`

Rok po wyborach. „Trudno sobie wyobrazić, że 15 października powtórzyłby się”

8 min. czytania
15.10.2024 06:14
Obserwuj nas na Google

- Będziemy w cieniu wyborów z 15 października, bez szans na przekroczenie tego wyniku. Zrobimy pewien krok w stronę „normalności” - mówi politolog prof. Rafał Chwedoruk, przewidując frekwencję w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Z komentatorem politycznym rozmawiamy m.in. o tym, czy Polacy wciąż żyją polityką i co wpływa na sukces frekwencyjny w wyborach.

fot. JACEK DOMINSKI/REPORTER

Mateusz Kapera: Rok temu w wyborach parlamentarnych mieliśmy prawie rekordową frekwencję. Można śmiało stwierdzić, że wówczas Polacy żyli polityką. Czy wciąż tak jest?

Prof. Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego: - Bardzo znamienne staje się to, że większość sondaży, jak i obie kampanie wyborcze po październikowej elekcji, pokazały pewien powrót do normalności. To oznacza frekwencję wyborczą raczej w granicach 50-60%. Któż dzisiaj pamięta dziwaczną modę na oglądanie posiedzeń Sejmu, którą bardziej zapalczywi komentatorzy skłonni byli traktować jako swego rodzaju przełom.

15 października (dzień wyborów parlamentarnych w 2023 roku - przyp. red.) był fenomenem z wielu powodów. Był pochodną trwającego od 1992 roku wzrostu gospodarczego, który przekładał się na bogacenie się i stabilizację życia codziennego.

Redakcja poleca

Bogacenie się? Obywatele nie idą chętniej do urn, gdy w kraju panuje kryzys gospodarczy?

- Kiedy spodziewamy się kryzysu i kiedy on się zaczyna, to jeszcze się mobilizujemy. Bardzo często wygrywają wtedy wybory partie lewicowe, ale kiedy te zjawiska kryzysowe się utrwalają, postępuje bierność i apatia. Partie tracą członków, związki zawodowe również. Ludzie nie mają czasu, są niechętni, z czasem stają się coraz bardziej nieufni.

Następuje partykularyzacja i wzrost egoizmu. Martwimy się tylko o siebie i najbliższych. Reszta nas niezbyt interesuje i w takiej bierności można trwać bardzo, bardzo długo. Zresztą wystarczy popatrzeć sobie na polską politykę w dobie transformacji ustrojowej. Postępowała fragmentaryzacja systemu partyjnego. Wtedy, aby osiągnąć dobry wynik, z reguły trzeba pozyskać relatywnie niewielki odsetek osób głosujących. Dziś żyjemy w czasach nieporównywalnych, jeśli chodzi o frekwencje wyborcze i sytuację gospodarczą.

Tak naprawdę dobre lata dla obywateli to był krótki czas mniej więcej od 1995 do 1998 roku, do kryzysu azjatyckiego. Później, mimo formalnie cały czas trwającego wzrostu, tak naprawdę poprawa zaczęła się po kilku latach obecności w Unii Europejskiej.

Wbrew pozorom kryzysy gospodarcze nie sprzyjają demokracji, uczestnictwu w wyborach, itd. Po pierwszej frustracji i gotowości do działania, szybko przychodzi strukturalna, długotrwała bierność i apatia.

Jakie jeszcze czynniki wpłynęły na sukces frekwencyjny z października ubiegłego roku?

- Trwający bipolarny spór. Takie spory mają to do siebie, że polityzują wszystko. Nawet takie aspekty życia, które na pozór wydają nam się odległe od bieżącej walki politycznej. Na to wszystko nałożyła się zmiana generacyjna i, mimo wszystkich problemów demograficznych, okazało się, że młodzi z generacji Z dość chętnie stawiają się przy urnach. Powodem sukcesu frekwencyjnego była również pandemia COVID-19, która uświadomiła nam skutki deficytu jakiejkolwiek aktywności. Chodzi nie tylko o politykę, ale też frekwencję na stadionach, itd.

Wreszcie w korelacji z tym ostatnim czynnikiem jest kwestia aborcji, która pojawiła się podczas COVID-u za sprawą Trybunału Konstytucyjnego. Można powiedzieć, że prawica sama sobie zgotowała polityczny problem. Ta sprawa zmobilizowała politycznie najmłodszą generację, która statystycznie rzadziej stawiała się przy urnach.

Trudno sobie wyobrazić, że 15 października w łatwy sposób powtórzyłby się, jeśli chodzi o frekwencję i skalę zainteresowania. Żadna forma mobilizacji społecznej nie jest wieczna, niezależnie czy są to wybory, strajki, protesty czy wojna. Wcześniej czy później pojawia się bierność, apatia i spadek zainteresowania olbrzymiej części wcześniejszych uczestników.

Gdyby wybory parlamentarne odbyłyby się ponownie dzisiaj, to co mogłoby zachęcić obywateli do udziału w nich? Pandemii już nie ma, ale chyba wciąż generuje emocje spór między dwoma największymi partiami i ich wodzami?

- Warto zauważyć, że mamy bodaj najstabilniejszy system partyjny w Europie, jeśli chodzi o systemy oparte na pięcioprzymiotnikowej ordynacji wyborczej. Taka mieszczańska nuda. W zasadzie pięć tych samych formacji tasuje karty, w tym dwie wielkie partie.

Odnajdujemy się w tym jako społeczeństwo, więc to na pewno odgrywałoby pozytywną rolę w kontekście frekwencji. W tym wielopartyjnym systemie łatwo jest odnaleźć swoje miejsce grupom społecznym o różnych poglądach, także już wykraczając poza dualizm PO i PiS. Platforma Obywatelska zdołała w ostatnich kilku latach, już od końcówki przywództwa Schetyny, rewitalizować się wśród najmłodszych pokoleń. Prawo i Sprawiedliwość budowało mozolnie przyczółki wśród młodych ludzi i olbrzymią część z nich utraciło za sprawą właśnie Trybunału Konstytucyjnego.

To na pewno działałoby strukturalnie na rzecz wysokiej frekwencji. Natomiast żaden inny z wcześniejszych czynników chyba już by się nie pojawił. Obywatele potrzebowaliby nowego dopingu. Oczywiście różne grupy będą motywowane szczególnymi okolicznościami.

Jakimi?

- Nie wątpię, że kwestia aborcji dalej będzie obecna. Można się też zastanawiać, jak różne perturbacje ekonomiczne, w które wpada europejska gospodarka między innymi za sprawą amerykańskiej polityki - co znajdzie odzwierciedlenie i u nas - będzie motywować bądź demotywować różne grupy społeczne. W polskiej polityce istnieje to, co istniało wcześniej, jeśli chodzi o mobilizację, tylko w prawie każdym wypadku troszkę słabiej.

Mimo zmiany władzy w kwestii aborcji niewiele się zmieniło, żeby nie powiedzieć nic. Ten temat nie rozgrzewa już tak bardzo Polki i Polaków?

- Sprawa aborcji obarczona jest w Polsce wieloma paradoksami. Mało kto pamięta, że w latach 90., kiedy wprowadzano stanowiące europejski ewenement obostrzenia, działo się to wbrew woli większości obywateli. Później poglądy części obywateli stały się bardziej konserwatywne, a temat aborcji zanikał, traktowany przez opinię publiczną jako wypróbowana metoda podsuwania tematu zastępczego przez polityków. Mało kto też pamięta, że po objęciu władzy przez PiS SLD zbierało podpisy w sprawie liberalizacji tej ustawy i nikt się tym kompletnie nie interesował.

Natomiast dopiero połączenie COVID-u, zmiany pokoleniowej i werdyktu TK wzmogło zainteresowanie opinii publicznej tą kwestią. Wiele osób zdało sobie nagle sprawę, że w Polsce w ogóle takie ustawodawstwo istnieje. No i że siłą rzeczy, poza mikropaństwami takimi jak Malta, to jest kuriozum na skalę całej Europy. Ten temat będzie podtrzymywał aktywność istotnej części najmłodszych wyborców. Nawet tych, którzy są skłonni głosować na Konfederację, ale niekoniecznie podzielają konserwatywne poglądy liderów tej partii oraz wielu kobiet zwłaszcza w młodym i średnim wieku. Te grupy stanowiły jeden z istotnych elementów frekwencji plus w poprzednich wyborach.

Redakcja poleca

Wybory parlamentarne w 2023 roku odniosły sukces frekwencyjny. W samorządowych wynik był już dużo niższy. Natomiast europejskie zakończyły się frekwencyjną porażką - najgorszy wynik w wyborach ogólnopolskich od 10 lat. Czym tłumaczyć to, że każde kolejne elekcje po 15 października notowały regularny spadek frekwencyjny?

- Kampania wyborcza, ale także cała kampania mobilizacyjna, na długo przed wyborami, w wykonaniu Platformy, Lewicy i reszty, była po prostu skuteczna. Trafiała do tych grup społecznych, do których miała trafić. Nie sposób taką kampanię prowadzić permanentnie, więc nie ma w tych wynikach absolutnie niczego zaskakującego. Zresztą osłabienie frekwencji nie przeszkodziło formacjom obozu rządzącego wygrać, na różne sposoby, ale wygrać obu następnych kampanii. W wyborach samorządowych Platforma bardzo poszerzyła swoją bazę oddziaływania, a ludowcy i Lewica mniej więcej utrzymali ją w porównaniu do poprzednich elekcji.

W wyborach do Parlamentu Europejskiego straty dwóch koalicjantów były zyskami Platformy. Dzięki temu osiągnęła ona oczekiwany przez siebie status partii nr 1. Jak widzimy, to nie jest tak proste, jak niegdyś, że frekwencja w jakiś sposób reżyserowała wybory. Pamiętam wybory uzupełniające do Senatu w Elblągu w 2007 roku, które wygrał kandydat SLD przy frekwencji 2,5 proc. SLD była wówczas partią dopiero nr 3 w polskim systemie.

To nie jest tak jak kiedyś, że z góry wiadomo, której partii służy wzrost bądź spadek frekwencji. Dziś musimy zadać bardziej zniuansowane pytanie: której grupy społecznej dotknie absencja przy urnach? To nam dopiero powie, komu frekwencja zaszkodzi. Same sztaby partyjne były świadome w ostatnich wyborach, że wzrost frekwencji ponad wynik z poprzednich wyborów o X procent będzie służył jednej stronie, ale o X więcej już drugiej stronie.

Wybory prezydenckie już w przyszłym roku. Poprzednie z 2020 roku zakończyły się prawie rekordową frekwencją. Jak będzie w kolejnych?

- Nie sądzę, żebyśmy bili rekordy. Chyba że zajdą jakieś okoliczności o charakterze zewnętrznym wobec Polski, które stworzą nowe osie podziału w społeczeństwie. Myślę raczej, że będziemy w cieniu 15 października bez szans na przekroczenie tego wyniku. Mimo że zawsze wybory prezydenckie cieszyły się dosyć dużym zainteresowaniem obywateli i obywatelek. Zrobimy pewien krok w stronę jakoś tam pojętej normalności.

W wyborach prezydenckich w 2020 roku mieliśmy emocjonujący pojedynek urzędującego prezydenta Andrzeja Dudy z kandydatem Koalicji Obywatelskiej Rafałem Trzaskowskim. Obie strony sporu politycznego zagrzewały swoje elektoraty, głosząc, że stawka wyborów jest olbrzymia. Przyszłoroczne wybory nie zmobilizują już tak bardzo Polaków, aby poszli do urn?

- Wybory prezydenckie ze względu na swój spersonalizowany charakter zawsze sprzyjały mobilizacji obywateli. Natomiast w miarę wzrostu zainteresowania polityką i trwania polaryzacji zaczęliśmy sobie powoli zdawać sprawę, że tak naprawdę ważne są wybory do Sejmu. A prezydenckie mają bardziej wymiar symboliczny - sprawczość prezydenta jest ograniczona - i trochę przypominają oglądanie walki bokserskiej.

Jeśli coś prezydentura Andrzeja Dudy zmieniła w polskiej polityce to to, że prezydent chyba przestał wywoływać większe emocje. To nie jest Lech Wałęsa ze swoją zdumiewającą z dzisiejszej perspektywy prezydenturą. Dziś mielibyśmy do czynienia z regularnym kryzysem demokracji, gdyby taka prezydentura się powtórzyła (śmiech).

To nie czasy Aleksandra Kwaśniewskiego gdy ze względów historycznych jego triumf był szczególnie spektakularny w 1995 roku, w walce z Wałęsą, i w 2000, bo już w pierwszej turze. Dziś mniej więcej wiemy, jak te wybory się zakończą na długo przed ich początkiem. Tak samo jak to było w poprzednich, gdzie raczej te niestandardowe okoliczności COVID-owe wywołały większe emocje. A miejsce, w jakim politycznie znajduje się w tej chwili Andrzej Duda, jako powoli już schodzący prezydent, najdobitniej pokazuje, że to już nie jest to samo, co było niegdyś. Oczywiście machiny polityczne głównych formacji zadbają o to, żeby były emocje. Można się jednak zastanawiać, czy PiS świadom perspektywy porażki w tych wyborach, na co się zanosi, jeśli się nic nie zmieni strukturalnie, aby na pewno zaangażuje się bez reszty, jeśli chodzi np. o wymiar ekonomiczny kampanii.

Redakcja poleca

Kto pana zdaniem spotka się w drugiej turze wyborów prezydenckich?

- Rafał Trzaskowski z kandydatem PiS-u. Samo PiS może jeszcze do końca nie wiedzieć, kto to będzie. Zdaje się czekać na wynik wyborów w USA. Dopiero wtedy PiS będzie wiedział, czy może sobie pozwolić na eksperyment, aby postawić na kogoś młodego, nieznanego, potrafiącego rozmyć stereotypy dotyczące prawicy tak jak niegdyś Duda. Czy też może będzie skazany na trwanie przy najwierniejszym z elektoratów. W przypadku złych dla prawicy wieści z USA, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie musiała kontynuować strategię ratowania dotychczasowego stanu posiadania, by zabezpieczać się przed ewentualnymi próbami Konfederacji, czy Trzeciej Drogi do wchodzenia na grunt elektoratu prawicy.

Jeżeli wygra Trump, to PiS sięgnie po kandydata dla twardego elektoratu?

- Nie, odwrotnie. Gdyby wygrał Trump, to wówczas PiS może poczuć się trochę pewniej. To znaczy, mówiąc krótko, staje się nieco mniej nieatrakcyjny dla Konfederacji czy PSL-u.

Nowa republikańska administracja, czy nowo-stara, siłą rzeczy będzie szukała partnerów także w tej części Europy. Trudno, żeby nie zaczęła szukać od PiS-u ze względu na tradycję kontaktów, powiązania ideowe, itd. To nieco wzmocni PiS w aspekcie jego braku zdolności koalicyjnej wewnątrz kraju. W tym momencie będzie miał jakiś atut. Dobre relacje z administracją supermocarstwa. Wizerunkowo także zyska. To też będzie umacniało PiS na arenie międzynarodowej w sytuacji braku poważnych, stałych partnerów w Europie.

PiS dostałoby symboliczne zwycięstwo. Wtedy łatwiej będzie podjąć mu ryzykowną decyzję przy wyborze kandydata na prezydenta. Na przykład mogą przetestować opinię publiczną młodym czy niestandardowym kandydatem. Natomiast sytuacja odwrotna, czyli zwycięstwo Kamali Harris, oznaczałaby konieczność kontynuowania strategii oblężonej twierdzy, bo tylko ona daje możliwość przetrwania w niesprzyjającym otoczeniu.

Prof. Rafał Chwedoruk – politolog, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego na Wydziale Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych, doktor habilitowany nauk humanistycznych, komentator polityczny.
Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET