Tych kilka sekund może uratować życie. Medycy chcą stworzenia specjalnej mapy
Ratownicy medyczni apelują o stworzenie ogólnopolskiej mapy defibrylatorów AED. Tragedie w Warszawie i Choroszczy pokazały, że brak wiedzy o lokalizacji sprzętu lub jego niesprawność mogą kosztować życie. Resort zdrowia daje „zielone światło” dla projektu, który ma zrewolucjonizować dostęp do urządzeń ratujących serce. Na przeszkodzie mogą jednak stanąć pieniądze.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego medycy chcą stworzenia rejestru defibrylatorów AED.
- Jakie korzyści przyniesie rejestr dla lokalizacji defibrylatorów.
- Co uniemożliwia szybki dostęp do defibrylatorów w nagłych sytuacjach.
- Jakie tragiczne wydarzenia wywołały debatę o dostępności AED.
Medycy podnoszą problem braku defibrylatorów. Chcą specjalnego rejestru
Ratownicy medyczni wystosowali specjalny apel - chcą stworzenia ogólnopolskiego, publicznego rejestru defibrylatorów AED oraz ich zmapowania. Inicjatorzy akcji podkreślają, że obecnie niewiele osób wie, gdzie dokładnie znajdują się takie urządzenia, ile ich jest i czy w ogóle działają.
Szef pogotowia ratunkowego w Sosnowcu Klaudiusz Nadolny mówi, że dzięki takiemu rozwiązaniu defibrylatory byłyby łatwiejsze do znalezienia w aplikacjach mapowych. - System byłby tak skonstruowany, aby uruchomił urządzenia, które są najbliżej miejsca zdarzenia - dodaje.
- To jest konieczne, żebyśmy wiedzieli, ile jest takich urządzeń w Polsce, gdzie one są, w jakich godzinach są czynne i czy są sprawne. To nie jest tylko kwestia kupna takiego sprzętu, bo trzeba go cały czas sprawdzać, upewniać się, czy baterie nie są rozładowane, albo nie występują inne problemy techniczne - wyjaśnia Klaudiusz Nadolny.
Projekt trafił już do Ministerstwa Zdrowia, które dało zielone światło do pracy nad nim. Problemem mogą okazać się pieniądze - dlatego medycy proponują wpisanie rejestru do ustawy o ochronie ludności i obronie cywilnej, co ułatwi jego funkcjonowanie.
Zmarł znany fotograf. W pobliżu nie było defibrylatora
Dyskusja na temat dostępu do defibrylatorów AED w Polsce rozgorzała po tragedii, do której doszło na początku marca. Podczas spotkania w galerii Związku Polskich Artystów Fotografów zmarł Adam Chełstowski - znany i ceniony w środowisku fotograf.
Obecny na miejscu fotograf Jan Wojciech Łaski informował, że natychmiast po tym, jak Adam Chełstowski zasłabł, rozpoczęła się reanimacja. "Jedni walczyli o jego życie, podczas gdy inni bezskutecznie szukali automatycznego defibrylatora AED w okolicy. W centrum europejskiej stolicy, w miejscu odwiedzanym codziennie przez tysiące ludzi, nie było dostępnego urządzenia, które mogłoby zwiększyć jego szanse na przeżycie" - napisał.
Tragedia w Choroszczy. Ktoś ukradł baterie z defibrylatorów
Wcześniej, bo w styczniu 2026 roku, do podobnej tragedii doszło w Choroszczy, gdzie nagle zasłabł 78-letni ksiądz. Obecni na miejscu ratownicy próbowali skorzystać z dwóch okolicznych defibrylatorów AED - urzadzenia były jednak niekompletne. Okazało się, że ktoś ukradł z nich baterie i elektrody. Ostatecznie duchowny trafił do szpitala, gdzie zmarł.
Władze miasta po dramatycznych wydarzeniach wprost mówiły o "chamskim złodziejstwie". - Ale to było działanie bardzo precyzyjne. Skradzono wyłącznie baterie i elektrody, a nie całe urządzenia - dodał burmistrz Choroszczy Robert Wardziński.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET