`

Sprawa Wojciecha Pyłki została “wydrukowana”? Były policjant nie ma wątpliwości

10 min. czytania
26.10.2024 08:03
Obserwuj nas na Google

- Wysnułem kiedyś taką tezę, że w Polsce każdy może zostać oskarżony i skazany. Niezależnie, czy są przeciwko niemu dowodowy, czy nie. Sprawa Pyłki jest przykładem “wydrukowania” sprawy i sprawcy - mówi z przekonaniem emerytowany policjant Janusz Bartkiewicz. Od kilku lat nagłaśnia sprawę Wojciecha Pyłki, który po skandalicznym śledztwie został skazany na 25 lat więzienia za zabójstwo.

fot. JACEK DOMINSKI/REPORTER

Jest pan już emerytowanym policjantem. Kiedy pan przeszedł na emeryturę?  

1 lipca 2003 roku. 

Czyli było to 5 lat przed tym, jak w Wałbrzychu dokonano zabójstwa Janusza Leszczyńskiego. Jednym ze skazanych był Wojciech Pyłka. Dlaczego zatem zajmuje się pan tą sprawą?

Po przejściu na emeryturę na prośbę różnych osób, które mnie znały, bo byłem funkcjonariuszem Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Wałbrzychu, a później też naczelnikiem tego wydziału, zajmowałem się takimi dosyć bulwersującymi sprawami, jak zabójstwo antykwariusza. W tej sprawie zostało skazanych dwóch chłopców na karę 25 lat pozbawienia wolności. Udało mi się znaleźć pewne fakty, które pozwoliły na wznowienie zakończonego prawomocnie postępowania. 

Redakcja poleca

Później zajmowałem się sprawą zabójstwa studentów w Górach Stołowych, którą zresztą osobiście prowadziłem przez pięć lat. Ostatecznie nie udało się znaleźć sprawców.

W związku z tym byłem w Wałbrzychu dosyć medialny, tym bardziej że po przejściu na emeryturę zyskałem status reportera miejscowego tygodnika. Opisywałem w nim różne sprawy, w których ludzie byli niewinnie oskarżani. I któregoś dnia podczas widzenia u Wojciecha Pyłki w więzieniu jego brat podpowiedział mu, żeby zadzwonił do mnie i poprosił o pomoc.

Kiedy to było?

Latem 2017 roku Pyłka do mnie zadzwonił i powiedział, że niewinny siedzi w więzieniu, że proces to była jedna wielka farsa. Wówczas powiedziałem mu: “Proszę pana, czy zdaje pan sobie sprawę z tego, że dzwoni pan do byłego policjanta, który zajmował się sprawami zabójstw i słyszał dziesiątki takich opowieści?” Kiedy sam zatrzymywałem sprawców, to wielokrotnie słyszałem od nich, że są niewinni. Przy tym bili się w piersi, a niektórzy nawet klękali.

Powiedziałem do Pyłki, że nie mam podstaw, żeby mu wierzyć, ale też nie mam ich, żeby mu nie wierzyć.  Wtedy on do mnie się zwrócił, czy mogę mu pomóc napisać wniosek o ułaskawienie do prezydenta. Odpowiedziałem mu: “Ja panu takie coś mogę napisać, ale musi pan sobie zdać sprawę z tego, że w takim przypadku musi pan wyrazić tzw. skruchę, czyli przyznać się do popełnionego czynu”. Wówczas on stanowczo powiedział: “W takim razie dziękuję panu. Ja się nie przyznam nigdy do czegoś, czego nie zrobiłem. Rezygnuję”. 

No i to mnie tak mocno zastanowiło, że człowiek, który ma nadzieję wyjść z więzienia dzięki łasce prezydenckiej, z tego rezygnuje. Czyli faktycznie musi być coś na rzeczy. Zaproponowałem mu, żeby przesłał mi akta sprawy, a ja się z nimi zapoznam i zobaczę, czy da się coś zrobić. Wkrótce dostałem je i przeczytałem kilka razy. Napisałem analizę na 174 strony.

Olbrzymia praca. 

Jestem z wykształcenia prawnikiem, mam 25 lat doświadczenia w pracy w wydziale kryminalnym. To były sprawy zabójstw, napadów z bronią w ręku, porwaniach itd. To wszystko daje mi podstawę do tego, żebym twierdził, że się trochę na tym znam. Zarówno od strony prawnej, procesowej, jak i też typowo zawodowej, jako były policjant kryminalny. 

W sprawie Pyłki nie prowadziłem własnego śledztwa, nie weryfikowałem pewnych informacji, które były w aktach. Po prostu czytałem je i wykonywałem analizę. Nazywam ją trójwymiarową. 

To znaczy?

Analizując akta, mogłem spojrzeć na tę sprawę trójwymiarowo, bo sam prowadziłem śledztwa, przesłuchiwałem świadków, stosowałem różne triki, aby wejść głębiej i uzyskać  dowody. Znam to od kuchni. Kiedy czytałem te akta, to stwierdziłem, że jest tam potworna ilość błędów. Być może zostały popełnione w sposób nieświadomy lub wynikający z braku umiejętności, bo pierwsze czynności były prowadzone w komisariacie, a nie w wydziale kryminalnym, dochodzeniowo-śledczym komendy miejskiej policji. Nie umniejszam umiejętnościom policjantów z komisariatów, ale jednak oni nie są do prowadzenia spraw o zabójstwa. Dopiero później sprawę przejęła komenda miejska. Wiele błędów wynikało z braku profesjonalizmu, umiejętności i chęci szybkiego uzyskania wyników. Oprócz tego moim zdaniem zachodzi bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że podjęto świadome działania mające przykryć fakt, że Wojciech Pyłka nie mógł popełnić tego zabójstwa.

Redakcja poleca

O jakich działaniach mówimy?

Kilka razy wracałem w różnych wywiadach czy publikacjach do sprawy Tomasza Komendy. Sąd skazał go na 25 lat więzienia na podstawie istotnych dowodów w postaci opinii biegłych sądowych, którzy błędnie stwierdzili, że na ciele ofiary były odciski zębów Tomasza Komendy. Natomiast w sprawie Wojciecha Pyłki nie ma żadnego, podkreślam, żadnego dowodu, że dokonał zabójstwa.

Dobrze, to zagłębijmy się, w to co stało się 31 stycznia 2008 roku w Wałbrzychu.

Pojawiła się informacja o znalezieniu w mieszkaniu zwłok mężczyzny, które wiszą na lince. Policja przyjechała na miejsce, wezwała lekarza. Ten w obecności policjanta dokonał oględzin i sporządził protokół zgonu. Stwierdził w nim, że na ciele denata nie było żadnych śladów wskazujących na to, że ktoś go mógł powiesić. W odpowiedniej rubryce zaznaczył, że przyczyną zgonu jest powieszenie się, a nie powieszenie. To bardzo istotne.

Czyli, że popełnił samobójstwo, a nie został w ten sposób zamordowany.

Następnie powiadomiony jest prokurator. Wydaje decyzję, że przyjeżdża na miejsce, bo są zwłoki i jest możliwość popełnienia przestępstwa, więc trzeba przeprowadzić czynności procesowe, jak oględziny mieszkania, zwłok. Gdy nie ma przesłanek, że doszło do czynu przestępczego, to stwierdza, że nie ma podstaw do przeprowadzenia czynności procesowych i do jego obecności. Nakazuje wydanie ciała do prosektorium i powiadomienie rodziny. Na tym sprawa się kończy. I tak też stało się w sprawie śmierci Janusza Leszczyńskiego. Prokurator nie przyjechał, ekipa z prosektorium zabrała zwłoki. Już w pierwszym dniu nie było podstaw do stwierdzenia, że miało miejsce przestępstwo. 

Jak to się stało, że jednak wszczęto postępowanie w sprawie doprowadzenia Janusza Leszczyńskiego do targnięcia się na własne życie?

Żeby wszcząć postępowanie przygotowawcze, to zgodnie z prawem musi pojawić się jedna z podstaw faktycznych. Pierwsza to przyjęcie zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa i przesłuchanie zawiadamiającej osoby w charakterze świadka. Druga, to kiedy prokuratura lub policja sama wejdzie w posiadanie informacji o możliwości popełnienia przestępstwa. Wówczas zgodnie z przepisami wszczyna się tzw. postępowanie sprawdzające, które ma na celu uprawdopodobnienie, że informacja o przestępcy jest wiarygodna na tyle, że można wszcząć postępowanie przygotowawcze. 

A co się dzieje w tej sprawie? To jest bardzo ważne. Zwłoki zostają znalezione 31 stycznia 2008. W tym dniu zostały sporządzone dwa dokumenty.  Pierwszy to był protokół zgonu sporządzony przez lekarza, a drugi to notatka urzędowa policjanta, który przyjechał do mieszkania. Te dwa dokumenty trafiły na biurko kierownika referatu dochodzeniowo-śledczego V Komisariatu w Wałbrzychu. Protokół zgonu był sporządzony około 17.00, a notatka tuż po tej godzinie. Następne dnia rano, 1 lutego, kierownik referatu wydaje na tej notatce pisemną dyspozycję dla jednej z funkcjonariuszek. To było polecenie umorzenia tej sprawy z artykułu 308 Kodeksu postępowania karnego w związku z artykułem 151 kodeksu karnego, czyli w związku z podejrzeniem, że miało miejsce przestępstwo polegające na pomocnictwie, albo namowie do popełnienia samobójstwa. Ja sobie postawiłem pytanie: skąd na Boga kierownik referatu komisariatu kilkanaście godzin po ujawnieniu zwłok, bez przeprowadzenia jakichkolwiek czynności,  stwierdza, że było podejrzenie popełnienia przestępstwa.

Umorzono postępowanie, którego nawet nie wszczęto?

Tak. I co się dzieje dalej? Mając już polecenie od kierownika, policjantka wzywa siostrę nieboszczyka i ją przesłuchuje. To jest w tym samym dniu, 1 lutego. To przesłuchanie trwa około 10, może 15 minut. To jest kilkanaście zdań, nic nie wnoszących, że brat był towarzyski, lubiany, że nie słyszała, żeby miał jakieś problemy. Nie ma zgłoszenia podejrzenia o popełnieniu przestępstwa, tylko odbywa się przesłuchanie w charakterze świadka. Na takim protokole jest podana nie tylko data, ale i godzina rozpoczęcia i zakończenia tej czynności, więc łatwo ustaliłem, że bezpośrednio po przesłuchaniu ta sama policjantka wydaje postanowienie o umorzeniu śledztwa.

W tamtych czasach policja mogła wszcząć i umorzyć śledztwo, ale musiało być to zatwierdzone przez prokuratora. Okazało się, że na tym dokumencie, który - uwaga - znajduje się w aktach sprawy, nie ma zatwierdzenia prokuratora. Czyli ten dokument niby jest, ale nie ma żadnej mocy prawnej. I dalej nic się nie dzieje aż do 18 lutego. Wtedy nagle pani prokurator wydaje postanowienie o wszczęciu śledztwa w sprawie przestępstwa z artykułu 151 KK, czyli to, co wymyślił sobie kierownik referatu. Mimo że między 1 a 18 lutego w sprawie nic się nie wydarzyło, oprócz przesłuchania dwóch osób, które nic nie wnosiły.

Co było powodem wszczęcia śledztwa?

Być może siostra zmarłego Janusza Leszczyńskiego poszła do prokuratury złożyć skargę, że w sprawie nic się nie dzieje. To są tylko moje domysły, ale są przesłanki, które potwierdzają, że taka sytuacja mogła mieć miejsce. Ważniejsze pytanie to: na czym pani prokurator oparła swoje podejrzenie, że doszło do przestępstwa z artykułu 151? Nie ma w aktach sprawy żadnego śladu, żeby były prowadzone inne czynności niż te dwa przesłuchania, czy żeby w ogóle było prowadzone postępowanie sprawdzające. Takie postępowanie należy przeprowadzić, aby uwiarygodnić możliwość, że faktycznie mogło dojść do przestępstwa.

Dotarłem ostatnio do informacji, o których nie wiedziałem, pisząc analizę. Siostra Janusza Leszczyńskiego złożyła skargę na niewłaściwe prowadzenie sprawy przez policjantów. Zostało wszczęte postępowanie dyscyplinarne w Komendzie Miejskiej Policji w Wałbrzychu.  Efektem było potwierdzenie rażących błędów funkcjonariuszy, czyli niedopełnienie obowiązków w związku z prowadzonym śledztwem w sprawie śmierci Janusza Leszczyńskiego. Komendant wówczas jest zobowiązany, aby powiadomić prokuraturę. W tym przypadku sprawa zakończyła się aktem oskarżenia. Czekam jeszcze na odpowiedź z sądu, ale informacje, które otrzymałem, są wiarygodne i częściowo potwierdzone przez prokuraturę. Otóż sąd uznał, że policjanci faktycznie dopuścili się zarzucanych im czynów, ale z uwagi na ich dotychczasowo nieskazitelną postawę i charakter pracy oraz gwarancję, że nie dopuszczą się przestępstwa w przyszłości, odstąpił warunkowo od wymierzenia kary. Mogli dalej pracować w policji i do dziś są osobami niekaranymi.

Czy ten wyrok coś zmienia w sprawie Pyłki?

On powinien być podstawą dla prokuratury do wniesienia wniosku o wznowienie prawomocnie zakończonego postępowania. Czekam też na oficjalne potwierdzenie, ale ma informację od dwóch niezależnych źródeł, że było też prowadzone w prokuraturze okręgowej postępowanie dyscyplinarne w stosunku do jednej z prokuratorek, która się tą sprawą zajmowała. Została ukarana dyscyplinarnie za rażące naruszenie reguł postępowania zawartych w regulaminie prokuratury.

Wróćmy do 2008 roku. Prokuratura wszczyna śledztwo w sprawie doprowadzenia do samobójstwa Janusza Leszczyńskiego. Co się następnie dzieje?

Jest taki moment, w którym sprawa nabrała rozpędu. Zgłasza się do siostry Janusza Leszczyńskiego jego kolega i mówi jej, że chodzi po ludziach i naprawia elektronikę. W jednym mieszkaniu zobaczył wieżę Hi-Fi, która według niego stanowiła własność Janusza Leszczyńskiego. To mieszkanie zajmowała wówczas konkubina jednego z późniejszych współoskarżonych o zabójstwo Leszczyńskiego, nieżyjącego już Bogdana Kacicy. Przekazał te informacje siostrze Leszczyńskiego, która poszła z tym do prokuratury. Policja następnie ustaliła, że to Kacica sprzedał za 50 zł wieżę swojej konkubinie. Oboje zostali od razu zatrzymani i przywiezieni do komisariatu. Tam zaczęła się cała historia, która doprowadziła policję do Wojciecha Pyłki.

W jaki sposób?

Kacica ze swoją konkubiną Moniką zostali poddani tzw. rozpytaniu. To nie jest czynność procesowa, nie jest protokółowana, ale jest legalna. Sam ją wielokrotnie stosowałem. Chodzi o to, aby ustalić co świadek czy ewentualnie podejrzewany, wie o sprawie, żeby później można było swobodnie przeprowadzić przesłuchanie już na protokół.

Oni zostali poddani rozpytaniu, które było prowadzone przez cały dzień. Monika została dopiero przesłuchana gdzieś o godzinie wpół do 11 w nocy, a zabrali ich gdzieś około dziewiątej rano z mieszkania. Ona chorowała, przebywała w szpitalu psychiatrycznym, brała leki, a została zatrzymana bez nich. Jak twierdzili, oboje siedzieli tam bez jedzenia, bez picia i bez leków. 

W czasie rozpytania policjanci zaczęli mówić Kacicy: “Boguś, Ty zabiłeś Janusza Leszczyńskiego”. To był człowiek, który ulegał wpływom każdego, którego uważał za silniejszego, ważniejszego, wyższego od siebie.  Był między 30. a 40. rokiem życia, ale jeżeli chodzi o zdolności intelektualne, to był na poziomie 10-latka. 

Policjanci stwierdzają, że sam nie dałby rady zabić Leszczyńskiego, więc naciskają na niego, żeby powiedział, kto mu pomagał. W końcu podał z 11 nazwisk. Gdy policjanci zaczęli weryfikować te osoby, to okazywało się, że nie żyły, albo przebywały w więzieniu czy szpitalu. I po kolei te nazwiska były eliminowane. Za każdym razem, jak mówili mu, że skłamał, to podawał kolejne nazwiska. Wreszcie padło: Pyłka.

Wojciech Pyłka?

Nie, podał imię kuzyna Pyłki. Znał go, bo ten mieszkał przez jakiś czas u Leszczyńskiego. Kuzyn Pyłki nie mógł jednak popełnić zabójstwa, bo siedział w tym czasie w więzieniu. Kacica podał imię kolejnego kuzyna Wojciecha, ale ten też nie mógł zabić, bo przebywał w szpitalu psychiatrycznym. Dopiero wówczas Kacica rzucił: “Wojciech Pyłka”. I Wojciech miał pecha, bo nie był w szpitalu, ani w więzieniu i wciąż żył. Policjanci zatrzymali go i przewieźli na komendę. Nie przesłuchali go, tylko - jak twierdzi sam Wojciech - pobili go. Dzień po zatrzymaniu trafia do prokuratury i słyszy zarzut dokonania zabójstwa Janusza Leszczyńskiego.

Zabójstwa?

Od razu zapaliła mi się lampka -  na jakiej podstawie? Wyszło na to, że dzień przed zatrzymaniem Pyłki, Bogdan Kacica został przesłuchany i straszne herezje opowiadał. Pomówił o zabójstwo Pyłkę, dwie kobiety i jeszcze innego mężczyznę. Później z wszystkiego się wycofał, a te kobiety i  mężczyzna zostały uniewinnione przez sąd. Co ciekawe, na podstawie tych samych dowodów, które posłużyły do skazania Kacicy i Pyłki.

Zanim pani prokurator przedstawiła zarzut Pyłce zauważyła, że w aktach w sprawie o zabójstwo brakuje protokołu oględzin mieszkania. Na 40 minut przed rozpoczęciem przesłuchania policja wałbrzyska jedzie do tego mieszkania, żeby zrobić oględziny.

Tyle że mieszkanie było już posprzątane, dlatego że w pierwszych dniach lutego ADM (administrator budynku - przyp. red.) powiadomił policję, że muszą opróżnić lokal. W kwietniu, tuż przed przedstawieniem zarzutów Pyłce, policja pojechała zrobić oględziny… pustego mieszkania.

Okazuje się jednak, że ekipa policyjna znalazła w tym mieszkaniu na podłodze kawałek linki z takiego samego tworzywa, takich samych kolorów, jak ta, na której wisiał Janusz Leszczyński. Została sfotografowana, opisana i dołączona do materiałów dowodowych.

W jaki sposób ona znalazła się tam, po takim czasie i to w wysprzątanym mieszkaniu?

Mogę odpowiedzieć tylko w ten sposób: ona sama tam nie przyszła.

Zabezpieczono jakieś ślady na niej?

Linka została wysłana do laboratorium, gdzie stwierdzono, że nie ma na niej śladów biologicznych i papilarnych Pyłki ani Kacicy. W ogóle nic na niej nie było.

Wynika z tego, że jedynym dowodem prokuratury przeciwko Pyłce był dowód z pomówienia, czyli obciążające go wyjaśnienia współoskarżonego Kacicy?

Kacica jeszcze w trakcie śledztwa, przed wniesieniem aktu oskarżenia do sądu, wszystko odwołał. Po rozmowie z księdzem napisał list do prokuratora i poprosił o spotkanie. Na przesłuchaniu odwołał wszystko, co wcześniej powiedział i stwierdził, że nie było go w mieszkaniu Leszczyńskiego. Wymyślił całą historię na podstawie tego, co mu mówili policjanci.

Sąd uznał jednak, że wcześniejsze wyjaśnienia są bardziej wiarygodne i na ich podstawie skazał Wojciecha Pyłkę i Bogdana Kacicę za zabójstwo Janusza Leszczyńskiego. 

Niewiarygodne. Tu nawet trudno mówić o procesie poszlakowym.

Prokurator ma obowiązek zbierać nie tylko dowody winy, ale również niewinności.  W tej sprawie, co jest bardzo dziwne, nie przesłuchano rodziców Pyłki, rodzeństwa ani jego ówczesnej dziewczyny. Nie dokonano przeszukania jego mieszkania. Nie zrobiono nic, dosłownie nic. On nie mógł nawet podać swojego alibi, dlatego że prokuratura nie ustaliła konkretnego dnia ani godziny zabójstwa.

Ja wysnułem kiedyś taką tezę, że w Polsce każdy może zostać oskarżony i skazany.  Niezależnie czy są przeciwko niemu dowodowy, czy nie. Sprawa Wojciecha Pyłki jest przykładem “wydrukowania sprawy i sprawcy”. Dla mnie najbardziej wiarygodna jest teza, że w ogóle nie doszło do zabójstwa. To było samobójstwo Janusza Leszczyńskiego.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET