`

Skarga matki na wrocławski szpital. "Kiedy mój syn będzie leczony, a nie torturowany?"

3 min. czytania
25.11.2024 17:03
Obserwuj nas na Google

26-letni Bartosz Rospond jechał rowerem, gdy nagle uderzył w niego samochód. Mężczyzna w ciężkim stanie trafił na oddział intensywnej terapii Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego przy ul. Borowskiej we Wrocławiu. - W pierwszej dobie po operacji Bartek spadł ze szpitalnego łóżka i rozciął łokieć. Przyszliśmy na salę, a tam wszędzie krew. Złożę zawiadomienie do prokuratury, bo nie pierwszy raz narażone zostało zdrowie i życie mojego syna - opowiada w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" Małgorzata Rospond, matka pacjenta. 

Szpital we Wrocławiu
fot. Krzysztof Kaniewski/REPORTER

Skarga na USK we Wrocławiu. "Syn miał m.in. myśli samobójcze"

O tym, w jaki sposób 26-letni Bartosz był traktowany podczas pobytu w USK we Wrocławiu, opowiedziała "Gazecie Wyborczej" jego matka, Małgorzata. 26-latek jechał rowerem i na pl. Jana Pawła II uderzył w niego samochód. Mężczyzna w ciężkim stanie trafił do szpitala - konkretniej na oddział intensywnej terapii Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego przy ul. Borowskiej we Wrocławiu. Bartosz 3 tygodnie spędził w śpiączce farmakologicznej. Po wybudzeniu został przekazany na oddział neurochirurgii. Ze względu na liczne obrażenia - m.in. uraz płatów czołowych, obrzęk mózgu i przesunięcie zęba drugiego kręgu szyjnego - powinien być pod stałym nadzorem. Rodzina bardzo szybko straciła jednak zaufanie do personelu medycznego tego oddziału.

- Syn w dalszym ciągu jest splątany. Miał bardzo silne stany depresyjno-lękowe i prawdopodobnie zespół szoku pourazowego. Od kiedy tam wylądował, spędzamy z nim na oddziale każdą wolną chwilę poza pracą - opowiada matka pacjenta. - Syn miał m.in. myśli samobójcze. Lekarze powiedzieli, że musi leżeć w kołnierzu, a on go sobie zrywał. Wstawał z łóżka, co miał zakazane. Krótko mówiąc, trzeba go było pilnować - dodaje. Jak podaje "GW", gdy nie było rodziny, Bartosza zapinano w pasy, żeby nie zrobił sobie krzywdy. - Przepisy mówią, że personel co 15 minut ma sprawdzać, w jakim jest stanie. Zdarzało mu się natomiast 12 godzin i więcej być przypiętym. Nie wiem, co ile pielęgniarki do niego zaglądały, ale wypiął się z pasów i próbował do nas dzwonić z dyżurki. Chyba więc było to więcej niż 15 minut - mówi pani Małgorzata. 

Personel szpitala nie opiekował się chorym?

Z relacji pani Małgorzaty wynika, że jej syn cierpiał, a personel nie reagował. - Cały czas próbował wyrwać cewnik. Skarżył się, że nie może oddać moczu, że go boli. W końcu nie wytrzymałam, bo ile może się skarżyć? - opowiada. Na prośbę pani Małgorzaty personel sprawdził cewnik. - Po wyjęciu okazało się, że jest ropa, zapalenie układu moczowego. Usłyszałam: "Ale my się tu zajmujemy neurochirurgią"  - relacjonuje kobieta. Matka pacjenta zwróciła również uwagę na zachowanie lekarza prowadzącego, który "tylko chodził i się nadymał", dodatkowo niechętnie odpowiadał na pytania. Tymczasem pani Małgorzata coraz bardziej niepokoiła się stanem psychicznym syna. - Psychiatra trzy dni po mojej interwencji chodził do syna - od poniedziałku do środy. W końcu dał czy zmienił mu leki i Bartek zaczął się wyciszać. Wreszcie został odpięty, bo powiedziałam: "Jak długo będziecie trzymać go tutaj jak zwierzę, w tych pasach? Kiedy mój syn wreszcie będzie leczony, a nie torturowany?" - opowiada pani Mąłgorzata. 

Redakcja poleca

W pewnym momencie lekarze uznali również, że pacjenta nie można pionizować, bo jakikolwiek ruch może mu porazić ośrodek oddechowy. - Tak się jednak nim opiekowali, że sam się spionizował i chodził - opowiada matka 26-latka. Jej zdaniem mogło się to skończyć nawet śmiercią, a personel powinien obserwować pacjenta, który jest niepoczytalny, bo w każdej chwili może podjąć jakąś impulsywną decyzję. - Osoby po urazach mózgowo-czaszkowych, które są pobudzone i nie bardzo rozumieją, co się do nich mówi, to są trudni pacjenci. Moje pytanie brzmi: czy w Polsce trudny pacjent jest skazany na zagładę? Bo gdyby Bartek nie miał rodziny, która tyle czasu poświęciła, żeby o niego zadbać, to co by się nim stało? - twierdzi pani Mąłgorzata. 

"Nie odnotowaliśmy żadnej formalnej skargi"

Do całej sytuacji odniósł się rzecznik Tomasz Król w rozmowie z "Gazetą Wyborczą". Niektóre z zadanych przez dziennikarzy pytań miał pominąć. "Nie odnotowaliśmy żadnej formalnej skargi" - stwierdził i dodał, że zarzuty matki Bartosza są dla spore części personelu sporym zaskoczeniem, bo "dzięki pracy i wysiłkom całego zespołu, stan pacjenta znacząco się poprawił". " "Każda zgłoszona kwestia dotycząca potencjalnych nieprawidłowości jest w naszym szpitalu dokładnie weryfikowana i analizowana. W takich przypadkach kierujemy je do odpowiednich osób odpowiedzialnych za obszar medyczny i prawny, a w razie potrzeby wdrażamy stosowne zmiany w procedurach" - stwierdził Tomasz Król. Zdaniem rzecznika rodzina pacjenta miała możliwość wielokrotnego kontaktu z lekarzami. Dodał również, że niemożliwym jest szczegółowe omawianie stanu zdrowia pacjenta, bo "może to naruszać przepisy prawa".

Źródło: Radio ZET/Gazeta Wyborcza

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET