Jest instruktorką nauki jazdy. Mówi o „przypadkach beznadziejnych”
Praca instruktora nauki jazdy to coś więcej niż nauka zmiany biegów i poprawnego używania kierunkowskazów. To codzienna walka ze stresem kursantów, ich nieprzewidywalnymi reakcjami i błędami, które w jednej chwili mogą zagrozić bezpieczeństwu na drodze. Doskonale wie o tym Agnieszka Gałuszka, wieloletnia instruktorka i autorka książki „Nie zabij nikogo. Z notatnika instruktora jazdy”. – Każdy kilometr to test cierpliwości, odpowiedzialności – przyznaje.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jakie wydarzenia skłoniły autorkę do napisania książki?
- Dlaczego Agnieszka Gałuszka zdecydowała się na formę reportażu?
- Co najbardziej przeraża instruktorkę podczas nauki jazdy?
- Jakie wyzwania napotyka instruktorka jako kobieta w tym zawodzie?
Monika Kurowska: Pamiętasz moment, w którym po raz pierwszy pomyślałaś: to, co przeżywam w pracy, zasługuje na książkę?
Agnieszka Gałuszka: Trudno wskazać jeden moment – to raczej był proces. Z biegiem czasu wydarzało się tyle zaskakujących sytuacji, że gdy opowiadałam o nich bliskim czy znajomym, często reagowali niedowierzaniem. Nic dziwnego: czasami trudno uwierzyć, co potrafią zrobić kursanci w trakcie jazd.
Zaczęłam więc zapisywać te historie. W pewnym momencie pojawiła się myśl, że warto je zebrać i pokazać innym. Nie chciałam jednak tworzyć lekkiej, humorystycznej książki tylko o zabawnych epizodach. W tej pracy jest przecież też druga strona – niebezpieczeństwo, stres i ogromna odpowiedzialność. To właśnie ta codzienność wydała mi się ciekawsza i bardziej prawdziwa. Dlatego postawiłam na formę reportażu, choć w książce nie zabrakło też lżejszych, anegdotycznych momentów.
„Nikogo nie zabij” – to mocny, dosadny tytuł. Czy naprawdę zdarza ci się prosić o to kursantów?
Nie wprost, ale w pewnym sensie tak. Chodzi o uświadomienie im, że to, co robią, bywa naprawdę niebezpieczne – w jednej chwili mogą narazić czyjeś zdrowie, a nawet życie. Tak będzie już zawsze, kiedy będą wsiadali za kierownice – powinni o tym pamiętać.
Kursanci często skupiają się wyłącznie na technice – zmianie biegów, pokonaniu skrzyżowania, włączeniu kierunkowskazu – i zapominają spojrzeć wokół. Tymczasem na skrzyżowaniach jest mnóstwo przejść dla pieszych i przejazdów rowerowych. Wystarczy moment. Wtedy reakcja instruktora musi być natychmiastowa – zahamowanie, ostrzeżenie, zwrócenie uwagi, że mogli kogoś potrącić.
Zdarzają się też inne sytuacje: zbyt bliskie podjeżdżanie pod zderzak, brak odstępu przy wyprzedzaniu. Kursantom trzeba ciągle przypominać, że każde ich działanie ma konsekwencje. Kiedy obok nie będzie już instruktora, to oni poniosą pełną odpowiedzialność za bezpieczeństwo na drodze.
Samochody stały się tak powszechne, że przestajemy zauważać, jak bardzo potrafią być niebezpieczne?
W Polsce aut jest znacznie więcej, niż faktycznie potrzebujemy. Trudno jednak winić ludzi – dostęp do transportu publicznego wciąż jest bardzo ograniczony. Pochodzę z regionu, w którym dominują małe miejscowości. Niektórzy moi kursanci mówią wprost: robię prawo jazdy tylko dlatego, że inaczej nie mógłbym dojechać do szkoły. Autobusy kursują rzadko, często o godzinach kompletnie niedopasowanych do życia mieszkańców.
Z czasem ci sami ludzie przenoszą się do dużych miast, gdzie pojawia się inny problem – brak miejsc parkingowych, korki, zanieczyszczenie powietrza. Mimo to wciąż nie dostrzegamy skali uzależnienia od samochodów, bo każdy chce zachować niezależność i swobodę poruszania się.
Czy twoim zdaniem każdy, kto trafia do instruktora, a później na egzamin, powinien – prędzej czy później – zdobyć prawo jazdy? Czy zdarzają się przypadki beznadziejne?
Myślę, że każdy instruktor mógłby wskazać przynajmniej jeden taki przypadek w swojej karierze. To bardzo trudne sytuacje, bo instruktor nie ma żadnych narzędzi, by zakwestionować czyjąś zdolność do prowadzenia pojazdu. Wcześniej kandydat przechodzi badania lekarskie – jeśli lekarz uzna, że wszystko jest w porządku, taka osoba trafia na kurs. Gdyby pojawiły się jakiekolwiek wątpliwości, lekarz mógłby skierować ją na dodatkowe konsultacje, ale w praktyce dzieje się to rzadko.
Instruktor nie ma prawa zasugerować ponownej konsultacji lekarskiej ani podważyć wcześniejszej decyzji – po prostu nie ma do tego uprawnień. Najczęściej chodzi o kwestie zdrowotne, czasem również psychiczne. Zdarzają się osoby, które reagują panicznie na każdą sytuację na drodze – dźwięk silnika, nadjeżdżające samochody, a nawet zwykłe polecenie. W takim stanie trudno przyswoić jakiekolwiek umiejętności praktyczne.
Może instruktorzy powinni mieć coś w rodzaju klauzuli sumienia? Możliwość odmowy szkolenia kursanta w trosce o bezpieczeństwo innych?
Uważam, że powinno istnieć narzędzie, które pozwalałoby zarówno instruktorowi, jak i egzaminatorowi skierować taką osobę na dodatkowe badania – na przykład psychomotoryczne. Z podobnych testów korzystają kierowcy zawodowi czy sami instruktorzy. Sprawdza się tam m.in. czas reakcji, refleks czy ogólną sprawność poznawczą. To proste, ale bardzo przydatne badania, które mogłyby pomóc ocenić, czy ktoś w ogóle nadaje się do prowadzenia samochodu.
Nie możemy zapominać, że jazda autem to nie jest błaha czynność. To nie prowadzenie wózka sklepowego – samochód ma swoją masę, prędkość i energię, które w połączeniu ze zderzeniem mogą mieć tragiczne skutki. Na drogach giną ludzie. Dlatego uważam, że do samochodu powinniśmy podchodzić z taką samą odpowiedzialnością, jak do broni.
Pamiętasz kursanta, którego zachowanie kompletnie cię zaskoczyło, przeraziło?
Takich momentów jest naprawdę sporo. Z czasem człowiek uczy się je wypierać, żeby móc dalej pracować. W przeciwnym razie po jednej czy dwóch takich sytuacjach każdy wysiadłby z auta i powiedział: Nigdy więcej. Ryzykowanie własnym życiem nie należy przecież do przyjemności.
Pamiętam jednak pierwszą tego typu sytuację. Mocno zapadła mi w pamięć – opisałam ją zresztą w książce. Kazałam kursantce skręcić w lewo. Do skrzyżowania było jeszcze trochę, więc spodziewałam się, że spokojnie zredukuje bieg. Tymczasem ona, mając kierownicę skręconą maksymalnie w prawo, nagle wcisnęła gaz. Wjechałyśmy prosto na parking. Byłam przerażona. Nie sądziłam, że ktoś może aż tak spanikować za kierownicą.
To doświadczenie nauczyło mnie jednej rzeczy: na drodze trzeba być gotowym na wszystko. Nawet najprostsze polecenie może zamienić się w sytuację, której absolutnie się nie spodziewasz.
Jak różni się praca z młodszymi kursantami, tzw. Z-etkami, w porównaniu do starszych pokoleń?
Wydaje mi się, że Z-etki są przez innych instruktorów często demonizowane. Ja natomiast dobrze się z nimi dogaduję – może dlatego, że sama jestem trochę „pomiędzy” pokoleniami Millenialsów i Z-etek. Ale zauważyłam, że młodsze osoby mają krótszą zdolność koncentracji – myślę, że to wynika ze specyfiki mediów społecznościowych, z których namiętnie korzystają. Koncentracja za kierownicą jest oczywiście kluczowa, ale nie uważam, żeby pokolenie tzw. Z-ek było gorszymi kierowcami. Myślę, że w każdym pokoleniu trafiają się zarówno kursanci, z którymi współpraca jest łatwa, jak i ci trudniejsi.
Miałam na przykład kursantkę w wieku 75 lat i świetnie się z nią pracowało. Wiek nie jest żadną barierą. W przypadku seniorów szkolenie jest specyficzne, ale bardzo cenię osoby, które już coś przeżyły. Ich zaangażowanie i chęć bezpiecznego powrotu do domu są naprawdę inspirujące.
A czy są jakieś grupy zawodowe, które szczególnie trudno się szkoli?
Najtrudniej pracuje się z nauczycielami. Myślę, że każdy instruktor przyzna, że to specyficzna grupa – trudno jest przykuć ich uwagę w sposób, który zostanie odebrany i przyjęty pozytywnie.
Bycie instruktorem jazdy wciąż kojarzy się głównie z mężczyznami. Jak wygląda rzeczywistość z perspektywy kobiety w tym zawodzie? Zostałaś wpuszczona w ten „męski” świat z otwartymi rękami?
Bycie kobietą w tym zawodzie wymaga pewnego przebicia. Pozycję trzeba sobie „wywalczyć”. Wcześniej robiłam reportaże fotograficzne z imprez motoryzacyjnych, więc znam te „męskie” środowiska i wiem, że potrafią być specyficzne. Pomaga po prostu bycie sobą.
Owszem spotkałam się z lekceważącym podejściem. Co ciekawe, nigdy nie dotyczyło ono innych instruktorów czy egzaminatorów. Najczęściej to rodzice kursantów komentowali moją płeć. Pojawiały się obiekcie: „Jak taka młoda kobieta ma uczyć mojego syna”. Ale z czasem jest coraz lepiej .Zauważyłam zmianę. Coraz więcej młodych kobiet decyduje się na pracę w tym zawodzie. Niestety, choć pojawia się wiele nowych twarzy, niewiele zostaje na dłużej.
Jak myślisz z czego to wynika?
Pracujemy dostosowując się do kursantów. Gdybyśmy jeździli wyłącznie w ich rytmie, większość zajęć odbywałaby się popołudniami, a czasem nawet nocami. My również mamy rodziny, chcemy mieć czas dla siebie, po pracy zrobić zakupy czy po prostu odpocząć. Ten zawód często generuje chaos organizacyjny – trzeba przemieszczać się z miejsca na miejsce, dowozić kursantów, dopasowywać do nich trasę.
Czy taka specyfika pracy jest przyjazna kobietom? Różnie. Dla przykładu: kobiety w czasie okresu mogą doświadczać różnych dolegliwości, a możliwość zadbania o higienę w terenie bywa ograniczona. Ale radzimy sobie z tym. Potrafimy sprawnie zorganizować dzień i wytrwać w pracy nawet w takich sytuacjch.
W pracy instruktora nie brakuje zagrożeń. Co według ciebie jest w tym zawodzie najbardziej ryzykowne?
Wypalenie zawodowe. Oczywiście praca wiąże się też z ryzykiem kolizji – niedawno zginął instruktor prowadzący auto nauki jazdy – ale konsekwencje wypalenia rozlewają się na wszystkie aspekty życia. Osoba wypalona emocjonalnie nie potrafi normalnie funkcjonować także w domu. Trudno jej cieszyć się codziennością, a praca staje się źródłem ciągłego stresu i frustracji. Zarówno instruktorzy, jak i egzaminatorzy codziennie mają do czynienia z kursantami zestresowanymi, sfrustrowanymi i niewspółpracującymi. Jednocześnie brakuje im wsparcia – zarówno w grupie zawodowej, jak i z zewnątrz.
To grupa szczególnie narażona na wypalenie, dlatego potrzebna jest profilaktyka. Bez niej coraz trudniej będzie znaleźć nowych instruktorów – zawód nie przyciąga młodych ludzi. Zarobki są niskie, godziny pracy nie zawsze elastyczne, a presja psychiczna wysoka.
Polscy kierowcy często uchodzą za niecierpliwych i wybuchowych. To stereotyp, czy rzeczywiście tak ich postrzegasz?
Rzeczywiście, w Polsce wielu kierowców nieustannie się spieszy. Nawet jeśli pojazd przed nimi porusza się zgodnie z przepisami, dla nich jest to za wolno. Nawet przekraczając prędkość, wciąż chcą jechać szybciej. Widać to, gdy ktoś jedzie tylko do sklepu czy w odwiedziny – noga zawsze jest na gazie. Społeczeństwo zdaje się żyć w ciągłym pośpiechu, chcąc mieć wszystko „na wczoraj”. To pęd, niecierpliwość i stres, które można nazwać pewną narodową przywarą.
Gdybyś mogła dać jedną radę wszystkim kierowcom, aby polskie drogi były bezpieczniejsze, co by to było?
Prędkość to jedno, ale najważniejsza jest uważność i świadomość otoczenia. Wielu kierowców rzadko zagląda w lusterka i nie zauważa innych uczestników ruchu – pieszych, rowerzystów czy motocyklistów. Nawet jeśli poruszają się zgodnie z przepisami i odpowiedzialnie, często stają się niewidoczni dla innych.
Każdy błąd, chwila nieuwagi czy brak obserwacji może prowadzić do poważnych konsekwencji. Dlatego na drodze nie wystarczy jechać szybko czy sprawnie – trzeba ciągle obserwować, przewidywać i respektować obecność wszystkich uczestników ruchu. Brak takiej uwagi może kosztować życie – swoje lub innych.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET