed oficjalną informacją, że kolega jest chory, więc spodziewaliśmy się tego – opowiada Antek.
Kwarantanna i lekcje zdalne miały potrwać do 4 listopada. Tak krótko, bo chory uczeń nie chodził do szkoły już od kilu dni, zanim przyszła oficjalna wiadomość o możliwym kontakcie z zakażonym, część kwarantanny już upłynęła. Wliczając w to weekend i święto 1 listopada, klasa Antka miała dwa dni nauki zdalnej. Antek jest zaszczepiony, więc mógł chociaż wychodzić z domu. - Ci niezaszczepieni pewnie mieli trudności z wyjazdem na Wszystkich Świętych – dodaje.
Pod koniec listopada i w grudniu szkolne korytarze pustoszały, na przerwach było coraz ciszej. - Na ostatnich zajęciach przed przerwą świąteczno-noworoczną na SKS-ie z koszykówki oprócz mnie były tylko trzy osoby – wspomina Antek. Jego klasa znów przetrwała. Aż do 20 grudnia – wtedy wprowadzono lekcje zdalne w całej Polsce. - Bardzo się ucieszyłem, że będzie nauka online, bo nie jestem zwolennikiem chodzenia do szkoły, więcej uczę się sam w domu – przyznaje trzecioklasista, ale pamięta opowieści kolegów z młodszych klas, którzy przez semestr zimowy na zdalnym lądowali dwa, trzy, cztery razy. - Widać, że mieli tego dość, byli tym przytłoczeni - mówi.
W klasie Antka taka karuzela zaczęła się po Nowym Roku. Uczniowie wrócili 10 stycznia do szkoły, a już dzień później, 11 stycznia wieczorem, dostali wiadomość, że do 20 stycznia, uczą się online. 21 stycznia, w piątek, wrócili więc na jeden dzień do ławek szkolnych, po weekendzie przyszli jeszcze na stacjonarne lekcje w poniedziałek, a 25 stycznia we wtorek znów okazało się, że jeden z uczniów jest chory i klasa wraca na zdalne. I już tak zostało, bo MEiN wprowadziło w całej Polsce lekcje online.
W woj. lubelskim uczniowie wrócą do szkół dopiero 28 lutego, bo są tu teraz ferie zimowe. - Dla nauczycieli to był bardzo trudny czas – podsumowuje ostatni semestr licealista. - Musieli jedną lekcję prowadzić stacjonarnie, kolejną zdalnie ze szkoły, na szkolnym sprzęcie, który jest jaki jest. Biegali po laptopy, tablice, byli zestresowani, bo te lekcje nie wychodziły pod względem technicznym. Męczyli się i nauczyciele, i uczniowie. My cały czas oczekiwaliśmy wiadomości, czy będzie zdalne, czy nie. Może to nie było aż tak stresujące, ale zwyczajnie niepotrzebne. Jakby rząd słuchał rekomendacji ekspertów na temat tego, kiedy zmienić tryb pracy, to w efekcie byłoby tego zdalnego znacznie mniej. Oficjalnie go nie było, ale w praktyce znam szkoły, które się zamykały - podsumowuje Antek.
Na nauce zdalnej w semestrze zimowym spędził 31 dni (18 dni to nauka zdalna zarządzona przez MEiN).
500 połączeń do sanepidu
Maciej Rusiecki, dyrektor V LO im. Poniatowskiego w Warszawie zaczyna od liczb: w szkole jest 650 uczniów i 19 klas. - Jesteśmy kameralnym liceum, są szkoły, gdzie tych uczniów jest ponad tysiąc, prawie dwa razy tyle - zaznacza Rusiecki. To ważne i być może dlatego, kiedy szkoły wokół (pomimo oficjalnej nauki stacjonarnej) zamykały się, Poniatówka przetrwała. - Ale oczywiście zawieszenia zajęć były - dodaje od razu dyrektor V LO.
Liceum, jak mówi, trzymało się nieźle przez wrzesień i październik. Potem przyszło załamanie. Uczniowie wrócili po Wszystkich Świętych i od razu 2 listopada pierwsza klasa wylądowała na lekcjach online - na siedem dni. Dzień później dołączyły do niej dwie kolejne klasy – do 8 listopada.
Z liczb dyrektor Poniatówki pamięta jeszcze jedną: nawet 500 połączeń do sanepidu, a raczej prób połączenia. - Wiem, że to nie z ich winy, sanepid pracował na 100 proc. ale liczba szkół, klas, dzieci, które przechodziły na kwarantannę, przerastała liczbę pracowników, którzy mogli o tym zdecydować – tłumaczy dyrektor.
Ścieżka wyglądała tak: najpierw dyrektor musiał dostać oficjalną informację od rodzica albo od właściwego inspektora powiatowego, że dana osoba ma pozytywny wynik testu. Wtedy potrzebna była opinia sanepidu o kwarantannach dla poszczególnych klas i uczniów. Czasem jeden dzień, czasem dwa dni, nieraz trzy dni minęło zanim szkoła dodzwoniła się do sanepidu i otrzymała decyzję. - Potem szło już szybko, występowaliśmy do organu prowadzącego, czyli w naszym wypadku do burmistrza, z wnioskiem o zawieszenie zajęć. To już dostawaliśmy od ręki – mówi Maciej Rusiecki.
Od 8 listopada, kiedy ostatnie dwie klasy wróciły z nauki zdalnej, przez miesiąc był spokój. Aż do 7 grudnia, wtedy trzy klasy przeszły na lekcje online do 13 grudnia – najwięcej jednorazowo. - Nauczyciel był chory i miał akurat lekcje z trzema klasami – tłumaczy Rusiecki.
Po Nowym Roku i nauce zdalnej ogólnopolskiej jedna z tych klas znów musiała uczyć się z domu – od 12 stycznia do 20 stycznia. Kiedy zdążyła wrócić, na zdalnym wylądowała kolejna – od 21 do 28 stycznia – i kolejna – od 24 do 28 stycznia. Wrócić ci uczniowie już nie zdążyli, bo od 27 stycznia MEiN wprowadziło w całej Polsce tryb online. Aż do ferii, które w woj. mazowieckim zaczęły się 31 stycznia. - Uczniom zależało na tym, żeby chodzić do szkoły, bo lepiej uczyli się stacjonarnie, więc nieraz prosili, żeby ich nie wysyłać na kwarantannę, nie podawać do sanepidu, co oczywiście było niemożliwe – wspomina dyrektor.
Trzy załamania
Zespół Szkolno-Przedszkolny nr 2 w Legionowie w przeciwieństwie do V LO to przykład tej dużej placówki. Liczy 51 oddziałów, chodzi tu prawie 1,2 tys. dzieci (w tym 170 przedszkolaków). I względnie spokojny był tu tylko wrzesień. W połowie października sezon zaczęło przedszkole, najpierw jeden oddział potem drugi i jeszcze jedna klasa z podstawówki trafiły na kwarantannę. - Ale szczyt mieliśmy później, najpierw tuż po Wszystkich Świętych – wspomina Dorota Kuchta, dyrektorka ZSP nr 2. Dwie, trzy klasy trafiały na zdalne, wracały, szły kolejne dwie, trzy, cztery i tak prawie do końca miesiąca. - Sanepid dzwonił nieraz do mnie o godz. 21 wieczorem, w weekendy, od razu trzeba było przeorganizować pracę, robić listy, wysyłać informację, było to uciążliwe – nie ukrywa dyrektorka.
Po względnie spokojnym tygodniu zbliżał się drugi krach: na początku grudnia trzeba było zawiesić pracę przedszkola, w kolejnym tygodniu grudnia na kwarantannę i lekcje online trafiły wszystkie klasy 4-8. Zakażenia zaczęły się też w młodszych klasach 1-3. - Od 13 grudnia musieliśmy przejść całą szkołą na zdalne na tydzień, inaczej nie dało się zorganizować pracy – wspomina Kuchta. Chorowali uczniowie, nauczyciele, personel niepedagogiczny. - Jeśli chorowała pani, która jest pomocą przedszkolną to od razu kilka oddziałów musiało być na kwarantannie, bo ze wszystkimi miała kontakt – dodaje dyrektorka.
Szkoła nie zdążyła wrócić do stacjonarnego trybu przed Bożym Narodzeniem, bo od 20 grudnia MEiN zarządziło przejście na naukę online w całej Polsce. I tak było do 9 stycznia. - Po przerwie świąteczno-noworocznej i tych dodatkowych dniach edukacji zdalnej uspokoiło się - wspomina Dorota Kuchta. Ale nie na długo,
Konkretnie 17 stycznia, dwa tygodnie przed feriami w woj. mazowieckim, przyszło trzecie załamanie. 11 klas musiało uczyć się z domu. - To prawie jedna czwarta szkoły – wylicza dyrektorka. Ostatecznie całej szkoły udało się nie zawieszać i uczniowie dotrwali do ferii, czyli do 31 stycznia. - Byli szczęśliwcy, którzy trafiali na lekcje online tylko raz, ale byli też tacy, którzy kwarantannę dostawali dwa, trzy razy - podsumowuje Kuchta. Trwała ona czasem trzy dni, czasem pięć, innym razem 10 dni.
RadioZET.pl
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET