Na Rysy z 9-miesięcznym dzieckiem. Burza w sieci, przewodnik ujawnia kulisy
Bulwersująca sprawa rodziców, którzy zabrali dziewięciomiesięczne dziecko na Rysy, wywołała burzę w mediach społecznościowych. Radio ZET dotarło do polskiego przewodnika Szymona Stocha, który pomógł litewskiej parze w zejściu z najtrudniejszego odcinka. Przewodnik ujawnia kluczowe fakty w tej sprawie.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jakie były okoliczności wyprawy litewskiego małżeństwa na Rysy z dzieckiem.
- Dlaczego polski przewodnik skrytykował przygotowanie sprzętowe Litwinów.
- Co zrobił przewodnik, aby pomóc turystom w zejściu z Rysów.
- Dlaczego przewodnik zdecydował się nagłośnić całą sytuację.
Para Litwinów wybrała się z małym dzieckiem na Rysy. W sieci wybuchła burza
Radio ZET dotarło do nowych faktów w sprawie, która wywołała oburzenie i niemałą burzę w sieci. Chodzi o parę Litwinów, którzy wybrali się na Rysy z dziewięciomiesięcznym dzieckiem - całą sytuację nagłośnił jeden z internetowych portali, a na rodziców dziecka wylała się fala hejtu.
Właśnie hejtowi, który towarzyszy słusznej krytyce, sprzeciwia się polski przewodnik, który pomógł turystom z Litwy, kiedy schodzili ze szczytu. Radio ZET zapytało go o to, jak sprawa wyglądała z jego perspektywy. Jak wyjaśnia, już na początku rozmowy powiedział parze, że "najbezpieczniej dla dziecka byłoby przetransportować je helikopterem na dół".
- Powiedzieli mi, żeby nie wzywać służb, i że oni będą schodzić z góry. Powiedziałem im, że to nie jest w porządku - mówi mężczyzna. Problemem był głównie sprzęt, w który wyposażeni byli Litwini. Para miała na sobie raczki nadające się do spacerów w dolinach, a nie raki, które zdecydowanie lepiej sprawdzają się podczas wypraw w wysokie partie gór.
Polski przewodnik pomógł parze turystów. "Zniosłem to dziecko w bezpieczne miejsce"
Szymon Stoch zaproponował, że pomoże rodzicom znieść dziecko na dół najtrudniejszego odcinka, na co ci przystali. - Pokazywałem im, gdzie mają schodzić. W trzech miejscach wyrąbałem nawet stopnie, oddałem im kijki, żeby mieli się czym zapierać - mówi.
- Wziąłem to dziecko, zacząłem z nim schodzić. W bezpiecznym miejscu zrobiłem jeszcze zdjęcie (od którego zaczęła się cała historia w mediach - red.) i potem skupiłem się już tylko na zejściu z tym dzieckiem na dół. W rakach chodzę dobrze, więc tu nie mam sobie nic do zarzucenia. Zszedłem bezpiecznie - relacjonuje przewodnik w Radiu ZET.
Przewodnik dementuje medialne doniesienia
Jak mówi, był nieco zażenowany całą sytuacją i gdy dotarli już w bezpieczne miejsce, oddał dziecko rodzicom, nie chciał jednak z nimi dłużej rozmawiać. - Później w Chacie Pod Rysami miałem przerwę, oni doszli z tym dzieckiem. Już potem nasze drogi się rozeszły - mówi.
- Warunki były dobre, ale to były warunki alpejskie. Więc nadal potrzebne były raki, kaski. Gdyby oni mieli cały sprzęt i wszystko byłoby tak jak trzeba, to ja bym nie zareagował - relacjonuje Szymon Stoch.
Przewodnik mówi, że nieprawdą jest, że Litwini nie chcieli wzywać służb, bo nie mieli ubezpieczenia. Zapewnił też, że nagłośnił sprawę tylko po to, żeby inni rodzice nie popełniali w przyszłości takich błędów, które mogą być bardzo niebezpieczne - zarówno dla nich, ale przede wszystkim, dla dziecka.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET