`

Kto premierem, gdy wybory wygra opozycja? Ekspert: Trzaskowski nie ma takiego obciążenia jak Tusk

3 min. czytania
02.01.2023 13:02
Obserwuj nas na Google

Rafał Trzaskowski, a nie Donald Tusk, powinien zostać premierem w przypadku zwycięstwa opozycji w wyborach parlamentarnych - wynika z sondażu SW Resarch dla rp.pl. Na prezydenta Warszawy wskazało 17,7 proc. respondentów, a na jego konkurenta 15,4 proc. - Wynik mnie nie zaskakuje, bo Trzaskowski nie ma takiego politycznego obciążenia jak Tusk - komentuje politolog profesor Kazimierz Kik.

fot. JACEK DOMINSKI/REPORTER

Wybory parlamentarne odbędą się w Polsce jesienią, jeżeli wcześniej nie dojdzie do skrócenia kadencji Sejmu. Nie wiadomo, czy opozycja wystawi wspólną listę. Jak na razie, największe partie opozycyjne deklarują chęć współpracy w przypadku wyborczego zwycięstwa. Nie wykluczają powstania wspólnego rządu. 

Jak wynika z sondażu SW Resarch dla rp.pl, najwięcej respondentów, jako premiera widzi Rafała Trzaskowskiego (17,7 proc.). Tuż za nim uplasował się Donald Tusk (15,4 proc.). Profesor Kazimierz Kik nie jest zaskoczony takim wynikiem.

- Tusk nigdy nie miał takiego poparcia jak Trzaskowski w wyborach prezydenckich. Co więcej, ciąży na nim to, że odszedł w trakcie kadencji premiera do Brukseli, aby objąć stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej. W oczach wielu Polaków była to dezercja. I jak widać cały czas o tym pamiętają - mówi Kik.

Ekspert tłumaczy, że Donald Tusk przewyższa Rafała Trzaskowskiego pod względem umiejętności przywódczych oraz doświadczenia w polityce. To jednak nie jest wystarczające w polityce.

- Tusk ma dużo zalet, ale też wiele obciążeń. I to jest zresztą cecha polskiej demokracji. Proszę zwrócić uwagę, że dwaj liderzy głównych ugrupowań (Tusk i Kaczyński - przy. red.) to są jednocześnie politycy, którzy zbierają najwięcej negatywnych ocen.

Profesor Kik: W Polsce nie ma przywódców, są wodzowie

Niewiele mniej respondentów (14,5 proc.) stwierdziło, że premierem w przypadku zwycięstwa opozycji powinna zostać osoba spoza polityki. Dopiero później respondenci widzą na tym stanowisku Szymona Hołownię (9,9 proc.). Na kolejnych miejscach uplasowali się Władysław Kosiniak-Kamysz (4,4 proc.), Robert Biedroń (3,4 proc.), Adrian Zandberg (1,9 proc.) i Włodzimierz Czarzasty (1,3 proc.). 

Zdaniem 9,4 proc. respondentów premierem rządu opozycji powinien zostać ktoś inny, a 22,1 proc. stwierdziło, że nie ma zdania na ten temat.

- Problem w Polsce polega na tym, że nie ma przywódców tylko są wodzowie, a wokół nich gromadzą się wykonawcy a nie konkurenci. Wodzowie blokują scenę polityczną i mechanizmy kreowania aparatów partyjnych czy wewnętrznych mechanizmów władzy w partii. Ludzie stojący na czele partii nie stanowią odzwierciedlenia talentów przywódczych tylko wad przywódczych. Najskuteczniejsi są ci, którzy są bezwzględni. Dlatego nie ma innych alternatywnych kandydatów, bo skazani są na “ścięcie” - tłumaczy słaby wynik pozostałych polityków profesor Kik.

Zmiany w kodeksie wyborczym. “To czysty instrumentalizm”

Do Sejmu wpłynął projekt zmian w kodeksie wyborczym. Grupa posłów PiS proponuje m.in. zwiększenie dostępu do lokali wyborczych dla mieszkańców małych miejscowości. Rzecznik PiS Rafał Bochenek tę propozycję tłumaczył tak: "Zależało nam, aby wybory w Polsce jeszcze lepiej urzeczywistniały zasady demokratycznego państwa prawnego i nikt poprzez brak dostępu do lokalu wyborczego nie był pozbawiony prawa do głosowania" - mówił PAP.

Projekt przewiduje także zapewnienie bezpłatnego transportu do lokalu wyborczego osobom, które mają utrudniony dostęp. Chodzi o sytuację, gdy w danej gminie w dniu wyborów nie funkcjonuje transport publiczny lub najbliższy przystanek komunikacyjny oddalony jest o ponad 1,5 km od lokalu wyborczego.

Ułatwienia mają dotyczyć również niepełnosprawnych lub osób starszych powyżej 60. roku życia. Ci mają mieć zapewniony bezpłatny transport z miejsca zamieszkania do lokalu wyborczego. Politycy PiS twierdzą, że zmiany, jakie mają być wprowadzone są “profrekwencyjne”. 

- Z jednej strony to są słuszne postulaty, bo chodzi przecież o zwiększenie frekwencji. Ale z drugiej strony, to jest sprytne zagranie obozu rządzącego. Dlaczego dopiero teraz rząd zainteresował się wykluczeniem transportowym? Dlaczego na taki transport mieszkańcy będą mogli liczyć tylko raz na kilka lat, jak są wybory? Moim zdaniem, PiS chce pomóc dotrzeć na wybory swojemu elektoratowi. To jest czysty instrumentalizm - ocenia politolog profesor Kazimierz Kik.

Kontakt z autorem: mateusz.kapera@radiozet.pl

RadioZET.pl

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET