`

Była w Stroniu Śląskim, gdy rozpętało się piekło. „Ani jednego worka, żadnych służb”

3 min. czytania
19.09.2024 13:20
Obserwuj nas na Google

– Były komunikaty o „możliwych podtopieniach”, ale wszyscy uspokajali, że nie będzie powtórki z 1997 roku – mówi kobieta, która pojechała na uroczystość rodzinną do Kotliny Kłodzkiej w piątek 13 września.

Stronie Śląskie
fot. Wojtek Radwanski/AFP/East News

Powódź 2024: jak to wszystko się zaczęło

W weekend 14-15 września 2024 r. mieliśmy uroczystość rodzinną w Kotlinie Kłodzkiej. Pięć kilometrów od Stronia Śląskiego, ale nieco wyżej, w górach. Gdy dojechaliśmy, padało. Nie był to jakiś ulewny deszcz, ale jak już zaczął padać, to padał non stop. Nigdy nie widziałam takiego deszczu. Przeważnie jest tak, że pada, pada i za jakiś czas przestaje. A tutaj końca nie było.

W piątek wieczorem przejeżdżaliśmy przez Lądek Zdrój. Widać było jakieś delikatne przygotowania, ale były to tylko pojedyncze worki z piaskiem. W Stroniu nic. Ani jednego worka, żadnych służb. W sobotę strumyk górski, który płynął przy naszym domku, urósł i przyspieszył. Podobno zwykle płynie z prędkością 5-10 km/h, a w sobotę zaczął płynąć z prędkością 300 km/h. Pojechałam do Stronia po rajstopy. Drogeria zamknięta, na drzwiach kartka, że zamknęli wcześniej ze względu na warunki pogodowe. Weszłam do sklepu obok. Ekspedientka zaczęła opowiadać, jak było w 1997, jak realne jest zagrożenie. Na pytanie, dlaczego się nie przygotowują, odpowiedziała, że zostali pozostawieni sami sobie, że wszystkie siły pojechały do większych miast: do Kłodzka i Wrocławia. Na wszelki wypadek kupiłam dwie zgrzewki wody i suchy prowiant. Totalnie intuicyjnie.

W nocy z sobotę na niedzielę odcięło prąd, zasięg, ciepłą wodę. Ostatnia informacja, jaką udało mi się przeczytać w nocy to, że Lądek jest całkowicie odcięty od świata, nie da się wjechać ani wyjechać, a my przecież tamtędy jechaliśmy. W głowie miałam już tylko czarne scenariusze, bo pani w sklepie powiedziała, że w 1997 roku przez miesiąc nie można było wjechać do miasta. Postanowiłam wracać z dziećmi pociągiem, ale okazało się, że pociągi już nie jeżdżą. Jedyne, co nam pozostało, to czekać aż woda trochę opadnie. Nie spodziewaliśmy się, że będziemy totalnie odcięci od świata.

O 2:14 w nocy dostałam alert RCB: „Uwaga, możliwa ewakuacja w powiecie kłodzkim”. To był SMS, ale nikt nie przyszedł, sieci brak, nie działał nawet numer alarmowy. Pękła tama, w Stroniu zalało most. Na szczęście były dwa, ale drugi był chroniony przez Straż Miejską. Posterunek Policji zmyło w nocy. Innych służb nie było. O 7:30 rano przyszedł właściciel pensjonatu i powiedział: „Strażnicy robią sobie przerwę, macie dziesięć minut, żeby się stąd wydostać”. Ale nie jedźcie w stronę Lądka, tylko w drugą – w góry, na Polanicę. Wyruszyliśmy w nieznane.

Nie mieliśmy zasięgu, GPS nie działał, jechaliśmy bez mapy przez górskie drogi zasypane gruzem. Trzeba było omijać kamienie, czasem je odsuwać. Mijaliśmy Bystrzycę Kłodzką, Kłodzko, Bardo. Udało nam się jakoś przejechać obwodnicami. Po południu dotarliśmy do Wrocławia. To, co widzieliśmy po drodze, wyglądało jak po wojnie. Zniszczone samochody, zmasakrowane murowane budynki. Przerażające było to, że ci ludzie nie mieli żadnego wsparcia. Na stacji benzynowej w Polanicy spotkaliśmy człowieka, który jechał do Nysy ratować zwierzęta. Powiedział, że przez wiele lat były pomysły zbudowania zbiorników retencyjnych, ale protestowali mieszkańcy. A wiadomo, protestowali dlatego, że wysiedlane byłyby wsie. Tam nikt się nie spodziewał, że powtórzy się 1997 – a to, co się stało, było dużo gorsze.

Źródło: Radio ZET

Nie przegap

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET