„Wszystko wraca w nocy, w snach”. Rok po wielkiej powodzi odwiedziliśmy zalane miejscowości
- Zaledwie tydzień temu spotkałam znajomą, która straciła dom i do tej pory wynajmuje pokój w pensjonacie. Jest w takim kryzysie, że nie potrafi przejść się do MOPS-u, przygniatają ją formalności – mówi pani Anna, mieszkanka Lądka-Zdroju, który rok temu zniszczyła wielka powódź.
W połowie września 2024 roku mieszkańcy Kłodzka, Lądka-Zdroju i Stronia Śląskiego obudzili się w nowej rzeczywistości. Brakowało w niej zieleni, osiedlowych sklepików i planu na jutro. Po wielu dniach intensywnych opadów spowodowanych zatrzymanym niżem genueńskim i katastrofie, jaką było pęknięcie tamy w Stroniu Śląskim, miasta Ziemi Kłodzkiej zamieniły się w pustkowie. Rok po kataklizmie pojechałam na miejsce, by sprawdzić, jak podnoszą się po tej tragedii.
Nawet filmu w telewizorze człowiek nie zdążył obejrzeć
“Tradycyjne pieczywo prosto z pieca” - kusi lśniąca tabliczka ze strzałką na prawo. Wskazuje na rozpadającą się elewację, gołe cegły, gruz i pył, który zatarł zapach świeżo pieczonego chleba. Kwiaciarnia obok odrodziła się, rozkwitła, ale już gdzie indziej. “Przeniesiono na ulicę Objazdową” – informuje napis na drzwiach. Pracownia krawiecka też uciekła tam, gdzie wilgoć nie zmiękcza materiałów.
W Kłodzku przed blokiem przy ulicy Malczewskiego na pierwszym stopniu schodków stoi pan Olek. Wzrok mu ucieka na wprost, w kierunku Nysy Kłodzkiej. - Czekam na fachowca, już się umawiał ze mną sto razy. Od zeszłego tygodnia przychodzi i przyjść nie może - opowiada. W starej rzeczywistości Olek mieszkał na parterze osiedla, które znajduje się tuż przy rzece. - To nam zostało z pokoi - pokazuje. - Pustkowie. Rok mieszkanie stoi w takim stanie, nie ma go kto zrobić, nie mówiąc o kosztach. Tu wody było po sam sufit. A przecież miało nie być tej powodzi – wzdycha.
Przed wrześniem ubiegłego roku pan Olek wymyślił sobie mieszkanie na nowo - i żyć się w nim miało zupełnie po nowemu. Do świąt wszystko miało być gotowe, póki co zamieszkali w tym samym budynku, tylko na górze. - Kupiliśmy z żoną komplet skórzanych, czerwonych mebli. Stały w paczkach, w kuchni pachniało świeżością. W pokojach farby, nowe panele i to wszystko musiałem zostawić. Popłynęło. Nawet człowiek dobrze filmu nie obejrzał na nowym telewizorze – opowiada pan Olek, patrząc na cztery nagie ściany, pudełko farby, samotny kij od szczotki. Tylko fotel uratowało spóźnienie, szczęśliwy zastój w kolejce. - Nie zdążyliśmy go jeszcze dowieźć do Kłodzka - dodaje.
Kiedy woda po wielkiej fali opadła, w mieszkaniu na parterze był pan Olek z żoną - i błoto zmieszane z meblami w paczkach i nowym telewizorem. - Przez pierwsze trzy dni nikt nam nie pomagał, nikogo z nami nie było. Teraz żona ma depresję. Ja? Trzymam się, nie ma tu się komu pożalić - mówi, wciąż wypatrując fachowca, który przyjdzie i w końcu przywróci nowe.
Anioł na suficie, woda na podłodze
Kłodzki rynek tętniący normalnością, rozpromieniony fleszami aparatów i błyskiem oczu turystów nie zapowiada pęknięć. Milczy o odpadającym tynku i koparkach za rogiem. - Ale woda tędy rwała. Zapanowała szarość - słyszę od starszego pana. Rozmawiamy w okolicy rynku, niedaleko Mostu Żelaznego.
Przystaje przy nas pani z jasnymi jak słońce włosami i promiennym uśmiechem. - Urodziłam się w Lądku-Zdroju. Tyle lat tu mieszkałam i w życiu takiej katastrofy nie było. Nikt nie docenił, ile siły drzemie w wodzie - mówi, tracąc odrobinę blasku, choć na myśl o aniołach zaraz się rozpromienia na nowo. - Były na suficie pokoju na pierwszym piętrze mojego rodzinnego domu. Mój tato, gdy odnawiał pokój, próbował się ich pozbyć, zamalować. Miałam rację, mówiąc: “tatusiu zostaw mi aniołki!”. Gdyby straciły skrzydła w tej farbie, pewnie nie obroniłyby domu przed powodzią – mówi. On przetrwał, domy sąsiadów nie miały tyle szczęścia.
Na jednym z budynków niedaleko Mostu Żelaznego wisi mała pamiątka po wielkiej tragedii. Mniej więcej na wysokości balkonu na pierwszym piętrze przybito brunatną tabliczkę: “Poziom wody – 15.09.2024”. Sam budynek wygląda tak, jakby z całych sił starał się, by kwadratowy znaczek był jedynym śladem po zeszłorocznej katastrofie. Okna odbijają błękitne niebo, elewacja błyszczy świeżością. Za rogiem dostrzegam zakład pogrzebowy. Lśni nowością, kontrastem czerni i bieli. - Prowadzę ten zakład od 1974 roku, już jedną powódź przeżyłam. Woda zniszczyła wszystko, straty na 250 tys. zł. W suszeniu pomagali znajomi - mówi właścicielka. - Otworzyliśmy się dopiero w marcu, po kilku miesiącach przerwy. Pracujemy dalej. Robimy to, co trzeba. I czekamy na dalsze niespodzianki losu - dodaje.
Na kolejne takie niespodzianki nie ma już siły właścicielka restauracji i hotelu w Kłodzku. Obiekt otworzył się dopiero w czerwcu po generalnym remoncie. - Jest ciężko. W dalszym ciągu borykamy się z odzyskaniem klientów, przez te wszystkie miesiące byliśmy wycięci z działalności. W tygodniu, który poprzedzał powódź, nie przyjmowaliśmy już gości, ale nikt nie spodziewał się tak wielkiej tragedii – opowiada. - Trzeba się pozbierać i działać dalej, ale to wszystko w nas zostało. Teraz, jak są jakiekolwiek alerty, człowiek się znowu denerwuje. Nigdy nie wiadomo, co będzie - wzdycha.
W niepewnej codzienności żyją także mieszkańcy osiedla Nysa. To rejon w centralnej części miasta, na Wyspie Piasek, pomiędzy korytem Nysy Kłodzkiej a kanałem Młynówka. - Wszystkie widoczne tu garaże pływały, wyrzuciło rzeczy z piwnic i mieszkań. Woda bardzo szybko się wdzierała - wspomina pani Jadwiga, z którą rozmawiam przy Malczewskiego. - Sama wszystko wynosiłam. Mieszkam na pierwszym piętrze, ale malutko brakowało do zalania. Jak idzie woda, to nie ma czasu. Teraz mamy po niej masę śladów. Wszyscy widzą, tego nie da się ukryć – mówi. Na ścianach garaży widać linię wody, w jezdni - pęknięcia.
Wszystko, tylko nie koty
W Lądku-Zdroju ludzie cieszą się na widok zieleni. Tamtego września obserwowali z wilgotnych balkonów, jak pod wzgórzami śmieci, kamieni i gruzu odpływały barwy sygnalizujące życie. Wszystko stało się brunatne. Serce miasta – rynek z zabytkami i urokliwymi kawiarenkami - przestało bić.
- Kolega zaraz po przejściu fali chciał przywieźć mnie do Lądka, ale bałam się. Kiedy w końcu dojechałam, zobaczyłam pustynię. Puste przestrzenie bez zieleni, mnóstwo kamieni, samochody wiszące na drzewach – opowiada pani Jola, właścicielka herbaciarni, która znajduje się na rynku pod filarami. Po przejściu fali najgorsze było błoto. Święte obrazki na ścianach, bujane fotele i podłogi z pluszowymi dywanami pokryły się mułem. Jeśli nie zebrało się go w porę, robił się twardy jak beton. Wrastał w przestrzeń i groził, że zostanie na lata. Z herbaciarni usuwała go pani Jola z żołnierzami spod Warszawy. Pracowali w amoku, syfie i adrenalinie po kilkanaście godzin dziennie. Z lokalu powoli znikały meble, wyposażenie, bufet. - Nie patrzyło się na zegarek, trzeba było coś robić, cokolwiek, byle nie myśleć - wspomina mieszkanka Lądka.
Lokal został kupiony i wyremontowany w 2014 roku po to, by Lądek miał miejsce inne niż wszystkie. Z ręcznie robioną biżuterią, papierowymi kwiatami na blacie i ciepłem emitowanym nie tylko przez owocowe herbaty. Odbudowa bransoletki po bransoletce, filiżanki po filiżance była długa, żmudna i kosztowna. - Mąż walczył o dom, ja z żołnierzami o herbaciarnię. Na wielką akcję mycia przytargaliśmy agregat, bo prądu w mieście nie było. Dalej suszenie, w którym otwarte drzwi już nie pomagały, taka pora roku. Później dostaliśmy zakaz wstępu do budynku na miesiąc. Nadzór budowlany musiał sprawdzić, czy jest bezpiecznie – opowiada pani Jola.
Dezynfekcja, ozonowanie, szczepionki na tężec - miasto powoli zmywało z siebie wszystko, co przyniosła fala. - Na Facebooku prześladowało mnie jedno nagranie: strażacy jeżdżą quadem po zalewanej miejscowości i wołają: “Ludzie, uciekajcie!” Gardła rozdzierała im bezsilność. Nie zapomnę tego dźwięku. Nikt się nie spodziewał, że coś takiego tu się wydarzy. Ludzie spacerowali, nagrywali, robili zdjęcia. Nikt nie wypatrywał fali, w której może utonąć. Koleżanka, która miała mieszkanie za kościołem, nie wierzyła, że woda wpadnie przez okno i zostawi pobojowisko. Na górę zdążyła zabrać tylko koty i dokumenty - wspomina pani Jola. - Teraz rynek i tak już wygląda w miarę ładnie, zieleń złagodziła widoki. Wcześniej widziałam powyrywaną kostkę, zaginione ławki, zwątpienie i strach w oczach. Dużo osób już z naszej gminy uciekło i nic dziwnego – dodaje.
Wieczorem w domu tylko kot był szczęśliwy
Do herbaciarni pod filarami z wypiekami na twarzy wchodzi pani Ania. Niesie płócienną torbę, z której wystają marchewki. Lada dzień wielkie otwarcie, to ona zajmie się prowadzeniem lokalu. - Po powodzi zmieniłam pracę, żeby robić w życiu to, co lubię. Kryzys napędza zmiany. Nagle widać wyraźnie, że to, co za oknem, wcale nie musi być takie przez cały czas – opowiada.
Pani Ania dokładnie pamięta, jak rok temu powietrze od niżu robiło się cięższe, ludzie chodzili markotni. Lało tak, jakby z nieba ktoś delikatnie odkręcił kran. - Miałam wtedy urlop, obserwowałam wszystko z czwartego piętra. Było jak filmie. Kiedy już się na amen wypadało i ucichł wiatr, płynęły samochody sąsiadów, deski z okolicznego baru, podesty, kolorowe kwietniki z rynku. Rosły góry mebli. Nie nagrywałam żadnych filmów, bo sobie pomyślałam: “Boże, jeszcze uchwycę coś, czego nie powinnam” - opowiada kobieta. W końcu pani Ania wyszła z budynku, ludzie mrużyli oczy od słońca, ale widać było wyraźnie ich wielkie oczy. Góry śmieci rosły, muł oblepiał budynki, szumiało w uszach od Białej Lądeckiej. Odpływały myśli. Pozostało działanie, które stało się zaraźliwe.
W okolicy zorganizowali kuchnię polową, w której można było pomagać. - W którymś momencie zepsuł się ogromny palnik, a mieliśmy tylko jeden. Nagle telefon. Dzwoni kolega z Łodzi, że jego kolega wiezie gazową kuchenkę polową i nie wie, co z nią zrobić. Rzuciłam, żeby przyjeżdżał. Aż trudno w takie zrządzenia losu uwierzyć - wspomina pani Ania.Kobieta, żeby wciąż działać, zaangażowała się też w rozdawanie darów. Pierwszego dnia po fali przyszła do niej pani Wiesia z Langiewicza. - Wiedziałam, że straciła wszystko i jak tu teraz w morzu mydełek i szczoteczek do zębów przygotować jej paczkę? Poszłam i ją po prostu wyściskałam - wspomina. Wieczorami po takich dniach wracała do domu, w którym tylko kot był szczęśliwy. Jej ciało po dwóch tygodniach odmówiło posłuszeństwa, zastygło w bezruchu. Od lekarki usłyszała, że ze stresu ludzie tak mają. Siadają w poczekalni i zastygają jak kamień.
Po powodzi Lądek stał się wyspą odciętą od świata. Rodziny nie miały kontaktu z bliskimi, w mediach społecznościowych zaroiło się od rozpaczliwych wpisów. - Brat znalazł przez Facebooka moją znajomą. Zadzwonił i pyta o mnie. Ona mu na to, że właściwie to kontaktu nie mamy, ale wszystko u mnie w porządku, bo z okna właśnie widzi, jak maszeruję przez rynek. Jak już pojawił się zasięg, to prawie mi telefon eksplodował - opowiada pani Ania.
Lądek-Zdrój
Pani Joli, właścicielce herbaciarni, któryś z sąsiadów powiedział, że dzwonić już można, ale trzeba iść w kierunku Czech. Poszedł mąż. Mijały godziny, nie wracał mimo zmroku. - Pomyślałam: „Boże, nie, jeszcze to” i ruszyłam z latarką na poszukiwania. Woda wciąż spływała z gór, niektóre miejsca były rwące, bałam się każdego kroku. W końcu widzę, że idzie po ciemku. Od każdego trzeba było odebrać i całą historię opowiedzieć, dlatego zeszło mu do nocy. Ale i tak dostał opiernicz - wspomina pani Jola.
Po Lądku krążyły stałe pytania: „ale ten dom też porwało?”, „a ten, tamten i to drzewo?”. Ludzie dalej się dziwią, żyją w amoku. - Tydzień temu spotkałam powodziankę, która straciła dom i do tej pory wynajmuje pokój w pensjonacie za własne pieniądze. Jest w takim kryzysie, że nie potrafi przejść się do MOPS-u, przygniatają ją formalności – opowiada pani Ania.
Wcześniej mieszkańcy żyli 97. rokiem, opowiadali w autobusie, że tu coś zalało, ten dom porwało, tamten. Teraz jeździ się do sklepu po owoce i myśli: “w piwnicy mam jeszcze dwa kompoty rabarbarowe, rozdawali po powodzi”. - Trzeba żyć dalej. Z Jolą upiększamy całą przestrzeń, żeby pokazać ludziom, że można. Z wykształcenia jestem architektem i wierzę w moc pięknych budynków, a rynek w Lądku zasługuje na to, żeby tętnił życiem - zapewnia pani Ania.
Gdyby nie oni, pewnie nadal sprzątalibyśmy miasto
Dzieci w Lądku mówią, że rzeka jest “be”. - Ludzie się boją, bo to tsunami porywało wszystko. Syn, widząc potężną falę, wołał: “utopimy się, utopimy!”. Ja wolałam nie patrzeć, byłam dziwnie spokojna - słyszę od pani Doroty, mieszkanki Lądka, z którą rozmawiam przy poczcie. - Znam młode małżeństwo, wynajmowali tu mieszkanie, a trochę dalej, nad rzeką, kupili dom. Tak się już cieszyli, że pójdą na swoje i zostali z niczym – opowiada.
Serce miasta, rynek, zaczyna jednak na nowo bić. Mijam ukwiecone latarnie i wchodzę do ratusza, by o nowej rzeczywistości porozmawiać z burmistrzem Lądka-Zdroju Tomaszem Nowickim. - Skala tej powodzi wszystkich zaskoczyła i przerosła, ale jestem bardzo wdzięczny mieszkańcom, bo stanęli na wysokości zadania. Nie było żadnych pretensji, awantur, wszyscy wzięliśmy się do pracy, mimo, delikatnie mówiąc, trudnego położenia. Nie sposób nie wspomnieć o zaangażowaniu państwa, wojska, straży pożarnej i innych służb. Dzięki temu żyjemy w normalnych warunkach, co jeszcze rok temu wcale nie było takie oczywiste. Bez pomocy z zewnątrz bezpośrednio po przejściu fali pewnie nadal sprzątalibyśmy miasto – twierdzi Tomasz Nowicki.
Podczas kataklizmu, gdy burmistrz zajmował się miastem, zalewało domy jego bliskich, dlatego dla niego to wciąż prywatnie trudny temat. - Teraz myślę, że mogłem znaleźć chwilę, żeby zobaczyć, sprawdzić, doradzić. W pierwszych dniach praktycznie nie miałem z nimi kontaktu, nie było czasu. Czystą abstrakcją była chwila, gdy mój tato przyszedł do urzędu zobaczyć, jak ja się czuję - opowiada burmistrz Lądka
Dom rodzinny burmistrza został rozebrany. On sam zaczął tłumaczyć - bliskim i mieszkańcom - dlaczego powrót do normalności tyle trwa. - Mamy procedury, które początkowo były bardziej rozluźnione, teraz już obowiązują. Musimy się do nich dostosować. Proces odbudowy miasta będzie rozciągnięty na najbliższe lata, to nieuniknione. Wynika to ze skali zniszczeń oraz różnej sytuacji własnościowej nieruchomości, które leżą na terenie gminy - wyjaśnia Nowicki. Czasami wystarczy tylko położyć kawałek asfaltu i urząd znalazł już na to pieniądze. Ale Lądek-Zdrój ma też nieruchomości, które są w rejestrze zabytków albo takie, które leżą na terenie wpisanym do tego rejestru. Wtedy konieczne są dodatkowe ustalenia z konserwatorem. - Sam chciałbym, również jako mieszkaniec, żeby te procesy były przeprowadzane szybciej, ale z drugiej strony w pełni rozumiem pewne ograniczenia - podkreśla burmistrz Nowicki.
Bułki z piekarni na fali jak kaczuszki
Stronie Śląskie. Pierwszy rzut oka - na lewo Biedronka, po prawej przystanek autobusowy jak każdy inny. Samochody pędzą, miasto żyje. Niecały kilometr dalej trafiam na pierwsze ślady po kataklizmie.
"Ten most tymczasowy DMS-65 został zbudowany przez żołnierzy 2. Inowrocławskiego Pułku Inżynieryjnego we współpracy z Wojskową Akademią Techniczną oraz firmą Budimex" - informuje tabliczka z datą 30.01.2025 r. Skrzypnięcia metalowej konstrukcji zagłusza ryk koparek. Są wszędzie. Podobnie jak znaki z zakazem wstępu, robotnicy w neonowych kamizelkach i gruz. Stronie zmieniło się w potężny plac budowy. Centrum nieopodal ulicy Nadbrzeżnej zostało zrównane z ziemią po pęknięciu tamy na potoku Morawka. W rozkopanej, huczącej sprzętem miejscowości brakuje turystów. W parku niedaleko Kościuszki nie ma żywego ducha, dopiero po chwili z bocznej alejki wychodzi starsza kobieta.
- Przeżyłam już jedną powódź, ale tamta była inna. Kazali nam wychodzić z domów, brać zwierzęta, uciekać. A teraz siedzieliśmy wszyscy w blokach i nagle rozległ się potężny huk. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że to tama. Po chwili płynie apteka ze wszystkimi lekami, bułki z pobliskiej piekarni – jak kaczuszki - unoszą się na brudnej tafli. Lodówki, pralki, wielkie drzewa, nikt nas nie ostrzegał. Biegaliśmy tak z okna do okna – opowiada pani Danuta.
Do tej pory pamięta obrazek, jak żona właściciela sklepu elektrycznego stała i modliła się o uratowanie. - Biegnę do telefonu, wybieram alarmowy, cisza. A ona macha i macha, bo woda idzie! Fala już podeszła, ona ucieka wyżej, na dach. Po chwili jakaś kobieta z okna rzuciła jej pakunek, chyba rzeczy do przebrania, koce. Przyleciał helikopter, myślimy: “uratowana”. Ale nie zobaczyli jej! Ze strachu mi się już w oczach mieniło. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło – wspomina z przejęciem pani Danuta.
Rok po kataklizmie chodzi się tu okrężnymi drogami. Mieszkańców ze snu wyrywają auta wożące materiały i ciężkie sprzęty. Żyje się w kurzu i wiecznym odwracaniu przez ramię, czy akurat drzewa nie wiozą. Emeryci mają chwile wytchnienia na działkach, tam się koi oczy, zapomina. - Tędy nie można chodzić, tu sklepy zamknięte i idź, emerytko, kilometr w jedną stronę na zakupy, bo ci śmietany do obiadu zabrakło. Kiedyś to mieliśmy luksus z osiedlowymi sklepikami. Jak zalało, to już się nie podnoszą. Na naszej ulicy został tylko jeden, niewielki, z lodami. Mówimy na niego Pan Lodziarz - uśmiecha się Danuta.
Lody, gruzy i koparki
Sklepik przy ul. Nadbrzeżnej w Stroniu Śląskim miesi się na parterze, na górze jest mieszkanie właściciela. - W promieniu 300 metrów chyba z 10 budynków zrujnowało. Był piętrowy pawilon, cztery duże sklepy, apteka, coś z ubraniami, prywatny ośrodek zdrowia, budynek policji. Nie ma nic – mówi Pan Lodziarz. Był w domu z rodziną, gdy przyszła fala. - Drzwi wyrwało. Wszystkie lodówki pływały, syn mi mówi “Patrz tata, 16 tysięcy złotych płynie”, a to ważny sprzęt, bo zajmujemy się głównie produkcją lodów – wyjaśnia. W sumie wycenili mu straty w maszynach, produktach na 800 tys. zł. Niestety, syn nie był ubezpieczony, a powoli przejmuje interes. - Mimo to jakoś się podnosimy, działamy - twierdzi.
Rankiem w połowie września ubiegłego roku Stronie było jeszcze spokojne. Ojciec z synem przenosili towar, maszyny na górę. Dla świętego spokoju. Później zadzwonił telefon. Córka z Niemiec. - Mówi, że u nich w telewizji podają, że w Stroniu tama puszcza. Zdziwiłem się, przecież rano woda w rzece opadła. Widziałem jeszcze z okna, jak jeździł wóz strażacki i ewakuowali ludzi z bloku. Jak nadeszło to tsunami po pęknięciu tamy, to pojazd podniosło, ledwo się strażacy uratowali. Wody było ze dwa metry i ani myśli opadać aż do samego wieczora. Poszliśmy spać, bo co zrobić - wspomina właściciel lodziarni.
Nad ranem latały helikoptery. Pana Lodziarza i jego syna też jeden komandos chciał ewakuować, brakło im do piętra z 18 cm. Ale zostali. Później już nawet woda tak nie straszyła, co same zgliszcza, jakie po niej zostały. Nie było asfaltu, słupów oświetleniowych, śladów po życiu. - Na początku przyjąłem to na chłodno, ale wszystko zaczęło wracać w nocy. Miewałem katastroficzne sny, budziłem się po 3,4 razy - wspomina mężczyzna.
Po roku od katastrofy stoję pod potężną konstrukcją tamy w Stroniu. Mieszkańcy patrzą na nią z nutą żalu, a może i pretensji. - Jedna duża tama może zesłać mały koniec świata, a to przecież tylko kawałek betonu, myśmy już go dawno okiełznali, w kosmos latamy! - rzuca jedna ze stojących tu kobiet. Kolejna wskazuje palcem na odległe pęknięcie, z przejęciem kiwa głową. Milczą, robią kilka zdjęć i odchodzą w nieznane, nie dowierzając, jak maleńcy jesteśmy w swojej potędze. Odbudowa tamy zakończyła się w kwietniu tego roku.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET