Pierwszy taki wywiad. Trener Igi Świątek w Radiu ZET: chciałem zmienić sposób, w jaki Iga gra
Potrzebowaliśmy nowego stylu gry. Innego poruszania się, innego zamachu. Innych przyspieszeń. Właściwie wszystko miało być trochę inne. Również spokój w grze. Dlatego powiedziałem Idze, że po Wimbledonie mamy mnóstwo pracy technicznej do wykonania – ujawnia Francisco Roig, trener Igi Świątek w pierwszym wywiadzie udzielonym polskim mediom, w rozmowie z dziennikarzem sportowym Radia ZET Mateuszem Ligęzą.
Mateusz Ligęza: Francisco, po Wimbledonie Iga Świątek miała dwa tygodnie intensywnej pracy przed turniejem w Toronto. Później mówiła, że wróciła na kort świeższa i bardziej otwarta na próbowanie nowych rzeczy, a praca, którą wykonaliście razem, była kluczowa, by grać cierpliwiej, walczyć o każdą piłkę i być bardziej solidną. Efekt był znakomity – wygrała cały turniej. Nad czym dokładnie pracowaliście w tym czasie, że efekt był aż tak piorunujący?
Francisco Roig: Żeby w pełni odpowiedzieć na to pytanie, musielibyśmy pewnie porozmawiać przez godzinę. Postaram się jednak zrobić z tego krótkie, sensowne podsumowanie. Po Wimbledonie długo rozmawiałem z Igą. Pracowaliśmy wtedy razem od trzech miesięcy. Od początku nie mogłem wprowadzić zbyt wielu zmian, ponieważ zaczęliśmy współpracę w trudnym dla niej okresie. Jej pewność siebie nie była wtedy na wysokim poziomie.
Powiedziałem jej, że kiedy zaczynaliśmy najważniejszą dla niej część sezonu na kortach ziemnych, nie było czasu na wprowadzanie zmian w jej grze. Po Wimbledonie to był odpowiedni moment, chciałem powiedzieć Idze, co naprawdę uważam i jakie są moje spostrzeżenia. Zapytałem: „Jeśli naprawdę chcesz to zrobić, myślę, że mogę ci pomóc, ale musisz być otwarta na zmiany”. I była na to całkowicie gotowa.
Przenieśliśmy się do Barcelony. Odbyliśmy piętnaście bardzo solidnych treningów, każdy po niespełna dwie godziny. Dla mnie to wystarczająco dużo czasu. Przede wszystkim chciałem zmienić sposób, w jaki Iga gra. Nie wszystko musi dziać się tak szybko. Musimy grać w tenisa, a nie w ping-ponga na zasadzie: bach, bach, bach. Iga słynie ze świetnej pracy nóg. Ma bardzo dobre uderzenia.
Przekazywałem jej, że im dłużej piłka leci, tym lepiej dla nas. Im większy staje się kort dla obu zawodniczek, tym bardziej nam to odpowiada. Zaproponowałem, że skoro jest dobrze przygotowana fizycznie i dobrze porusza się po korcie, to spróbujmy grać w taki sposób, żeby piłka spędzała nieco więcej czasu w powietrzu. Chciałem, żeby częściej wykorzystywała swój forhend, obchodząc od bekhendu. W bekhendzie chciałem, żeby nadawała mu więcej rotacji i miała więcej czasu pomiędzy jednym uderzeniem a kolejnym. Bo jeśli grasz go bardzo szybko, wszystko zaczyna dziać się również dużo szybciej. To może powodować większy stres i niekoniecznie działać w meczu.
Podobnie było z drugim serwisem. Nie podobało mi się, kiedy podchodziła zbyt blisko linii końcowej – a przez wcześniejsze miesiące grała w ten sposób. Jeśli drugi serwis nie jest już naprawdę dobrym uderzeniem, najlepsze zawodniczki na świecie potrafią to wykorzystać. Powiedziałem Idze, że po drugim serwisie często cofa się i traci przewagę. A nam chodzi o to, żeby budować akcję z głębi kortu, a następnie dostać łatwiejszą piłkę w wymianie. Potrzebowaliśmy nowego stylu gry. Innego poruszania się, innego zamachu. Innych przyspieszeń. Właściwie wszystko miało być trochę inne. Również spokój w grze. Dlatego powiedziałem Idze, że po Wimbledonie mamy mnóstwo pracy technicznej do wykonania, ale ta technika jest bardzo mocno związana z pracą nóg.
Iga podkreślała, że wróciła na kort, czując się świeższa i bardziej otwarta na próbowanie nowych rzeczy. Czy miałeś wtedy poczucie, że znaleźliście coś, co stało się fundamentem poziomu, jaki zaprezentowała w Toronto? W ilu procentach pokazała styl, nad którym pracowaliście?
Trudno określić to procentowo. Uważam, że radziła sobie dobrze. Nadal może grać lepiej, bo w nią wierzę. Ale zaprezentowała się naprawdę świetnie. Wiem – i jej to powiedziałem – że jeśli mamy okres treningowy, kilkanaście jednostek pomoże jej przez dwa, może trzy tygodnie. Nie przez miesiąc, ponieważ rozpoczęliśmy pracę nad czymś innym niż to, do czego była przyzwyczajona.
Jeśli podczas turnieju nie będziemy w stanie stopniowo, krok po kroku, tego utrwalać, zacznie trochę wracać do swoich nawyków z początków naszej współpracy. Gdy znów uda nam się odbyć tych piętnaście sesji treningowych, ten efekt będzie utrzymywał się dłużej – tym razem półtora miesiąca, może dwa.
Który element najbardziej poprawiła i było to widoczne podczas trzech ostatnich turniejów?
Przede wszystkim popełniała mniej błędów. Pierwsza zasada w tenisie jest taka, żeby ich nie robić. Jestem pewien, że kiedy Iga nie przechodziła dalej, często przegrywała sama. To nie było tak, że druga zawodniczka ją pokonywała. To my przegrywaliśmy.
Co to oznacza? Iga zbyt często popełniała błędy przy swoim pierwszym uderzeniu po serwisie. Za bardzo próbowała, kiedy nie było takiej potrzeby. Jednak Iga jest Igą. Musi próbować. Ale moim zdaniem czasami chce tego aż za bardzo. To rywalki powinny próbować grać przeciwko niej, a ona nie musi tego robić za każdym razem. Musi grać bardziej solidnie. I właśnie w Toronto była w tym ogromna poprawa, a przy tym zagrywała piłki lepszej jakości.
Jej forhend miał lepszy kształt, a przy bekhendzie grała lepsze kąty. Dzięki temu każda wymiana była dłuższa, a później znajdowała łatwiejsze piłki do zaatakowania, zamiast próbować atakować z trudniejszych pozycji. Mniej błędów przy zagrywaniu piłek dobrej jakości daje w tenisie bardzo dużo. Przy mniejszym wysiłku, bez tak szybkiego dochodzenia do piłki. Czasami Iga chce podbiec do piłki zbyt szybko, a wtedy blokuje swój ruch. Wszystkie te rzeczy, a także wiele innych, musimy jeszcze poprawić, ale to jest podstawa.
Po jedenastu miesiącach był to wasz wspólny pierwszy tytuł. W Cincinnati również było bardzo blisko – półfinał z Jessicą Pegulą to był świetny mecz, bardzo wyrównany. Zabrakło niewiele do pełni szczęścia. Jak ważny dla trenera był ten tytuł w Toronto?
Bardzo ważny. Nie tylko dla mnie. Dla mnie to jedno, ale kiedy obserwujesz zawodniczkę dzień po dniu, widzisz, że osiąganie własnych wyników potrafi być trudne. A potem pojawia się dla niej tak duże wyzwanie, jakim jest ponowne wygranie turnieju. To dla niej znaczy więcej niż dla zawodniczek, które w danym momencie przywykły do zdobywania trofeów.
Przypomina mi się pewien turniej w Indian Wells z Rafą Nadalem. Przez jakiś czas był kontuzjowany i nie mógł grać. Powiedział mi wtedy: „Jeśli wygramy tutaj dwa albo trzy mecze, będę więcej niż zadowolony”. Wygrał cały turniej i było to niesamowite.
Myślę, że z Igą mogło być trochę podobnie. Dla jej pewności siebie to było bardzo ważne. A potem w kolejnym turnieju dotarła do półfinału i znów grała dobrze. A potem mieliśmy ten mały wypadek w US Open... Taki jest tenis, to się po prostu zdarza.
No właśnie. Nie chciałbym sprowadzać meczu w czwartej rundzie US Open przeciwko Qinwen Zheng tylko i wyłącznie do faktu, że Iga prowadziła z nią w pierwszym secie 5:0. Interesuje mnie bardziej to, co z perspektywy trenera jest najważniejszą lekcją, którą należy wyciągnąć z tego pojedynku.
Mogę zażartować, że zjadłem zęby na tenisie. Mam naprawdę sporo doświadczenia i takie sytuacje przytrafiły mi się nie raz. Dlatego jakiś czas temu doszedłem do wniosku, że w tenisie po prostu nie ma łatwych meczów. Nawet jeśli na takie się zapowiadają.
W pracy z Rafą Nadalem przytrafiały nam się porażki, których nie sposób sobie wyobrazić – na przykład po wygraniu pierwszego seta 6:0. W tenisie możesz być z przodu, a potem wszystko zaczyna się od nowa i sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Nie lubię, gdy moi podopieczni wygrywają seta do zera, jeśli różnica poziomów nie jest aż tak znaczna. Bo potem nagle przegrywasz kilka gemów w drugim secie i wygląda to tak, jakby coś się zmieniło w twojej grze. Natomiast jeśli wygrasz 6:4 i prowadzisz 1:0 w drugim secie, jesteś bardziej zrelaksowany. Masz w sobie więcej spokoju. Dlatego nigdy nie lubię wygrywać 6:0.
Oczywiście nie spodziewałem się, że dojdzie w meczu z Zheng do takiego zwrotu akcji, ale po tylu latach oglądania meczów nie jest to już dla mnie żadnym zaskoczeniem.
Iga Świątek po tym meczu przyznała na konferencji prasowej, że gdyby była bardziej solidna, awansowałaby dalej. Co należy przez to rozumieć?
Bardziej solidna – czyli popełniałaby mniej błędów. Rozmawialiśmy o tym później, ale zauważmy, że Iga miała trzy piłki setowe w pierwszym secie. Takie rzeczy się zdarzają. A kiedy przegrasz taką partię, nie jest łatwo. Zheng wygrała siedem gemów z rzędu. Madison Keys miała z nią podobną sytuację we wcześniejszej rundzie i to rzeczywiście miało znaczenie. Chcę też odnotować, że Chinka grała całkiem dobrze – nie popełniała wielu błędów i dobrze się poruszała. Na początku była może nieco bardziej zagubiona. Iga miała poczucie, że popełniała dużo błędów z forhendu, a ja mówiłem: „Nie, nie, nie, nie, to nie o to chodzi”. Dopiero później, kiedy obejrzałem mecz, zrozumiałem, jak to wyglądało. To było naprawdę trudne, żeby jeszcze raz go obejrzeć.
Tylko raz?
Więcej nie byłem w stanie. Weźmy na przykład forhend. Z reguły, jeśli podejmujesz większe ryzyko, zaliczasz więcej winnerów. Problem pojawia się przy błędach – kiedy piłka przychodzi szybko na forhend, Iga trochę za bardzo ma z tym problem. Jednocześnie trzeba spojrzeć na to, że przegrany przez nią pierwszy set 5:7 był bardzo wyrównany. Iga miała trzy piłki setowe, przy jednej z nich zagrała dobrze. Obie poruszały się po korcie, a potem Zheng zagrała krótką piłkę, przy której Iga popełniła błąd. Zaważyły pojedyncze sytuacje. Było bardzo blisko, żeby to Iga mogła cieszyć się z wygrania tego seta. Było. I właśnie na tym polega tenis.
Teraz znów macie kilka tygodni przerwy od rywalizacji. Czy ten czas na wspólne treningi zamierzacie wykorzystać podobnie jak podczas wspomnianego przez nas okresu po Wimbledonie, czy jednak realizujecie inny plan, w oparciu o doświadczenia z ostatnich trzech rozegranych turniejów?
Mój styl pracy jest zazwyczaj trochę inny. Za nami już kilka dni spędzonych na korcie, podczas których trenowaliśmy trochę bardziej pod kątem regularności w grze. Na pewno wprowadzimy też nieco większą intensywność w trakcie wymian. Staramy się odpowiednio rozplanować pracę, biorąc pod uwagę liczbę dni, które mamy przed turniejem w Pekinie. Szlifujemy także serwis. Wiemy, że również w tym elemencie musimy się cały czas poprawiać, ale mogę przyznać, że na treningach wygląda to coraz lepiej. A im więcej mamy spokoju i im mniej stresu, tym lepiej powinno to wyglądać także podczas samych meczów.
Myślę, że serwis był lepszy nawet w trakcie tego lata – było trochę mniej podwójnych błędów. Chcemy, żeby było jeszcze lepiej, ale to jest proces. Uważam, że jesteśmy na dobrej drodze.
Czego trener oczekuje od Igi podczas zbliżającego się turnieju w Pekinie?
Chciałbym zobaczyć zawodniczkę, która po prostu gra i nie czuje, że musi posyłać winnery. Ma sprawiać rywalce dyskomfort. Niekiedy obserwuję wymiany, w których odnoszę wrażenie, że Iga popełnia błąd wcześniej niż druga zawodniczka tylko dlatego, że podejmuje zbyt duże ryzyko i chce grać za szybko. Czasami warto się uspokoić i zagrać po prostu właściwe uderzenie. Nie w każdym punkcie trzeba próbować zrobić rywalce krzywdę. Można sprawić jej problemy jakością uderzenia, a nie tym, że wszystko zagrywa się bardzo szybko. I właśnie nad tym pracujemy.
Chcę więc zobaczyć zawodniczkę, która przyjedzie tam z lepszym serwisem, będzie dobrze się poruszać, z dobrą koordynacją i bez niepotrzebnego stresu. Ten i tak się w jakimś stopniu pojawi.
Jedziemy do Chin. Pierwszy mecz znowu nie będzie łatwy, bo pierwszy mecz turnieju taki nie jest. Jeśli wygramy go z poczuciem dobrej własnej gry, pomoże nam to przed kolejnym spotkaniem. Myślę, że Pekin będzie dla Igi dobrym miejscem. Jestem przekonany, że przyjedziemy tam w dobrej formie. Mamy w sobie dużo pokory i idziemy krok po kroku. Najważniejszy będzie pierwszy mecz.
W tym sezonie wciąż pozostaje na horyzoncie jeden bardzo konkretny cel – mam na myśli WTA Finals w Indian Wells. Iga jest obecnie poza miejscami dającymi kwalifikację, ale wciąż ma szansę się do nich zbliżyć. To główny cel na końcówkę sezonu?
Na pewno jest on jeszcze bardzo odległy, ale tak – to nasz cel. Jeśli jednak go nie osiągniemy, świat się nie zawali. Będziemy mieli nieco więcej czasu czas, by jak najlepiej przygotować się do kolejnego sezonu. Rozmawiałem z Igą o WTA Finals. Sprawy są następujące, że jeśli wypadniemy dobrze w dwóch nadchodzących turniejach, wciąż możemy być uzależnieni od wyników osiągniętych przez rywalki.
Dlatego chcemy spróbować osiągnąć jak najlepsze rezultaty, nie zaprzątając sobie głowy myślami o WTA Finals.
Rozmawiał: Mateusz Ligęza, Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET